RiccoW kolejnym odcinku cyklu rozszyfrowuję wymykający się fenomen kolarzy z Półwyspu Apenińskiego. Jaka wielka zmiana zaszła w mentalności zawodników od czasów Marco Pantaniego? Czy Vincenzo Nibali albo Fabio Aru mogą być równie zachwycający?

Ojczyzna jednego z trzech Wielkich Tourów, dwóch monumentów, jednego z najbardziej prestiżowych tygodniowych wyścigów etapowych. Kraj, z którego pochodzą kolarze najbardziej utytułowani, szczególnie charyzmatyczni, wyjątkowo uwielbiani przez kibiców. Wiele wskazuje na to, że Włochy należą do nacji głęboko przesiąkniętych kolarstwem szosowym. Czy jednak można stwierdzić za co tak naprawdę ich kochamy? Przecież ciężko znaleźć odpowiedź w konkretnych nazwiskach, kalendarzu wyścigowym, a nawet w pojedynczych wspomnieniach. Ale przez długi czas wszystkie te elementy miały pewien nieuchwytny punkt wspólny, który można określić specyficznym rodzajem nierozwagi, właściwym raczej sztuce niż karierze sportowej. Gdzie szukać jego przejawów i jak ten obraz zmieniają nowi włoscy mistrzowie?

Wspomnienie kolarskiego odpowiednika Salvadora Dali

Wydaje mi się, że to jedna z tych opowieści, których nie należy zaczynać ani od początku, ani tym bardziej od końca. Automatycznie przychodzi tu bowiem na myśl jedna postać, tragiczny geniusz włoskiego i światowego kolarstwa, ktoś, w stosunku do kogo reszta zawodników była jak rzemieślnicy przy artyście (co zresztą sami niejednokrotnie podkreślali) – czyli po prostu Marco Pantani. Ostatnio znów jest o nim głośno i choć tym razem są to mało przyjemne echa przeszłości, warto podkreślić, że w różnorakich kontekstach, jego wspomnienie zawsze do nas powraca i wciąż elektryzuje. Ze swoją dziwną, ale charyzmatyczną osobowością, spektakularną jazdą i nieobliczalnością Pantani doskonale trafił w potrzebę zbudowania wielkiej legendy, upatrzenia sobie herosa. Wcale nie przeszkadzał w tym zresztą pierwiastek tragiczny. Dzięki niemu Il Pirata zyskał ludzkie, interesujące oblicze, kontrastujące chociażby z pewną monotonią oferowaną przez Induraina, a potem Armstronga.

To właśnie Big Mig powiedział o nim kiedyś, że może wielu zawodników osiągnęło więcej niż on, ale nie udało im się aż tak porwać kibiców. Oczywiście miał potencjał, aby osiągnąć więcej, ale to doskonały przykład na to, jak niewielką moc mają suche wyniki. Bardzo rzadko myślę o tym, że Pantani był ostatnim kolarzem, który wygrał Giro i Tour w jednym sezonie. Wracam do tego właściwie tylko wtedy, kiedy inni zawodnicy wykazują ochotę na zdobycie takiego dubletu. Natomiast sam Il Pirata kojarzy mi się z włoskimi komentatorami, którzy jak opętani krzyczą: Ecco che scatta Pantani! Scatto di Pantani! Z nieprawdopodobnym rajdem na etapie do Les Deux Alpes. Ze sporem o rzekomo darowane zwycięstwo etapowe podczas Tour de France 2000 – za ten złośliwy prezent Armstrong musiał przecież zapłacić wysoką cenę, bo następnego dnia Pantani zaatakował z taką furią, że Amerykanin kazał swojemu samochodowi technicznemu skontaktować się z doktorem Ferrarim, aby ten wykonał odpowiednie kalkulacje. A w końcu z niezliczonymi anegdotami. Choćby o tym, jak włoska telewizja przerywała transmisje z ważnych wydarzeń politycznych, aby przekazać informacje o jego sukcesach, a ówczesny premier komentował, że to oczywiste, przecież te ostatnie są znacznie ważniejsze.

Co prawda kładę tu nacisk na chwile wzlotów, a ciężko zaprzeczyć, że Pantani albo unosił się bardzo wysoko, albo spadał proporcjonalnie nisko. Ale być może to właśnie podświadome wybieranie położeń ekstremalnych zapracowało na jego niezniszczalną legendę oraz na to, że stał się niepodważalnym i niedoścignionym symbolem kolarza-górala. A przy tym flagowym włoskim szaleńcem.

