fot. Trek - Segafredo

Zawodnik, którego z pewnością będzie brakować w peletonie. Jeden z najlepszych kanadyjskich kolarzy w historii. Mowa oczywiście o Ryderze Hesjedalu, wikingu spod znaku klonowego liścia.

Wydaje mi się, że był to zawodnik, którego nie dało się nie lubić. Przesympatyczny, pełen pasji, pracowity, cichy – to tylko kilka cech jego charakteru. Głównie był jednak niesamowitym walczakiem, nie poddającym się nawet w najtrudniejszej sytuacji.

Co ciekawe, zawodnik mający norweskie korzenie, karierę zaczynał jako kolarz górski. Niektórych może nawet dziwić, że po kilku latach przyszło mu zmienić specjalizację. Wszystko ze względu na medale mistrzostw świata MTB, zdobyte zarówno indywidualnie w kategorii U-23, jak i w sztafecie. Mimo to, od 2004 roku, Hesjedal zdecydował się przenieść na szosę (w latach 2002-2003 miał podpisany kontrakt z młodzieżowym zespołem Rabobanku).

Sezon 2004 był dla niego pierwszym w gronie największych. Kontrakt w zespole US Postal z pewnością był dla młodego kolarza spełnieniem marzeń, jednocześnie rzucającym nieprzyjemny cień na jego początki ścigania na najwyższym poziomie. Jedynym ciekawym wynikiem 24-letniego wówczas kolarza była 5. pozycja w Klasika Primavera.

Kolejny rok stał pod znakiem pracy na rzecz liderów grupy Discovery Channel. Hesjedal wspierał nie tylko tego, którego nazwiska nie można wymawiać, ale także Rogera Hammonda czy Paolo Savoldellego. Tym samym Kanadyjczyk nie miał okazji do jazdy na swoje konto, nie notując żadnego solidnego rezultatu.

Przed sezonem 2006, 26-letni już kolarz postanowił zmienić barwy, by spróbować zgarnąć coś dla siebie. W zespole Phonak udało mu się pokazać szerszej publiczności, zajmując 4 miejsce w Volta Catalunya i 17 w Criterium du Dauphine. Jego głównym celem były mistrzostwa świata, których ostatecznie nie ukończył.

Mimo całkiem niezłej postawy w barwach szwajcarskiego zespołu, Hesjedal nie znalazł uznania w oczach dyrektorów najlepszych zespołów, przez co 2007 rok spędził w drużynie Health Net. Sezon w Stanach Zjednoczonych wyszedł dzisiejszemu bohaterowi na dobre. Co prawda w czołówce ważnych wyścigów na próżno go szukać (10 miejsce w GC Tour of California i koszulka najlepszego górala w Tour de Georgia), lecz jego jazda cieszyła oko niejednego kibica zza wielkiej wody.

Niemały talent 28-letniego już Kanadyjczyka docenił Jonathan Vaughters, dając mu angaż w zespole Garmin. Jak się później okazało, dla Hejsedala był to strzał w 10. Co prawda pierwszy sezon nie był aż tak okazały – 8. miejsce w generalce Tirreno – Adriatico, wygrany etap drużynowej jazdy na czas podczas Giro d’Italia czy 16. miejsce w olimpijskiej czasówce – lecz nie dało się nie zauważyć, iż nowy dyrektor ma na niego bardzo doby wpływ. Do tego, wiking w dużej mierze przyczynił się do zajęcia przez Christiana Vande Velde miejsca w pierwszej “10” Tour de France.

Sezon 2009 był pierwszym pokazem sił doświadczonego kolarza z ameryki północnej. Duże znaczenie miała możliwość jazdy na własne konto, która została przez niego doskonale wykorzystana. Zaczęło się od 11. miejsca w generalce Tour Down Under. Jak się później miało okazać, był to początek świetnego sezonu. Po pewnym czasie przyszło 8. miejsce w GC Tirreno – Adriatico oraz 11. pozycja w klasyku Liege-Bastogne-Liege. Tym razem, podczas Tour de France, liderem zespołu Garmin był Bradley Wiggins, który także mógł liczyć na ogromne wsparcie ze strony Hesjedala. Dla naszego dzisiejszego bohatera najważniejsze miało jednak miejsce nieco ponad miesiąc później, kiedy to udało mu się wygrać etap hiszpańskiej Vuelty.

Triumf na etapie wielkiego touru był przełomowym momentem w karierze Kanadyjczyka. Od tego momentu jego przygoda z rowerem nabrała ogromnego rozpędu, mimo, że metryka była przeciwko niemu – wskazywała już 30 przeżytych wiosen.

Sezon 2010 był dla Rydera znakomity. Pełen pewności siebie i wiary, już na początku sezonu zanotował kilka solidnych rezultatów. Był chociażby 5. w Strade Bianche, 6. w Volta Catalunya i 11. w Vuelta al Pais Vasco. Pojechał także znakomity ardeński tryptyk – 2. miejsce w Amstel Gold Race, 9. w La Fleche Wallone i 12. w Liege-Bastogne-Liege.

