Fot. http://www.tomaszmarczynski.com

W drugiej części naszego cyklu „Polacy przed Giro d`Italia 2017” porozmawialiśmy z Tomaszem Marczyńskim z belgijskiej drużyny Lotto-Soudal. Popularny „Maniek” opowiedział nam m.in. o udanej dla siebie pierwszej części sezonu oraz o nastawieniu przed drugim startem w karierze w Rosa Corsa.

Tomek, po twoich ubiegłorocznych problemach zdrowotnych wydaje się nie być śladu. Wypełniłeś kalendarz, który zapowiedziałeś nam w styczniu i widać, że czujesz się bardzo dobrze. Nie mylę się, prawda?

Tak, tak, jestem bardzo zadowolony ze swojej dyspozycji. Każdy wyścig, w którym w tym sezonie startowałem, od Mallorca Challenge do ardeńskich klasyków, podnosił mój poziom, stanowił jakby taki dodatkowy punkt poza treningami. Moja forma jest stabilna, wszystkie powierzone mi zadania wykonywałem na sto dziesięć procent. Zachwycony moją pracą jest Tim Wellens, który na każdym wyścigu walczy, może nie zawsze wystarcza mu sił, by wygrywać, ale jedzie z przodu, pokazuje się, dlatego jego opinia stanowi dla mnie ogromną motywację, ponieważ dajesz z siebie wszystko, a osoba, której pomagasz lub ekipa to docenia. To jest dla mnie bardzo motywujące. Podsumowując, jeżdżąc na wyścigi czuję coraz większą radość ze ścigania. Być może jest to także kwestia tego, że z biegiem lat nabywam coraz więcej doświadczenia, ale muszę też przyznać, że w drużynie panuje świetna atmosfera. Wyjeżdżam z domu i cieszę się, że spotkam się z kolegami, miło spędzamy czas w hotelach – po prostu mamy frajdę z kolarstwa.

Z perspektywy widza, dziennikarza, wydaje się, że najlepszym ardeńskim klasykiem dla Lotto-Soudal był Amstel Gold Race. A jak to wygląda z waszego punktu widzenia?

Na pewno we wszystkich ardeńskich wyścigach pojechaliśmy bardzo walecznie. Jednej rzeczy, której zabrakło to jakiś konkretny wynik. Najwięcej pecha mieliśmy na Amstel – najpierw leżał Tiesj [Benoot – przyp. M.W.], potem zaatakował, i to ta akcja utworzyła tę główną ucieczkę, w której był [Philippe – przyp. M.W.] Gilbert. Potem miał defekt, więc Tim Wellens nie mógł kontratakować, a jak już później przypuścił ofensywną akcję, to nie była ona podjęta w dobrym momencie i czołówka odjechała. Także w tym wyścigu zabrakło nam szczęścia, ale generalnie było nas widać, dawaliśmy z siebie wszystko. Nie można nam zarzucić, że nie walczyliśmy.

W tym „piwnym wyścigu”, w którym, jak mówisz, zabrakło wam szczęścia, ty sam jechałeś z przodu do samego końca, więc to też dla ciebie osobiście był chyba dobry dzień.

Tak, Amstel był bardzo nerwowy, a ja cały dzień jechałem z przodu, więc dużo sił straciłem wcześniej. W końcówce jeszcze rozprowadzałem Tiesja, który był piętnasty. O naszej dobrej dyspozycji świadczą także liczby, które „wykręcaliśmy” podczas tych wyścigów, a czego może nie było widać w telewizji. Jeździliśmy naprawdę bardzo szybko.

Ostatni raz startowałeś w Giro d`Italia w 2012 roku, w barwach nieistniejącej już drużyny Vacansoleil-DCM. Stęskniłeś się za tym wyścigiem?

Tak, jeden etap spędziłem w ucieczce, ale niestety na jedenastym etapie leżałem w kraksie, złamałem dwa żebra i musiałem się wycofać. Taka była moja przygoda z Giro, także chętnie powrócę na ten wyścig. Lubię się ścigać we Włoszech, ponieważ sporo lat tam mieszkałem, mam wielu znajomych, no i zawsze miło jest wracać do miejsca, w którym się żyło.

Natomiast co do samego wyścigu, to zobaczymy. Generalnie podchodzę do niego na luzie. Na pewno w pierwszej części wyścigu, przez tydzień lub dziesięć dni, w zależności od tego, jak długo będzie jechał André [Greipel – przyp. M.W.], będziemy starali się mu pomóc, żeby wygrał etap. Myślę, że w drugiej części będę mógł sobie pojechać po prostu swój wyścig.

Biorąc pod uwagę rolę, jaką pełniłeś w 2012 roku, wydaje się, że będziesz miał podobne możliwości i zadania jak w barwach Vacansoleil.

Generalnie tak, ale różnica jest taka, że wówczas mieliśmy lidera na „generalkę” – którym był ostatecznie trzeci w klasyfikacji generalnej Thomas De Gendt. Tutaj o pierwszą dziesiątkę lub dwudziestkę mogą powalczyć Maxime Monfort lub Bart de Clercq, ale nie jest to sytuacja, w której od samego startu będziemy musieli pracować dla jednego kolarza.

Tomek, czy przeglądałeś już książkę wyścigu Giro d`Italia i upatrzyłeś sobie jakiś etap, na przykład w kontekście zabrania się w odjazd?

Nie, nie widziałem jeszcze książki wyścigu. Jadę do Włoch na luzie. Jak dostanę profile etapów do ręki, to wtedy zwrócę uwagę na szczegóły. Tak, jak wspomniałem, pierwszy tydzień będzie poświęcony André, a później zobaczę, co mnie czeka (śmiech).

Jak spędzasz ostatnie dni przed wylotem na Sardynię?

Przez ostatni tydzień kwietnia odpoczywałem. W sobotę byłem na dłuższym treningu, a w poniedziałek mam zamiar pojeździć za motocyklem, by nabrać trochę szybkości. W Ardenach czułem się bardzo dobrze, więc nie ma sensu, żebym się przemęczał. Chcę zacząć Giro „na świeżości”, z dużą ochotą do ścigania, zwłaszcza, że ostatni tydzień jest bardzo ciężki.

Wiesz, jak będzie wyglądał twój kalendarz startów po Giro?

W planach na pewno mam Tour de Pologne i drugi wielki tour, czyli hiszpańską Vueltę. Być może po Giro wystartuję jeszcze w Tour de Suisse, ale to będzie zależało od tego, jak się będę czuł. Jeśli będę zdrowy i wszystko będzie w porządku na pewno wystartuję w Tour de Pologne, przed którym być może będę miał czas pojechać na zgrupowanie wysokościowe, więc będzie to mój etap przygotowań do Vuelty. Nie ukrywam też, że zależy mi na starcie w wyścigu dookoła Polski.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Marta Wiśniewska