Fot. Cadel Road Race/Twitter

Australijczyk nie wytrzymał długo na kolarskiej emeryturze. Po zakończeniu kariery na Tour Down Under w 2015 roku stał się znaną twarzą promującą nowo powstały jednodniowy wyścig w Australii, Great Ocean Road Race.

Impreza zainaugurowała w 2015 roku, a Evans od samego początku starał się rozpowszechniać wyścig, użyczając swoje nazwisko na potrzeby marketingowe. Dzięki pomocy Australijczyka impreza szybko zyskiwała na wartości, w pierwszym roku miała kategorię 1.1, w bieżącym roku awansowała do kategorii 1.HC, natomiast w styczniu 2017 roku będzie już wyścigiem cyklu World Tour. Tym sposobem Australia stała się posiadaczem dwóch wyścigów z tego cyklu, od kilku lat w najwyższej klasie jest wieloetapowy Tour Down Under. Coraz lepsi kolarze na starcie, coraz lepsza promocja spowodowały, iż australijski wyścig szybko staje się ważnym punktem początku sezonu, a także zachęca nowe pokolenia Australijczyków do jeszcze częstszej jazdy na rowerze, natomiast dla wybitnych młodych kolarzy staje się platformą do przejścia na status zawodowca. I o tych inspiracjach i motywacjach Evans wypowiada się na kilka miesięcy przed rozpoczęciem wyścigu.

Nie przecieramy nowych szlaków, ponieważ mamy przecież już Tour Down Under w World Tour. Mam nadzieję, że wyścig jednodniowy następujący zaraz po TdU stanie się doskonałym uzupełnieniem i będzie lepszy nie tylko dla Australii, ale także dla umiędzynarodowienia kolarstwa. W naszym kraju mamy już rozwiniętą kulturę kolarską, mamy wielu kibiców, którzy pokazali wielką klasę na dwóch wcześniejszych edycjach ale nadal trzeba nad nią pracować i rozwijać się.

Evans mówi też o długofalowych planach wobec nowego wyścigu. Chce, by zarówno TdU jak i GORR, między którymi będzie teraz tydzień różnicy, zyskały status stałego punktu przygotowawczego do najważniejszych imprez sezonu, a dla Australijczyków i Nowozelandczyków Great Ocean Road Rac stał się jednodniową imprezą docelową.

Zawsze pracowaliśmy nad tym, by mieć wyścig o jak najwyższej jakości. Dla nas, jako organizatorów ważne jest by kolarze i drużyny, które do nas przyjadą, miały pewność, że wszystkie aspekty organizacyjne, finansowe i sportowe będą dopięte na ostatni guzik. Niedawno rozpoczęliśmy zupełnie nowy wyścig co spowodowało, że wnieśliśmy również nowe pomysły i nowe idee, które się przyjęły i spodobały kibicom, czego potwierdzeniem jest nasz awans w hierarchii UCI. Oczywiście mamy nadzieję, że będziemy w cyklu World Tour przez długi czas. Moim marzeniem było, aby z nowym wyścigiem dobrze wpasować się w kalendarz. Wiem, też że długi transfer do Australii jest dla ekip dużym obciążeniem, dlatego też nie zmuszam każdego by przyjeżdżał na nasz wyścig. Uwierzcie mi – wiem co mówię, przecież ponad 50 razy pokonałem trasę z Europy do Australii i wiem też jak ona może się dłużyć. Chciałem czegoś co wpasuje się w przygotowania ekip i kolarzy do sezonu, jest to bardzo ważne dla stabilności i długofalowości wyścigu.

Były mistrz świata i zwycięzca Tour de France z 2011, kolarz, który stał na podium największych wyścigów świata (Giro, Vuelta, Tour de Romandie, Tirreno-Adriatico) jest nadal bardzo popularny w swoim kraju. Powtarza też, że wiele zawdzięcza Australii, dlatego promocję nowego wyścigu traktuje jako okazję do swoistej spłaty długu wobec swojego narodu.

Dla mnie, najfajniejszą rzeczą związaną z wyścigiem jest możliwość powrotu do sportu. Pełnię też funkcję ambasadora BMC, ale jestem tylko jedną osobą więc siłą rzeczy mam ograniczony zasięg pełnienia swoich obowiązków. Tym wyścigiem chcę wyjść do ludzi, chcę by zaczęli trenować ten piękny sport, chcę też zainspirować nawet tych najmłodszych 3-latków, którzy stoją przy trasach wyścigu, a także juniorów, którzy w przyszłości marzą o wygrywaniu największych wyścigów.

Źródło: cyclingnews.com