Fot. Tour of Utah

Podczas pierwszego etapu wyścig Tour of Utah odwiedził Zion National Park, który do tej pory był nieosiągalny dla wszystkich amerykańskich wyścigów kolarskich. Udało się to dzięki niezwykłej determinacji organizatorów i umiejętności zawierania kompromisów.

Gdy peleton minął bramy Parku Narodowego Zion, organizatorzy wyścigu wpadli w sobie w ramiona i przybijali piątki. Dobiegła bowiem końca ich trzyletnia walka z politykami, problemami finansowymi i nieoczekiwanymi przeszkodami, które w ostatniej chwili mogły spowodować, że plan się nie powiedzie.

Zion znajdował się na liście życzeń dyrektora wyścigu Jenna Andersa i jego właściciela Steve`a Millera od wielu lat. Proces starania się o pozwolenie na przejazd przez park, oficjalnie rozpoczął się w 2013 roku.

Dyrektor techniczny wyścigu Todd Hageman od początku zdawał sobie sprawę, że czeka ich ogromne wyzwanie. Rzuciliśmy ten pomysł kilka lat temu, zdając sobie sprawę, że będzie to bardzo trudne – mówi. Zgodę na wstęp na teren parku okazjonalnie otrzymują imprezy dla biegaczy. Inne nie mają tyle szczęścia.

Organizatorzy wyścigu nie otrzymaliby tej zgody, gdyby nie zgodzili się na szereg ustępstw. Największy problem stanowił przejazd przez zbudowany w 1930 roku tunel, wyżłobiony w piaskowej skale, w którym nie ma elektryczności, a więc panuje totalna ciemność. Drogę kolarzom oświetliły wielkie lampy LED, umieszczone na motocyklach.

Ponadto, start etapu musiał odbyć się już pięć minut przed ósmą, co sprawiło, że pobudka musiała nastąpić o piątej. Telewizyjny helikopter otrzymał zakaz transmitowania obrazu z terenu parku, a kolarze musieli ograniczyć na jego terenie prędkość do piętnastu mil na godzinę i nie mogli atakować. Zabroniono także wyrzucania bidonów i innych odpadów, a także załatwiania potrzeb fizjologicznych.

W związku z tyloma niedogodnościami i długim procesem uzyskiwania zgody, organizatorzy przestrzegli, by nie spodziewać się, że obecność na terenie Zion National Park stanie się coroczną tradycją. To jest jedna z tych rzeczy, którą robi się raz w życiu – podsumował jeden z organizatorów.

Historię jako pierwsi opisali dziennikarze portalu velonews.com