Kolejne wyścigi były dla niego równie udane. Już w maju, startując w Tour of California, udało mu się wygrać jeden z etapów i zakończyć cały wyścig na 5. miejscu. Szczyt formy miał przyjść jednak na Wielką Pętlę. Zgodnie z planem, najważniejszy wyścig w roku był dla Rydera bardzo udany. Kilkukrotnie zmieścił się w czołowej “10” na poszczególnych etapach (m.in. 3 miejsce na Col du Tourmalet, po wykreśleniu z wyników Alberto Contadora), a cały wyścig zakończyć na 5. lokacie. Bez wątpienia był to jeden z najlepszych wyścigów w jego karierze. Co było późnej? 6. miejsce w San Sebastian, 6. w Coppa Agostini, a także znakomite zakończenie sezonu w Kanadzie – 4. lokata w Quebecku i 3. w Montrealu. Bez wątpienia można więc przyznać, że był to do tej pory najlepszy sezon w jego karierze.

Kolejny rok nie był nieco słabszy, choć nie można mówić o wyraźnym spadku formy. Pierwsze lepsze rezultaty przyszły na przełomie marca i kwietnia – 7. miejsce w GC Criterium International, 4. w GP Miguel Indurain oraz 9. w Vuelta al Pais Vasco. Celem była jednak ponownie wielka pętla. Niestety, tym razem nie było tak kolorowo. Kanadyjczyk zanotował spore straty w początkowej fazie wyścigu, później starając się o zwycięstwo etapowe. Najbliżej było w Gap, gdzie na metę przed nim wjechali Thor Hushovd i Edvald Boasson Hagen. Ostatecznie skończyło się na 17. miejscu w generalce. Druga część sezonu także nie była udana. Jedynym niezłym wynikiem była 11. pozycja w Montrealu.

O tym co działo się rok później chyba nie trzeba przypominać. Mimo słabszego początku sezonu, Hesjedal przystąpił do pierwszego wielkiego touru – Giro d’Italia, z ogromnymi nadziejami, zupełnie uzasadnionymi. Już na początku wyścigu, podczas drużynowej czasówki, udało mu się zdobyć kilkadziesiąt sekund przewagi nad rywalami, co dawało spory handicap przed wjazdem w góry. Po raz pierwszy Maglia Rosa zdobył w Rocca di Cambio, gdzie wjechał 2 sekundy za Joaquimem Rodriguezem, który okazał się jego najgroźniejszym rywalem podczas trzech tygodni rywalizacji. Prawdziwa zabawa zaczęła się w Cervini, gdzie Hesje wykorzystał opieszałość pozostałych faworytów, zyskując nad nimi prawie 30 sekund. Ostateczna rozgrywka miała jednak mieć miejsce w Dolomitach. Tam, zupełnie niespodziewanie, Kanadyjczyk nie tylko był w stanie wjechać na największe szczyty obok Purito, ale także zgubić go. Ostatnią szansą dla Katalończyka na odmienienie losów wyścigu, był etap kończący się na Passo Stelvio. Mimo usilnych starań, Rodriguez nie zdołał pokonać naszego dzisiejszego bohatera, będąc na straconej pozycji przed finałową czasówką. Na konferencji prasowej po etapie, lider zespołu Garmin, w swoim stylu, odpowiadał na pytania dziennikarzy bardzo lakonicznie. Zapytany o niedawno zakończony królewski odcinek, powiedział jedynie “I did my best”. Kilka sekund później zapytany o czasówkę, nie zamierzał być bardziej wylewny, odpowiadając “I will do my best”. Jak powiedział, tak zrobił. Zajmując 6. miejsce na finałowym etapie, zapewnił sobie wygraną w całym wyścigu.

Co ciekawe, reszta sezonu była mniej udana. Jedynym wynikiem na poziomie “klasy światowej” było 6. miejsce w Il Lombardia.

W kolejnych latach nie było tak kolorowo, choć brodaty Kanadyjczyk starał się jak mógł, swoją walecznością nie mógł nawiązać do doskonałego wyniku z Giro 2012. Rok później udało mu się jedynie zakończyć w czołowej “10” “La Doyenne” i klasyk w Montrealu.

Rok 2014 również nie był zbyt udany. Należy jednak zaznaczyć, że Ryder zakończył Giro w czołowej “10” (dokładniej mówiąc, na 9. pozycji). Największy sukces, a także największa wpadka, miał miejsce w Hiszpanii, gdzie podczas Vuelty odniósł kolejne zwycięstwo etapowe. Kibice zapamiętają jednak najbardziej “uciekający rower” Kanadyjczyka po upadku na 7. etapie wielkiego touru.

Rok 2015 ponownie stał pod znakiem miejsc w okolicach końca pierwszej 50, oraz… udanego Giro. Hesjedal potrafił we Włoszech włączyć wyższy bieg, kończąc ściganie na 5. miejscu, po kilku agresywnych i niezwykle ambitnych akcjach zaczepnych.

Niestety, ostatni sezon w karierze był już jedynie pasmem niepowodzeń.

Jak zapamiętam Kanadyjczyka? Z pewnością jako walecznego i niezmiernie ambitnego człowieka, bardziej oddanego kolarstwu niż 90% peletonu. Jednocześnie był to cichy i poukładany człowiek, znający swoje priorytety i cele. Brakować będzie zarówno jego umiejętności i wyników, ale także niezwykłej charyzmy i podejścia do kolarstwa samego w sobie.