Cofnijmy się jeszcze dalej, czyli o erze Coppiego i Bartalego

Ale z pewnością nie jedynym. Zajrzyjmy na chwilę na karty historii i pomyślmy o największych mistrzach z Półwyspu Apenińskiego. To szczególne niezrównoważenie zostawiło swój ślad na przykład na wściekłej rywalizacji Coppiego i Bartalego, która podzieliła Włochy, a dla samych zainteresowanych skończyła się między innymi trzymiesięcznym zawieszeniem po Mistrzostwach Świata w Holandii w 1948. Dość niezwykły był też sposób, w jaki Bartali układał taktykę na wyścig. Dzień wcześniej zakradał się do pokoju Coppiego, aby przeszukać go pod kątem wszelkich środków wspomagających. Zarzekał się, że potrafił wyczytać w jaki sposób i w którym momencie jego rywal zaatakuje na podstawie tego, co znalazł w koszu na śmieci. Ten sam Bartali jako jedyny kolarz w historii pokusił się o wygranie trzech etapów górskich pod rząd (w Tour de France 1948).

Ale jeszcze bardziej szalony wydaje się górski wyczyn innego włoskiego zawodnika, zresztą jeżdżącego w tej samej erze. Giro 1956 było dla obrońcy tytułu, Fiorenza Magnego, bardzo pechowe. Najpierw złamał obojczyk, a następnie kość ramienną i choć przy drugim z tych upadków zemdlał z bólu, wydarł się na ratowników, którzy już zamierzali wieść go karetką do szpitala i postanowił nie wycofywać się z wyścigu. Na dwudziestym etapie pojawiła się jednak dodatkowa trudność – kolarze musieli zmierzyć się nie tylko z kilkoma podjazdami, ale i ze śnieżycą. W fantastycznym stylu zwyciężył wtedy Charly Gaul, a przy tym wycofało się aż 60 zawodników. Magni z niedowierzaniem patrzył, jak kolejni kolarze (w tym lider wyścigu) schodzą z rowerów i dojechał na drugim miejscu, które zajął też w całym wyścigu.

Kilka słów o ostatnich niespokojnych typach

Nie trzeba jednak koniecznie sięgać pamięcią tak daleko. Weźmy choćby kolarza, którego nie tak dawno mogliśmy oglądać w peletonie, Mario Cipolliniego. Chyba nikt nie może odmówić mu ekscentryzmu, wyrażanego w pamiętnych kostiumach, palonych na rowerze papierosach i niekończących się konfliktach z organizatorami największych wyścigów. Zresztą, ilu zawodników opowiada w wywiadach, że jeśli za ileś lat mężczyźni mogą mieć zarówno genitalia męskie jak i damskie, to mają wrażenie, że kolarstwo zmierza w tym kierunku w przyśpieszonym tempie… Ale jeśli chodzi o tych, którzy dopiero co zniknęli z horyzontu, warto wspomnieć nie tylko o kolarzach. Wyraźny rys włoskiego szaleństwa można było dostrzec w osobie Angela Zomegnana, byłego dyrektora wyścigu Giro d’Italia. Kochany przez kibiców i niejednokrotnie przeklinany przez zawodników czy zarządy ekip, stał się synonimem bezkompromisowości w projektowaniu trasy, a dla wszystkich sprzeciwiających się morderczym trudnościom miał jedną odpowiedź – Możecie zostać w domu. Wśród jego niespełnionych fantazji znalazło się chociażby rozpoczęcie Giro d’Italia w Stanach Zjednoczonych. A wielu fanów pewnie wciąż myśli o tym, co by było, gdyby wspinaczkę na Zoncolan rzeczywiście poprzedzić niezwykle wymagającym Crostis…

Ale Zomegnan został zwolniony w 2011, kiedy we włoskim kolarstwie w najlepsze trwało przygotowywanie fundamentów pod nową erę. Wcześniej niezmordowanie szukano następców Marco Pantaniego, pod jego znakiem rozwijał się każdy młody talent. Pech chciał, że na przestrzeni tych kilkunastu lat legendarnego wspinacza przypominał właściwie tylko jeden zawodnik. Butny, ofensywny i szaleńczo ambitny, jeden z nielicznych, którzy nie bali się rzucić wyzwania Alberto Contadorowi, kiedy ten objął panowanie w krainie wyścigów etapowych – Ricardo Ricco miał wiele z Pantaniego, niestety szybko przeistoczył się w karykaturę najgorszych fragmentów historii Pirata. Może zadziałało to jak zimny prysznic, a może zmiana przyszła naturalnie? Najpierw pojawili się zawodnicy, którzy co prawda byli przeciwwagą dla wszelkich niespokojnych charakterów, ale nie zawsze dobrze na tym wychodzili. Na przykład Ivan Basso może imponował opanowaniem, ale czasem łączyło się ono z brakiem bezwzględności i instynktu zwycięzcy, co bardzo dobrze widać między innymi w dokumencie Overcoming.

