contadorAlberto Contador podzielił się wrażeniami z wyprawy Tinkoff-Saxo na Kilimandżaro. Hiszpan uważa, że jego ekipa zdała test w ekstremalnych warunkach, a on sam jest pozytywnie zaskoczony reakcją swojego organizmu. 

Tak “El Pistolero” opisywał wyprawę.

To było nowe doświadczenie dla całej drużyny, razem przeżyliśmy zarówno dobre, jak i złe momenty. Pogoda nam nie pomagała, przez pierwsze trzy dni padało, byliśmy przemoknięci i nie mieliśmy gdzie suszyć mokrych ubrań, namiotów i śpiworów. Ale największym testem był ostatni dzień, kiedy mieliśmy wejść na sam szczyt. Wyruszyliśmy z obozu usytuowanego na wysokości 4600 metrów. Wstaliśmy pół godziny przed północą, by o wschodzie słońca wejść na szczyt Uhuru – najwyższy punkt Kilimandżaro położony na wysokości 5895 metrów. Trzy godziny wcześniej poszliśmy na trochę spać, ale padał lekki śnieg i wiał bardzo silny wiatr. Na szczęście potem pogoda nieco się poprawiła i udało nam się zdobyć szczyt.

Było to dla mnie nowe doświadczenie, bo nie wiedziałem jak zareaguje mój organizm. Ale niespodziewanie okazało się, że czułem się bardzo dobrze. Kiedy przekroczyłem wysokość 5400 metrów, poczułem nieduże problemy z żołądkiem, ale na  szczęście bardzo szybko ustąpiły, więc mogłem utrzymać tempo i dotrzeć na  szczyt. 

Ekipa Tinkoff-Saxo była podzielona na mniejsze grupki, by uniknąć np. zagubienia któregoś z członków wyprawy. Każda miała przewodnika.

Ja szedłem z Valgrenem i Kiserlovskim. Mieliśmy trudne momenty. Chociaż ja nie miałem kłopotów, to moi koledzy czuli się momentami bardzo źle i chcieli wracać. Inni potrzebowali pomocy na szczycie, a jeszcze inni nie pamiętali co się wydarzyło, kiedy wrócili do obozu. To wszystko było wpisane w tę wyprawę, to był test naszego zgrania i współpracy w trudnych warunkach. Myślę, że poradziliśmy sobie z tym. 

Foto: Facebook

Marta Wiśniewska