Fot. adamonik

Amore infinito

Sycylia i setne Giro. Jak espresso z brązowym cukrem. Pyszne! Od przylotu chwalę się wszystkim Sycylijczykom tą wspaniałą mieszanką, która mnie tu przyciągnęła. Jakoś nie wyczuwam entuzjazmu… „Naprawdę pierwszy raz jesteś na Sycylii? Na Giro? To nie zobaczysz naszej najpiękniejszej we Włoszech plaży?”. No nie. Zobaczę kilka miast, krajobrazy, Etnę, pójdę na kawę na rynku, spróbuję lokalnych smakołyków, ale poza tym to kolarze, biuro prasowe, autobusy teamowe i książka wyścigu. Czuję, że są rozczarowani. O tej najpiękniejszej plaży we Włoszech słyszałam już przynajmniej w dwóch miejscach, a przede mną jeszcze Taormina – ponoć najpiękniejsza plaża na Sycylii… Przypomina mi się ten dowcip o trzech kupcach, którzy mieli sklepy obok siebie. Jeden wywiesił na witrynie reklamę „Najniższe ceny w mieście”, drugi „Najniższe ceny w kraju” a trzeci pomyślał i napisał „Najniższe ceny na tej ulicy”…

Cefalu – Etna

Trzy lata temu przy okazji Giro del Trentino usłyszałam od pewnego zakonnika, że kapucyni kibicują kolarstwu. Potwierdza się. Przy trasie czwartego etapu, w Cefalu spotykam Fra Aurelio. Stoi z tęczową flagą z napisem „Pace”.

Pytam go dlaczego taka flaga przy okazji wyścigu kolarskiego. „Bo to się tu właśnie dzieje – przy takim wyścigu rodzi się pokój. Setne Giro, ale pamiętajmy, że sto lat temu była tu wojna. Pisałem dzisiaj o tym na moim facebooku”. Wygooglałam zakonnika. Faktycznie. Fra Aurelio Biundo nie tylko ma swój profil, ale też napisał ostatnio książkę „Un Amico su facebook” w której zebrał niektóre swoje posty. Promocja w parafii, cena co łaska…

Cefalu to małe miasteczko – niecałe 14 tysięcy mieszkańców – jednak w tym uroczym morskim kurorciku organizatorom wyścigu udało się ulokować linię startu i parking dla autokarów w tak dużej odległości, że biegając tam i z powrotem żałowałam, że nie mam transpondera do monitorowania wysiłku… Spotkanie: z Iwanem Basso – bardzo sympatyczne.

Na wspomnienie Sylwka Szmyda serdecznie się uśmiechnął i jakby tak bardziej osobiście zapozował do zdjęcia. Zdobycz: wkładka do Gazzetty z ciekawostkami o stu edycjach Giro. Już sobie ostrzę na nią zęby.

Cefalu pożegnaliśmy z mocnym postanowieniem powrotu. I ruszyliśmy dalej sycylijskimi śladami Giro. Najpierw na Etnę z noclegiem w Katanii. Dotarliśmy wieczorem. Pod hotelem nie było parkingu. Stanęliśmy na pobliskim placu i od razu zjawił się chętny do popilnowania. Słyszałam gdzieś, że nie należy odmawiać. Zresztą pan był tak jakoś znajomy… „Zostawić tu samochód na noc? No nie. Nie radzę. Ja tu jestem do 21.30, ale potem już nie będę pilnował. Ktoś może zarysować… A to pewnie z wypożyczalni”. I jako bonus ten lekko zachrypnięty głos Don Vito. Albo Himilsbacha… Był happy end – pan popilnował, hotel miał parking. Kłopot z głowy – rano ruszamy na etap.

„Muntagna” – tak ją tu nazywają. W ogóle dużo „u” w sycylijskim dialekcie. Królowa – to też o Etnie. „Ciągle coś sobie mruczy” dodaje Paolo Tiralongo, który przez lata widział ją z okna swojego domu. Więc Królowa dziś łaskawa. Wyszła zza chmur, pozwala się podziwiać i nie straszy żadnym pomrukiem czy ogniem. Kolarze po czarnych zboczach jadą z wysiłkiem. Wielu kaszle po przekroczeniu mety – Michał Gołaś skarży się na kłopoty z oddychaniem. Tu musi być dużo pyłu w powietrzu. W oczekiwaniu na kolarzy próbujemy wreszcie „arancini” – smażonych w głębokim tłuszczu kul ryżowych z różnego rodzaju nadzieniem. Pracująca w bufecie pod szczytem Etny Polka radzi nam spróbować wersji z pistacjami. Hodują je tutaj. Bierzemy jedną z pistacjami i jedną z ragout. Będziemy najedzeni do wieczora. Zawodnicy dojeżdżają. Pierwszy pojawia się Polanc – niespodziewanie uciekinier dojechał do mety. Nibali zaraz za nim, ale od razu trafia na kontrolę antydopingową i spędza tam sporo czasu.

