Team Tinkoff / foto Graham Watson/BettiniPhoto©2016

Mistrz świata pokazał, że w Szwajcarii czuje się jak w domu i wygrał swój trzynasty etap w Tour de Suisse.

Na mecie Słowak z ekipy Tinkoff miał jednak kilka krytycznych uwag do jazdy rywali:

Ciężko było, bo pracowaliśmy cały etap. Kolarstwo się zmieniło – nie ma tak dużo respektu w grupie. Byliśmy na czele, nadawaliśmy tempo razem z Lotto, ale nie wszyscy pomagali. Pytałem gdzie się podział szacunek w peletonie. Zajechalibyśmy się jadąc tak mocno 50km przed metą. Myślałem, że będzie dla wszystkich łatwiej jeśli trochę popracujemy, ale jestem zły, że moja drużyna dawała z siebie tak dużo na czele, a nikt nas nie wsparł.

Złapałem ucieczkę na zjeździe i na płaskim i ciężko było utrzymać tempo. Jak pada deszcz, to dużo łatwiej jest uciekać. Podjąłem decyzję o odjeździe, bo dobrze się czułem. Z przodu chłopaki pracowali razem ze mną i ładnie się to układało do końca. To był udany sprint – 300m przed metą utrzymałem się Albasiniemu na kole i wyprzedziłem “na kresce”. Kolarze w ucieczce ze mną współpracowali – nie zawsze jest łatwo namówić kogoś do pomagania mi, ale wszyscy chcieliśmy wygrać.

Trzecie miejsce, po całodniowej ucieczce zajął Silvain Dillier (BMC).

Mój przyszły teść polecił mi walkę o ten etap, bo w końcówce było trudne okrążenie z dwoma podjazdami, które on znakomicie zna. Tydzień temu przyjechałem na rekonesans i dobrze zrobiłem – zjazdy były techniczne, a pamiętać jak wygląda podjazd to zawsze przewaga. Wspinaczki były dość strome, ale niezbyt długie, więc potrzebna była moc, niekoniecznie rytm górala.

Jak najpierw doskoczył do nas Albasini, a potem Sagan, to wiedziałem, że mamy dobrą grupę. Szliśmy na pełen gaz na ostatnich kilometrach. Sagan ani razu nie przestał naciskać na pedały, więc chciałem tylko utrzymywać jego koło. Wiedziałem, że jestem blisko przejęcia koszulki lidera, ale jak tylko mistrz świata do nas dołączył, to zrozumiałem, że pokonanie go po tak długim odjeździe będzie niezmiernie trudne. Dałem z siebie wszystko w sprincie.

Niestety straty zaliczyli kolarze z polskich ekip. Paweł Cieślik (VERVA Activejet) potwierdził, że był to bardzo trudny dzień.

Etap był ciężki i szybki. Nie czułem się dzisiaj najlepiej, a pogoda nie ułatwiła nam zadania. Peleton rwał się głównie na zjeździe i podczas szybkiego tempa na płaskim. Zostałem z tyłu po pierwszej rundzie, gdy peleton pękł na pół i choć byliśmy blisko głównej grupy, to ostatecznie się nie zeszliśmy. Szkoda straconego czasu, ale przed nami jeszcze 6 etapów.