UCI

Sagan nie rozstał się na długo z tęczową koszulką. Po roku spędzonym w koszulce mistrza świata w niedzielę wystartował w narodowym trykocie, a po niecałych sześciu godzinach znów zakładał tęczowe paski. Słowak jest pierwszym kolarzem po Paolo Bettinim, któremu udało się obronić mistrzowski tytuł.

“Jestem zaskoczony, że wygrałem. Nigdy nie wiesz jak się wszystko ułoży w sprincie, zwłaszcza, że tutaj sprinterów było mnóstwo. Za którym kołem pojechać? To zawsze loteria. Nie miałem dziś nic do stracenia. To niesamowite.”

-komentuje swój wyczyn Sagan.

Dwukrotny już mistrz świata nie wygrał jednak przez przypadek, a na jego sukces złożyło się kilka rzeczy. Nie zaliczył kraksy, nie miał “kapcia” ani nie cierpiał z powodu upału. Pilnował odpowiednich ruchów rywali, oszczędzał energię i znalazł odpowiednią drogę w chaotycznym sprincie. Tam pokonał jednego z najlepszych sprinterów, czyli Marka Cavendisha i legendę klasyków – Toma Boonena. Prawdopodobnie w 9 na 10 przypadków Sagan by nie wygrał takiej rywalizacji, jednak ten jeden raz trafił się akurat podczas mistrzostw świata. Poza tym, że gwiazdy sprzyjały Słowakowi kluczowe znaczenie miało kilka innych czynników. Oto pięć z nich.

Pilnowanie ruchów rywali

Pierwszym i być może najważniejszym kluczem do wygrania był moment w którym Sagan i Michal Kolar przeskoczyli do czołowej grupy napędzanej przez Belgów. Gdyby Słowak nie znalazł się w pierwszej grupie byłoby już po wyścigu.

“Byłem ostatnim który załapał się do grupy z Belgami i to był pierwszy sukces tego dnia. Myślałem, ze później wszystko się połączy, ale Belgowie i Włosi pracowali wyjątkowo mocno. Zdałem sobie sprawę, że o zwycięstwie zadecyduje sprint.”

Nie spalać się

Wiele tygodni przed mistrzostwami zawodnicy próbowali różnych sposobów na radzenie sobie z katarskim upałem. Niektórzy, jak Alexander Kristoff, przyjechali na miejsce startu prawie trzy tygodnie wcześniej by odpowiedni się zaaklimatyzować. Ryan Mullen jeździł w saunie na trenażerze, a Sagan? Sagan przyjechał trzy dni przed wyścigiem. Wniosek? Nie myśl o tym za dużo, po prostu jedź wyścig.

“Kiedy tu przyjechałem to pierwszy dzień praktycznie przespałem, bo leciałem w nocy. Następnego dnia zrobił trzygodzinny trening i pomyślałem ”o nie, to za dużo”. Kolejnego dnia pojechałem tylko na godzinę bo w niedzielę czekał mnie start.”

Wyczucie wyścigu

Kolejnym ważnym czynnikiem prowadzącym do zwycięstwa było wyczucie odpowiedniego momentu. Podobnie jak przed rokiem w Richmond, kiedy to Słowak zaatakował na ostatnich kilometrach, tym razem Sagan jechał schowany w pierwszej grupie. Reprezentanci Belgii i Włoch wykonali ogromną pracę, żeby cała akcja się powiodła, a Sagan był praktycznie niewidoczny aż do momentu, kiedy to 300 metrów przed metą odbił na prawą stronę drogi.

“Pomyślałem sobie, że głupotą będzie zaatakować, więc stwierdziłem, że postawie wszystko na jedną kartę w sprincie. Nie miałem nic do stracenia i tak, udało się. Myślałem cały czas “bądź spokojny, pilnuj koła, nie musisz współpracować”. Miałem jeden “strzał” więc musiałem go dobrze wykorzystać.”

Odrobina szczęścia

Przed mistrzostwami Sagan mówił, że nie ma nic do stracenia. To jego rywale mieli brać wyścig w swoje ręce podczas gdy on sam mógł spokojnie jechać w peletonie i pilnować odpowiedniego koła. Szczęście również odegrało swoją role i Słowak był pierwszym który to przyznał.

“Rozpocząłem sprint po prawej stronie i miałem sporo szczęścia, że mnie nie “przymknęli’. Może to przeznaczenie? Nie wygrywam takich sprintów codziennie.”

W czepku rodzony

Słowak często sprawia wrażenie, jakby nadprzyrodzone siły miał po swojej stronie. Podobnie było tym razem.

“Tak wiele rzeczy zadziałało żebym wygrał mistrzostwo świata raz, a teraz stało się to drugi raz z rzędu. Może to przeznaczenie? Oczywiście musisz być w formie, musisz mieć farta, musi ci pasować trasa. Jeśli w Katarze byłaby jakaś góra to nie byłbym mistrzem. Nie mogę uwierzyć, że znów wygrałem. To dziwne, bardzo dziwne, ale jednak jakimś cudem się stało.”

Źródło: velonews