Fot. Tomasz Jendrzejczyk / naszosie.pl

CCC Tour – Grody Piastowskie już za nami. Bez wątpienia wyścig był emocjonujący i do końca trzymał w napięciu. Niestety z przykrością należy przyznać, że nie była to dobra etapówka dla najlepszych polskich zespołów, które wystawiły bardzo mocne składy.

Już pierwszego dnia ścigania można było zauważyć, że zarówno ekipy Verva ActiveJet i CCC Sprandi Polkowice mogą mieć duże problemy z wygraniem wyścigu. Co prawda Tomasz Kiendyś zdołał wygrać legnickie kryterium, lecz było widać, że pozostali zawodnicy są równie mocni lub nawet mocniejsi od podopiecznych Roberta Krajewskiego i Piotra Kosmali. Od początku z bardzo dobrej strony pokazywali się Alois Kankovsky i zawodnicy reprezentujący barwy ekipy Wibatech – Fuji. Jak się okazało, był to prawdziwy prognostyk rywalizacji podczas kolejnych trzech etapów.

W piątkowe popołudnie do pokonania był trudny etap do Złotoryi, który ustawił klasyfikację generalną już do końca rywalizacji. Zupełnie niespodziewanie zgubiło się kilku znakomitych specjalistów od jazdy w ciężkim terenie. Co ciekawe, byli to głównie zawodnicy CCC Sprandi Polkowice i Verva ActiveJet team. Co prawda Victora de La Parte można rozgrzeszyć, bowiem złapał gumę w najgorszym możliwym momencie, lecz pozostali górale mogli z powodzeniem zabrać się w kilkudziesięcioosobowy odjazd, który był przepustką do walki o czołowe miejsca w generalce. Dlaczego zabrakło tam m.in. Pawła Cieślika i Jana Hirta?

Bez wątpienia na słowa uznania za postawę na ostatnich kilometrach pierwszego etapu zasługuje Oleksandr Polivoda. Ukrainiec nie miał większego problemu z odjechaniem z czołówki prowadzonej przez najmocniejsze zespoły w polskim peletonie. Co prawda kilkanaście sekund przewagi reprezentanta Ukrainy można jeszcze zrozumieć, o tyle odjazdu Włocha Gazzary po prostu się nie da.

Również drugi etap do Polkowic mógłby posłużyć jako przykład źle rozegranego przez najmocniejsze zespoły. Cały ciężar za gonienie ucieczki wzięła na siebie ekipa CCC, która w końcówce zupełnie się pogubiła i nie zdołała zmieścić swojego sprintera nawet w czołowej piątce. Jeszcze niżej, bo na 12 miejscu rywalizację zakończył Paweł Franczak. Czy to są miejsca, które najszybsi zawodnicy polskim peletonie powinni zajmować na dobrze znanym sobie wyścigu kategorii 2.2? Mamy prawo wymagać znacznie więcej.

Ostatni, najcięższy etap miał pokazać kto jest w grupie zdecydowanie najmocniejszy. Od początku bardzo mocne tempo dyktowali zawodnicy opłacani przez Dariusza Miłka, co zaowocowało porządną selekcją. Z dobrej strony pokazywali się głównie De La Parte i Grosschartner, a jedynym kolarzem, który nie miał dużej straty w generalce był Łukasz Owsian. Tym samym był on naturalnym liderem pomarańczowych. Zawodnicy Vervy stracili natomiast Pawła Franczaka, który został w drugiej grupce. Ich naturalnymi liderami zostali wówczas Jiri Polnicky i Adam Stachowiak.

Co działo się dalej? Podopieczni Piotra Kosmali postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Na atak zdecydował się Stachowiak, co było bardzo dobrym zagraniem. Jego odjazd został też dość łatwo puszczony, a razem z nim zabrał się Marek Rutkiewicz, jeden z dwóch liderów Wibatechu. Wydaje się, że to właśnie kolarze w czarno-niebieskich strojach pojechali najlepszy wyścig. Zawsze byli tam gdzie trzeba i do końca walczyli o zwycięstwo. W pewnym momencie wydawało się, że to właśnie Stachowiak z Rutkiewiczem między sobą rozegrają finisz, lecz ich akcję skasowali Pomarańczowi. Tym samym, kilkanaście kilometrów przed metą w idealnej sytuacji był Polivoda. Co zrobiło CCC? Dowiozło całą grupę. W zasadzie po raz kolejny ich praca nie przyniosła absolutnie nic. Honor dwóch największych polskich grup uratował Polnicky, wygrywając królewski etap. Najwyżej z Polaków sklasyfikowany został kolarz Wibatechu (a jakże!) Dariusz Batek.

Nie da się przejść obok Grodów 2016 bez końcowej oceny. Na niedostateczny zasłużyła z pewnością ekipa CCC Sprandi. Ich jedynym „pokazem siły” było ciągnięcie peletonu przez wiele kilometrów. Należy jednak przypomnieć, że był to wyścig 2.2, a pomarańczowi wciąż walczą o dzikie karty na największe wyścigi w kalendarzu. Czy dla zespołu z takimi ambicjami, sukcesem w swojej etapówce jest zerwanie z koła kolarzy jeżdżących w trzeciej dywizji? Co więcej, jadąc w prawie najmocniejszym składzie? Jeśli tak, potrzebna jest wówczas zmiana priorytetów. Nie gadajmy o World Tourze, nie kupujmy ogromnych autobusów i nie róbmy z siebie gwiazd, skoro nie możemy nawet wygrać etapu na średnio obsadzonej etapówce. Żeby nie było, że się czepiamy, że nie lubimy CCC Sprandi Polkowice. Bardzo szanujemy ten zespół, ale o tym występie trzeba jak najszybciej zapomnieć.

Znacznie więcej można było spodziewać się także po kolarzach teamu Verva. Oczywiście można zrozumieć ustawienie na pozycji lidera Pawła Franczaka, lecz jednocześnie trzeba mieć plan B. Tym samym nie da się zrozumieć ogromnej straty Pawła Cieślika na etapie do Złotoryi. Mając najlepszego górala w czołówce, można było dużo lepiej rozegrać ostatnie 153 kilometry. Twarz czerwono-białych ratuje zwycięstwo etapowe i podium Jiriego Polnickyego.

Nie można jednak zapominać o pochwałach. Na pewno zasłużyli na niego Marek Rutkiewicz i Dariusz Batek. Szczególnie ten pierwszy pokazał działaczom CCC, że nadal byłby silnym punktem zespołu. Na słowa uznania zasługuje także Alois Kankovsky i kilku młodszych zawodników ekip z zachodu, którzy bardzo dzielnie stawiali czoła rywalom i pokazywali, że są wiele warci. Kto wie, może część z nich w przyszłości jeszcze zwojuje kolarski świat.