“Przemiec” już jutro rozpocznie walkę w pierwszym w tym roku Wielkim Tourze. Na swoim blogu podzielił się krótkimi przemyśleniami na temat startu.

Już jutro rozpocznę swoje szóste Giro d’Italia. Z takim licznikiem nie muszę się stresować, a po ostatnim wyścigu spokoju mi nie brakuje. Póki co będę się starał, żeby wyjechać z Holandii w dobrym nastroju. Trzeba przejechać tutejsze etapy bez strat, żeby włoskie odcinki rozpocząć z dobrej pozycji wyjściowej. Czuję się dobrze, ale nie chcę składać żadnych obietnic. Będę się skupiał na tym, by z dnia na dzień jechać jak najlepiej i zobaczymy, dokąd mnie to zaprowadzi. Wyścig pokaże, czy będzie to walka o wysoką pozycją w kl. generalnej, czy raczej o wygranie etapu.

Zacząłem studiować grubą książkę wyścigu i mogę stwierdzić, że będzie ciężko. Trasa tegorocznego Giro jest bardzo wymagająca, aż siedem etapów liczy co najmniej 200 km, trudnych podjazdów też nie zabraknie. Będzie sporo jazdy na czas, ale na szczęście nie drużynowej. Pierwsza poważna weryfikacja nastąpi na 6. etapie, pierwszym z metą pod górę. To on pokaże, na co kogo stać w tym wyścigu. Później ciężki będzie 8. etap do Arezzo z szutrowym podjazdem Alpe di Poti. Przejechałem go w tym roku, mieszkałem też w tamtych okolicach i znam je dobrze, podobnie jak trasę pagórkowatej czasówki w Toskanii. Końcówka drugiego tygodnia da popalić, przejedziemy sporo wymagających podjazdów, a na deser dostaniemy górską czasówkę. Wszystko rozstrzygnie jak zwykle trzeci tydzień, który nie oszczędzi nikogo. Przejechałem już w Giro sporo kilometrów i wiem, jak ważne jest w nim umiejętne rozkładanie sił. Trzeba się mądrze oszczędzać, żeby nogi chciały jeszcze dobrze kręcić w końcówce wyścigu. Liczę też na to, że strategia mniejszej liczby startów do maja przyniesie dobre efekty. Zwykle o tej porze roku miałem już w nogach z 2 tys. kilometrów wyścigowych więcej niż tym razem

Ostatni wyścig przed Giro pozwolił mi uwierzyć w słuszność obranej strategii i dodał wiary w siebie. Niektórzy mogą mówić, że nie był to najbardziej prestiżowy wyścig, ale nikt nie dał mi zwycięstwa w Turcji za darmo. Cieszę się też ze swojej jazdy na królewskim etapie Tour of Turkey. Niewiele zabrakło wtedy do wygranej. Zdobyłem w Turcji koszulkę najlepszego górala, niestety wiatr porwał mi koszulkę lidera, ale co zrobić, takiego etapu jeszcze nie przeżyłem. Ledwo można było jechać, wiatr i praca Lotto-Soudal sprawiły, że już na 3. km trasy peleton podzielił się na 5 grup. Mogę być jednak zadowolony z tureckiego debiutu i swoich odczuć z jazdy.

Po wyścigu w Turcji spędziłem w domu nieco ponad 22 godziny i ruszyłem z dobrym samopoczuciem na Giro. Po ostatnich treningach, dzisiejszej wizycie w centrum Meridy i prezentacji ekip czeka mnie już tylko odpoczynek w hotelu, a od jutra skupianie się na każdym kilometrze trasy i ciężka praca każdego dnia. Oprócz moich ambicji liczą się też ambicje ekipy, które spróbujemy wspólnie zaspokoić. O zwycięstwa etapowe będą z pewnością walczyć Sacha Modolo i Diego Ulissi, których stać na niejeden sukces. Konkurencja nie pozwoli jednak, żeby przyszedł on zbyt łatwo. Obsada wyścigu będzie jak zawsze mocna. Za największego faworyta do zwycięstwa uważam Mikela Landę, ale nie można skreślać innych wielkich kolarzy. Wszystko rozpocznie jutro płaska jak stół czasówka. Zmieniłem nieco pozycję na kozie i mam nadzieję, że przyniesie to dobre rezultaty. Poza tym zaufam sprawdzonym rozwiązaniom i nie przewiduję żadnych rewolucji sprzętowych. Wyjątkiem są nowe koła Fulcrum z obręczami 55 mm, będę je stosował z wersjami 40 mm w zależności od etapu.

Trzymajcie kciuki za mój dobry maj, a ja postaram się dostarczyć Wam wielu dobrych emocji.

źródło: przemyslawniemiec.blogspot.com