fot. Michał Kapusta / naszosie.pl

Ostatni płaski etap w pierwszym tygodniu TdF przyniósł spodziewane rozstrzygnięcia. Czy jednak coś nas zaskoczyło?

Plusy:

Rozpędzony wiking

Po wczorajszej, nieudanej końcówce, “Eddy Boss” wyciągnął odpowiednie wnioski, nie zaatakował zbyt wcześnie i otarł się o zwycięstwo. Ważniejsze jest jednak to, że Hagen pokazał rywalom, iż po wycofaniu się Marka Cavendisha, ekipa DDD nadal bedzie mogła zamieszać w tegorocznej Wielkiej Pętli.

Chaotyczny pociąg Quick-Step Floors

Dla nas, kibiców, rozbity pociąg belgijskiej ekipy powoduje, że płaska końcówka jeszcze bardziej elektryzuje. Wszystko za sprawą Marcela Kittela, który osamotniony skacze po kołach rywali, by potem pokonać ich o długość roweru lub szerokość piksela na taśmie fotofiniszu.

Minusy:

Powtórka z rozrywki

Praktycznie przez cały tydzień oglądaliśmy ten sam etap. Zaraz po starcie odrywała się ucieczka, którą kontrolowali Lars Bak, Julien Vermote i Rudy Mollard, a z tyłu peletonu wiózł się Stephen Cummings. Nie wiemy jak dla Państwa, ale dla nas taki obraz stał się już uciążliwy. Jak dobrze, że w końcu teren zacznie się zmieniać. Jednocześnie czy naprawdę organizatorzy nie mogli po drodze dorzucić kilku krótkich wzniesień, które utrudniłyby kontrolę etapu?

Gdzie jest bokser?

Były szumne zapowiedzi, a póki co Nacer Bouhanni jest jednym z najbardziej niewidocznych sprinterów w stawce. Może nie brakuje nam jego kontrowersyjnych zagrywek, lecz z pewnością sama obecność Francuza w pierwszej linii na 100 metrów przed metą dodałaby smaczku. Cóż z tego, że kończy wysoko, skoro już za miesiąc nikt nie będzie o tym pamiętał?