Fot. Marek Bala / naszosie.pl

Czterech kandydatów, jeden gabinet. Walczą o niego: Dariusz Banaszek, Andrzej Domin, Andrzej Kita i dotychczasowy prezes Wacław Skarul (kolejność alfabetyczna). Połączyliśmy siły redakcji Onetu, rowery.org, naszosie.pl, Kolarstwo w Eurosporcie i „Przeglądu Sportowego” i zadaliśmy kandydatom kilka pytań. Nie było miejsca na autoryzację i czasu na opracowywanie odpowiedzi, które mogłyby się wszystkim podobać. Pytanie – odpowiedź, tu i teraz. Część potrafiła przedstawić konkretne pomysły, część… oceńcie sami. Oto efekty:

Jakie jest pana doświadczenie związane z kolarstwem?

Wacław Skarul: 7 lat byłem kolarzem Dolmelu Wrocław ścigając się na szosie, torze i w przełajach. 5 lat pracowałem jako konsultant naukowo-medyczny w kilku związkach sportowych, także w Polskim Związku Kolarskim gdzie zajmowałem się badaniami wydolnościowymi kadry narodowej. 9 lat na stanowisku najpierw drugiego, a później pierwszego trenera szosowej reprezentacji Polski. 3 lata w grupie kolarskiej w Austrii. 20 lat jako menadżer w instytucjach finansowych. W tym czasie współpracowałem z drużynami zawodowymi w Polsce: CCC Polsat Polkowice i Mróz-Action-Uniqua. Jedna kadencja na stanowisku prezesa Dolnośląskiego Związku Kolarskiego. Od 2011 prezes Polskiego Związku Kolarskiego.

Poza Agatą Lang nie mamy nikogo we władzach światowego kolarstwa. Jak chciałby pan to zmienić i w jakim języku, poza polskim, jest pan w stanie się porozumieć?

4 lata temu PZKol był w tak trudnym momencie, że nie było nas stać nawet na wyjazd na kongres Europejskiej Unii Kolarskiej, nie mieliśmy pieniędzy na bilety lotnicze. Przez pierwsze lata swojej kadencji byłem całkowicie skupiony na rozwiązywaniu problemów jakie mieliśmy w kraju, ale to nie znaczy, że nie widzę potrzeby bycia na salonach Europejskiej i Światowej Unii Kolarskiej. Uważam, że powinniśmy mieć tam swoje miejsce. Brakuje przedstawicieli Polski w strukturach sędziowskich i wszystkich pozostałych. W ostatnich latach kontakty z UEC i UCI bardzo się ożywiły. Jestem w tych kręgach osobą znaną i rozpoznawalną, utrzymuję ścisłe kontakty z przedstawicielami kilku europejskich związków w czym pomaga mi biegła znajomość języka niemieckiego i rosyjskiego, a potrafię się komunikować także po włosku i angielsku.

Co nowego chce Pan wnieść do Związku w kolejnej kadencji?

Przy niekwestionowanych sukcesach polskiego kolarstwa, przy 33 medalach w tym roku, w tym dwóch olimpijskich, mam świadomość, że na kilku obszarach mogłoby być o wiele lepiej. Chciałbym do Narodowego Programu Rozwoju Kolarstwa, który jest w tej chwili naszym sztandarowym programem, wnieść planowany wcześniej silny drugi poziom. To znaczy realną pomoc finansową dla klubów oraz stworzenie kilku silnych ośrodków, które dadzą uzdolnionej młodzieży, czyli kolarzom do lat 23, możliwość prawidłowego rozwoju i staną się przedsionkiem do zawodowej kariery.

Pana pomysły na rozwiązanie wciąż niezbyt dobrej sytuacji finansowej Związku i generowanie przychodu z toru w Pruszkowie?

Wszystkie pomieszczenia na torze w Pruszkowie, które nie służyły bezpośredniej pracy z kolarzami, były w ostatnich latach wynajęte. Ściągaliśmy różnego rodzaju imprezy i tor w pewnym stopniu zarabiał na swoje utrzymanie. Prawda jest jednak taka, że nie jesteśmy dziś w stanie zarobić na pełne utrzymanie toru i musimy korzystać z dotacji. Cały czas szukamy kontrahentów, z obiektu korzysta Polski Związek Badmintona, odbyły się mistrzostwa świata modeli latających, ale to wszystko za mało. Usytuowanie toru w Pruszkowie także nie ułatwia sprawy. Marzy mi się organizacja kolarskiej sześciodniówki, ale nie wychowaliśmy sobie jeszcze publiczności, która przyjedzie na taką imprezę do Pruszkowa i wypełni trybuny. Stoję na stanowisku, że tor powinien być pod zarządem Centralnego Ośrodka Sportu, ale oddany do dyspozycji Związku.

Jaki ma pan pomysł na przyciągnięcie sponsorów do kolarstwa?

Uważam, że w ostatnich czterech latach udało mi się odbudować wiarygodność PZKol. Długi, które zastałem, zostały zmniejszone o połowę. Na początku mojej kadencji 50% długu to był Mostostal, a drugie 50% to ponad 250 innych wierzycieli. Do tego Związek był w okresie karencji czyli nie mógł otrzymywać dotacji budżetowych. To zastałem po poprzednikach. W tej chwili mamy dług tylko wobec Mostostalu, a to jest 50% z tego, co było. PZKol jest znów partnerem do rozmów dzięki stabilności, do której doprowadziły nasze działania w ostatnich latach. Zostaliśmy zakwalifikowani przez Ministerstwo Sportu do grupy dyscyplin kluczowych, w której znalazło się 5 związków mających szanse na bardzo konkretne wsparcie sponsoringowe. To wszystko sprawia, że dziś możemy wystąpić do potencjalnych sponsorów z konkretną ofertą. Jednym z moich pierwszych zadań po wygranych wyborach byłoby znalezienie i zatrudnienie osoby odpowiedzialnej za sprawy marketingu.

