Fot. Quick-Step Floors

Miało być spokojne, a skończyło się pasjonująco. Czy 16. etap Tour de France nas zaskoczył? Jak najbardziej. 

Plusy: Kraina połamanych słoneczników Pierwsza odsłona trzeciego tygodnia rywalizacji miała być spokojną rozgrzewką przed dwoma piekielnie ciężkimi dniami w Alpach. Jak wyszło, wszyscy widzieliśmy. My zapamiętamy ten etap jako przejazd przez krainę połamanych słoneczników, która przyniosła znacznie więcej, niż się po niej spodziewano. Prawie jak w okolicach Gent, prawda? Daniel Lwie Serce Korzystając z powiedzeń kwiatu polskiego komentarza, podoba nam się ten Martin. Choć dla Irlandczyka etap skończył się źle, nie można odmówić mu ambicji, o której świadczą chociażby pierwsze kilometry dzisiejszego odcinka. Dan, życzymy Ci jak najlepiej! Bling-bling! W końcu gwiazda Michaela Matthewsa rozbłysła pełnym blaskiem. Australijczyk, choć po etapie do Pau był spisywany na straty, wciąż ma szanse na zdobycie zielonej koszulki. Długo na to czekaliśmy, oj długo. Walczące Sky Tym razem wielkie brawa należą się Niebiańskim. Podopieczni Dave’a Brailsforda rozpoczęli agresywną akcję na bocznym wietrze, zostawiając z tyłu Martina, Meintjesa czy Contadora. Niewiele brakowało, a straty ponieśliby też Aru i Bardet. To się ceni.

Minusy: Bezcenny Naesen Tak jak w niedzielę i w poniedziałek chwaliliśmy AG2R, tak dzisiaj należy im się jedynka z wykrzyknikiem. Gdyby nie umiejętności Olivera Naesena, ich lider poniósłby dziś duże straty, wypadając z walki o maillot jaune. Oby do jutra odrobili lekcje. Wolny elektron Sporo już napisaliśmy na temat ekipy Astany. Dziś jednak musimy przyznać, że sam Fabio Aru pokonuje kolejne kilometry płaskich etapów niczym wolny elektron, tracąc pozycję na kole Froome’a czy Bardet łatwiej niż niejeden junior. Włoch może mówić o dużym szczęściu, że nie okazało się to dla niego zabójcze.