Pamiętam jak czekaliśmy kilka lat temu na Trentino na Przemka Niemca. Pięknie walczył z Evansem, to był świetny wyścig w jego wykonaniu, zależało nam na tym, żeby uścisnąć mu rękę. Czekaliśmy długo. Kiedy wreszcie wyszedł powiedział nam, że czasem proces poddawania się kontroli jest bardzo czasochłonny. Bo nie zawsze próbka moczu jest – jakby to ująć – gotowa do pobrania. Opowiedział nam wtedy, że kiedyś próbował skrócić ten czas biegając boso po mokrej trawie. Na Etnie mokrej trawy nie było – suchy czarny pył skutecznie ją przykrył, więc na Nibalego już nie czekaliśmy, tylko zaczęliśmy zjeżdżać krętymi uliczkami w dół. Odległość: 36 km. Czas: 3,5 godziny… Dotarliśmy wykończeni, ale z mocnym postanowieniem, że jutro jedziemy do Messyny, żeby zobaczyć jak powita swojego Enzareddu (to zdrobnienie od Vincenzo – Włosi są w tej kwestii bardzo kreatywni). Więc na Katanię musimy rzucić okiem jeszcze dziś. Poszliśmy na Piazza Duomo – ciemno, cicho, pusto. Potem na Piazza Bellini – pełno życia. I sportu. Wszędzie poustawiane duże ekrany telewizyjne, a przed nimi młodzi ludzie na amfiteatralnie ustawionych krzesłach piją piwo i oglądają mecz Monako – Juventus. Nie ma to jak muzyka i sport…

Pedara – Messyna

Kolejny dzień – ruszamy do Messyny. Ale przez start. To najlepsze miejsce, żeby na spokojnie zamienić parę słów z kolarzami, dyrektorami sportowymi, zebrać podpisy, zrobić zdjęcia i nakręcić filmiki. Tym razem udaje się nam zaparkować przy autokarach. Start o 13.15 – mamy sporo czasu. Przed południem przyjeżdża autokar Bahrain Merida i od razu staje wokół niego tłum kibiców. „Vin-cen-zo! Vin-cen-zo!”.

Enzareddu krzyczałoby się mniej rytmicznie. Czytałam, że Nibali nie unika kibiców. Zdarza mu się zamykać przed dziennikarzami – jak w zeszłym roku na Trentino – wtedy, kiedy mu nie szło najlepiej, kiedy był napięty. Ale dla kibiców ma czas. Często powtarza: „Spokojnie – wszyscy zdążycie”. Tym razem nie udaje mi się go zobaczyć, bo za dużo zadań mam na głowie – trzeba zdobyć podpisy do książki o Giro od wszystkich Polaków. Naliczyliśmy ich 7 z CCC: Maciek Paterski, Łukasz Owsian, Marcin Białobłocki, ze Sky Michał Gołaś, z Lotto Soudal Tomek Marczyński i nasi szpiedzy we włoskim peletonie: Czarek Benedetti i Kuba Mareczko. Udało się! O 12 zaczynają bić dzwony i strzelać fajerwerki. Nie bardzo je widać, ale bardzo słychać. Jest odświętnie. Przy drodze stoi zaparkowany stary Fiat 500 – taki jak z filmów Felliniego – a z niego wali w uszy solidne techno. Jest głośno, jest radośnie, jest odświętnie. Wyruszamy w stronę mety. Po drodze wspomniana wcześniej Taormina – nie będzie czasu na zanurzenie nóg w morzu, ale można się pozachwycać widokiem.

W Messynie tłumy. Całe miasto jest o Giro. Wykorzystujemy krótką wolną chwilę na pokręcenie się po centrum. Wieża katedry w Messynie słynie z największego na świecie mechanizmu zegarowego, który codziennie o godzinie 12 wprawia ustawione na 5 piętrach metalowe figury w ruch. Widziałam filmik. Bo teraz jest już po 13, więc to kolejna rzecz, której nie zobaczę. Na placyku przed katedrą stoją stare samochody. Śliczne. Jeden z nich ma wiklinowe siedzenia. Koło dwuosobowego sportowego cacka stoi dwóch mężczyzn, jeden mówi: „Zobacz. Nawet jakbym miał pieniądze i kupił sobie taki samochód, to bym się do niego nie zmieścił…” Dystans w życiu jest bezcenny Koniec zwiedzania, stajemy przy trasie. Akurat nadjeżdża peleton. Luca Pibernik wjeżdżając na rundę podnosi ręce do góry, Geoffrey, rzecznik prasowy drużyny Bahrain Merida, też. Ale po to, żeby zasłonić nimi twarz… Po etapie wszyscy w dużym pośpiechu odjeżdżają. Większość chce zdążyć na prom, niewiele drużyn zostaje na noc na Sycylii. My też jedziemy z powrotem do Katanii i następnego dnia w mocnych powiewach gorącego sirocco – wiatru znad Afryki – kończymy sycylijską przygodę. Coś mi mówi, że to był jej pierwszy etap…

Z Sycylii – Monika Probosz

Foto: adamonik