Dwie odsłony nowego włoskiego charakteru

Zdecydowany zwrot przyszedł jednak dopiero z wysp. W światowym peletonie zaistnieli włoscy kolarze, którzy co prawda nie odcinają się od narodowego dziedzictwa, a przy tym od czasu do czasu lubią zaszaleć, ale nie są zapatrzeni w przeszłość i nie chcą gonić za legendami. A co najważniejsze, siłą napędową ich sukcesu nie wydaje się być nieokiełznany talent, a raczej ciężka praca i swoista kolarska mądrość. Co więcej, w wywiadach i Vincenzo Nibali, i Fabio Aru, bo oczywiście ich mam na myśli, stronią od kontrowersyjnych wypowiedzi czy barwnych anegdot. Skupiają się na robieniu tego, co do nich należy i powoli zaczyna im to wychodzić coraz lepiej.

Weźmy choćby karierę starszego z nich, Vincenzo Nibalego. Nawet kiedy w 2010 zajął trzecie miejsce w Giro i wygrał Vueltę, wielu traktowało go z przymrużeniem oka. Mówiło się, że nigdy nie atakuje pod górę, że nie radzi sobie na prawdziwych podjazdach, że pewnie już nigdy nie zwycięży w Wielkim Tourze. Rok później we Włoszech dostał srogie baty od Contadora, a sezon zakończył bez żadnego zwycięstwa (jedno zostało mu później przyznane). Zdarzyło mu się też kilka występów, kiedy imponował odwagą, ale równocześnie jego ataki wydawały się rozpaczliwe i pozbawione sensu. Ale dzięki temu wszystkiemu bardzo świadomie zbudował swoją osobowość kolarską na nowo, wspinając się do czwórki najlepszych kolarzy na wyścigi etapowe, czego ukoronowaniem było zwycięstwo w Tour de France. Tym samym Rekin z Messyny trafił do elitarnego klubu zawodników, którzy wygrali każdy z trzech Wielkich Tourów.

Wszystko odbyło się bez większych fajerwerków, niezależnie od gigantycznej przewagi, z jaką wygrał Wielką Pętlę. Tak już jest z Nibalim, że choć nie brak mu charakteru czy gotowości do ryzyka, dla wielu obserwatorów jego jazda nie jest aż tak olśniewająca. Wydaje się zresztą, że podobnie będzie z jego młodszym kolegą z drużyny, Fabio Aru. Nie są ani najlepszymi góralami w peletonie, ani najbardziej utalentowanymi czasowcami. Sporo mogą nadrobić umiejętnością koncentracji, opanowaniem, pewnym instynktem, odwagą. Ale mało kto postawi ich w roli faworytów w bezpośrednim starciu ze świetnie dysponowanymi Contadorem, Froome’em czy Quintaną. A choć przynajmniej Nibali zakończy karierę ze znacznie bardziej imponującą listą zwycięstw niż Marco Pantani – w starciu legend pewnie zarówno Sycylijczyk, jak Sardyńczyk stoją na straconej pozycji.

Ale choć włoscy szaleńcy byli postaciami pod pewnymi względami bardziej charyzmatycznymi, kolarze nowego typu są przynajmniej równie godni podziwu, a kibicując im prawdopodobnie nie narażamy się na aż tak dotkliwe rozczarowania jak na przykład w przypadku Pantaniego. Możliwe, że bezwzględna dyscyplina Vincenzo Nibalego czy Fabio Aru ma coś wspólnego z ich wyspiarskim pochodzeniem – aby spróbować spełnić marzenie o karierze sportowej, bardzo wcześnie musieli opuścić rodzinne strony. Jakby jednak nie było, ich upór w dążeniu do celu i profesjonalizm powinny zostać docenione, bo także one, nawet jeśli rzadko osiągają pewien poziom spektakularności, w ostatnich sezonach zapewniały nam rozrywkę i decydowały o przebiegu wyścigów. Jeśli uczciwie się nad tym zastanowimy, mało który góral byłby w stanie, kiedy sytuacja będzie tego wymagała, na jeden dzień zamienić się w specjalistę od jazdy po brukach – a to właśnie zrobił Nibali w tegorocznym Tourze.

A że chcą pisać własne historie? Czasem pewnie są niekompatybilne z naszą rozbuchaną wyobraźnią i dziwimy się, kiedy Nibali mówi, że jego idolem jest Francesco Moser, natomiast Aru jako główną inspirację wymienia Alberto Contadora. Ale przecież nie ma w tym nic złego, bo kolarstwo, jak każdy sport i każda dziedzina życia, potrzebuje różnego typu opowieści. Ważne, aby potrafić obronić pozycję, z której są one opowiadane – a nowej generacji włoskich kolarzy z pewnością nie brak tej umiejętności. A przecież wcale nie zapominają o tym, co było przed nimi i chyba dobrym zakończeniem będzie przypomnienie, że po zwycięstwie w Wielkiej Pętli Vincenzo Nibali jedną z żółtych koszulek zawiózł matce Marco Pantaniego.

 

Ania Gmaj

Fot. sporza.be