Marco Pantani

W kolejnej odsłonie cyklu zastanawiam się, czy kolarze powinni pożegnać się z marzeniami o wygraniu Giro i Touru w jednym sezonie. A może wręcz przeciwnie – wciąż jest to w zasięgu najlepszych?

Koniec tego sezonu stał pod znakiem rozbuchanych fantazji. Atmosferę podgrzewało na przykład wyzwanie rzucone przez Olega Tinkova. Apelował, aby w zamian za milion euro do podziału każdy z kolarzy grających pierwsze skrzypce w Wielkich Tourach w jednym sezonie wystartował we wszystkich trzech. Co najciekawsze, wielu obserwatorów poddało ten pomysł rzetelnej analizie – mimo że zawodnikom chyba nawet przez myśl nie przeszło, żeby rzeczywiście spróbować.

Zresztą w tym wypadku rozsądniejsze wydaje się przyjęcie metody małych kroków. Od 1998 roku, kiedy dokonał tego Marco Pantani, nikomu nie udało się wygrać w jednym sezonie Giro i Touru. Co więcej, ze względu na współczesne metody treningowe i wąską specjalizację zawodników, coraz mniej ludzi nawet podejmuje próbę powtórzenia tego wyczynu. Skoro jednak zanosi się na to, że po raz kolejny rękawicę podniesie Alberto Contador – korzystając z leniwej atmosfery w kolarskim świecie – może warto zastanowić się nad jego szansami.

O ostatniej poważnej próbie

Oczywiście zwrot po raz kolejny pojawił się dlatego, że ostatnią realną szansę na taki wyczyn miał właśnie Contador w 2011. Niezależnie od tego, co potem stało się z rezultatami Hiszpana osiągniętymi w tamtym sezonie, ten przykład to moim zdaniem najlepszy punkt wyjścia. Na początku należy podkreślić, że niekoniecznie była to zaplanowana próba wygrania tych dwóch Wielkich Tourów, bo Pistolero nie mógł być pewien, czy zostanie dopuszczony do startu w Wielkiej Pętli.

Można też zaryzykować stwierdzenie, że nie był to dobry rok na podejmowanie takich wyzwań. Co prawda zdarzyło się to zanim Froome postanowił zostać kolarzem ze światowej czołówki, przed nadejściem Quintany i osiągnięciem pełnej sportowej dojrzałości przez Nibalego, ale przecież mocnych rywali tak czy inaczej nie brakowało. A przy tym Giro miało nieludzko wymagającą trasę, która była swego rodzaju opus magnum Zomegnana i pewnie długo się nie powtórzy, od kiedy został odprawiony. Wspomnijmy choćby szalony tryptyk górskich etapów, z metami na Grossglocknerze, Zoncolanie i Gardecci. Po ostatnim z nich, na którym liderzy zaczęli ataki ponad 100 kilometrów od mety, Contador powiedział, że to jego najtrudniejszy dzień na rowerze. Warto też pamiętać, że w czasie tego wyścigu Alberto nie w głowie było zostawianie rezerw – przyjechał, aby coś udowodnić i przy niemal każdej okazji miażdżył przeciwników.

Żeby tego było mało, także w Tour de France Hiszpan miał pecha. Przez cały wyścig borykał się z kontuzją kolana, a co więcej, już na początku zaliczył niefortunną, niezwiązaną z jego możliwościami stratę. Mimo wszystko był prawdopodobnie najbardziej agresywnym zawodnikiem i błyszczał pod koniec wyścigu, zajmując trzecie miejsce na etapie do Alpe d’Huez i na finałowej czasówce.

Nie było tu więc przypadku ewidentnego spuszczenia powietrza, ciężko też obwiniać brak koncentracji, bo Contador wykorzystywał nawet najbardziej niepozorne etapy. Oczywiście ciężko to ocenić z perspektywy zewnętrznego obserwatora, ale wydaje się, że nieco łatwiejsze Giro i trochę bardziej sprzyjające wiatry sprawiłyby, że piąte miejsce zamieniłoby się w pierwsze – wbrew pozorom, przepaść między nimi wcale nie była duża.

Niepozorny Carlos Sastre

Ale bez wracania aż do czasów Pantaniego (bo porównanie byłoby zbyt skomplikowane), nie tylko przypadek Contadora sugeruje, że dublet może wcale nie być takim majakiem, jak niektórym się wydaje. Weźmy choćby Carlosa Sastre. Ten bardzo niedoceniany kolarz – i to nie tylko przez Lance’a Armstronga – wielokrotnie wchodził w rolę wspomnienia o czasach, kiedy zawodnicy jednego wyścigu nie byli jeszcze tak powszechni. Co prawda w jego przypadku dotyczy to raczej łatwiejszego połączenia Tour-Vuelta, ale to i tak godne uwagi, że w latach 2006-2008 za każdym razem mieścił się w pierwszej czwórce w jednym i drugim wyścigu, łącznie pięciokrotnie stając na ich podium.

Kilka słów otuchy od mistrza

Za tym, że taki dublet wcale nie musi być echem przeszłości opowiada się też ktoś, komu udało się tego dokonać, czyli Stephen Roche:

Tour, który wygrałem był najdłuższy w historii – 26 dni – i najbardziej górski w historii. A między Giro a Tourem miałem tylko trzy tygodnie. Wierzysz w to, w co chcesz wierzyć. Dziś kolarze wmawiają sobie, że to niemożliwe. Ja bardzo się cieszę, bo rodzina zwycięzców dubletu Giro-Tour pozostanie bardzo mała! Ale tak czy inaczej uważam, że to zdecydowanie możliwe.

Wysiłek wart zachodu

Przy tym wszystkim trzeba pamiętać, że niezależnie od ery, wygranie w jednym roku Giro i Touru to – jak zresztą zauważa Roche – rzadkie osiągnięcie. Do tej pory udało się to tylko siedmiu kolarzom: Fausto Coppiemu (dwukrotnie), Jacquesowi Anquetilowi, Eddy’emu Merckxowi (trzykrotnie), Bernardowi Hinault (dwukrotnie), Stephenowi Roche’owi, Miguelowi Indurainowi (dwukrotnie) i w końcu Marco Pantaniemu. Dodatkowo Jacques Anquetil był jedynym kolarzem, który w jednym roku wygrał Tour i Vueltę, a Eddy Merckx, Giovanni Battaglin i Alberto Contador dopełniają listę dubletów zwycięstwami w Giro i Vuelcie w tym samym sezonie.

Ale – choć oczywiście łatwo pisać w ten sposób z perspektywy kibica przed telewizorem – to właśnie sprawia, że każda próba wejścia do tej elitarnej grupy jest tak elektryzująca. A kolarze, którzy zamiast jak najlepiej przygotować się do Tour de France chcą się na to porwać, mogą liczyć na większą przychylność kibiców.

Przecież między innymi w próbie okiełznania nieprzewidywalności tkwi wyjątkowość kolarstwa. Właśnie tutaj najmniejszy szczegół może zaważyć o niepowodzeniu wielkiego projektu. Dlatego o ile nie wiadomo kto pójdzie w ślady Marco Pantaniego i Miguela Induraina, kilka rzeczy nie ulega wątpliwości – będzie to zawodnik mocny psychicznie, który potrafi odnaleźć się w niekonwencjonalnych sytuacjach, a startowanie z gorszej pozycji to dla niego tylko dodatkowa motywacja. Nie będzie też potrzebował, aby dla niego skracać wyścigi.

 

Foto.: www.corvospro.com

Ania Gmaj