W jaki sposób chciałby pan podnosić kompetencje trenerów?

Przez wiele lat prowadziłem specjalizację kolarską i wykształciłem 92 trenerów. Z grupą osób, które udało mi się zgromadzić w Związku stworzyliśmy bardzo konkretny plan i rozpoczęliśmy już pierwsze kursy instruktorskie. Ramy szkolenia są stworzone i jako doświadczony trener także aktywnie się w nie włączam.

Biorąc pod uwagę wpadki dopingowe już w kategorii juniorskiej, jakie działania podjąłby pan w tym zakresie? I jak, w związku z nowymi przepisami antydopingowymi, chciałby pan kształtować politykę informacyjną związku w tych kwestiach? Czy związek, jak zdarzało się to dotychczas, powinien ukrywać przed opinią publiczną wpadki dopingowe?

Nie istnieją dziś żadne regulacje wskazujące na sposób komunikacji takich przypadków. Nowa ustawa Ministerstwa Sportu i powstanie jednej komisji dyscyplinarnej dla wszystkich dyscyplin zmusi zarządy związków do ustalenia procedury komunikacyjnej dotyczącej zdefiniowanych przypadków dopingu. Musi być jasno określone co i w którym momencie należy komunikować. Z dopingiem należy walczyć w sposób zdecydowany i jest to wpisane w programy wszystkich szkoleń trenerskich i instruktorskich. Szkoleniowcy kadry powinni mówić o tym młodzieży przy okazji wszystkich zgrupowań i przypominać o zapisach w Karcie Reprezentanta Polski. Może nie każdy o tym wie, ale w tym roku po raz pierwszy powstał dokument regulujący zachowania, które powinny cechować reprezentanta Polski. Są tam zapisane prawa i obowiązki, jest jasne stanowisko dotyczące dopingu.

Dlaczego chce pan zostać prezesem, w czym jest Pan lepszy od pozostałych kandydatów?

Wyprowadziłem PZKol z najgorszego położenia jakie miał w swojej historii, oczywiście pomijając lata wojenne. Nie było chętnych aby pokierować Związkiem i przywrócić mu należne miejsce wśród najsilniejszych organizacji sportowych. Dzisiaj pod względem wyników jesteśmy w absolutnej czołówce w kraju, co uważam za swój największy dotychczasowy sukces. Długi zostały znacznie zredukowane i gdybym otrzymał kredyt zaufania na jeszcze jedna kadencję, doprowadziłbym do wyczyszczenia tej sytuacji. Moje wieloletnie doświadczenie zawodowe jest połączeniem działalności w kolarstwie z pracą menadżera. Nie można zrobić ze związku sportowego korporacji, ale można zapraszać do współpracy różnych ludzi i tworzyć odpowiednie zespoły projektowe pracujące nad zlikwidowaniem słabości, które z pewnością są ciągle obecne w polskim kolarstwie.

Jak chce pan pogodzić sterowanie odgórne przez Ministerstwo Sportu (jak zapowiada minister Witold Bańka) i statut oraz zapisy prawne UCI, które wyraźnie mówią o autonomii PZKol?

Rozumiem postawę Ministerstwa Sportu, które będąc głównym sponsorem związków sportowych i kierując do nich strumień państwowych pieniędzy chce mieć pewność, że są one racjonalnie wydawane. Moim celem w obecnej kadencji było właśnie odzyskanie wiarygodności wobec Ministerstwa Sportu. Uważam, że to mi się udało, a jednocześnie nie mam wrażenia żeby Ministerstwo nakładało na mnie jakiś kaganiec. Nie ma takiego problemu.

Minister Bańka chce wprowadzić zakaz zarobkowania przez prezesów związków. Jak zamierza pan godzić kierowanie PZKol. z inną pracą?

Ze środków Ministerstwa przekazywanych do Związku można opłacać tak zwane koszty pośrednie. Dotyczy to wynagrodzenia dyrektorów sportowych, trenerów, pracowników biura czy sekretarza generalnego. I te osoby, zdaniem Ministerstwa, nie powinny zasiadać w zarządach związków sportowych. Nie ma jednak przepisów zabraniających pozyskiwania środków z innych źródeł i opłacania prezesa czy jakiegokolwiek innego menadżera zatrudnionego przez Związek.

Czy związek powinien starać się w równym stopniu kłaść nacisk na wszystkie dyscypliny, czy wybrać priorytetowe?

Główny sponsor, czyli Ministerstwo Sportu, kładzie główny nacisk na dyscypliny olimpijskie i siłą rzeczy one muszą być traktowane priorytetowo. Od dwóch lat sytuacja PZKol poprawiła się jednak na tyle, że zaczęliśmy dofinansowywać także dyscypliny nieobecne na Igrzyskach i uważam, że w miarę możliwości także na to trzeba wynajdować środki.

Który, jeśli nie pan, z pozostałych kandydatów, wydaje się panu najlepszy?

Brak odpowiedzi.

Rozmawiał Adam Probosz – Eurosport