Andy Schleck

Do Andy’ego Schlecka przylgnęło wiele niezbyt chlubnych przezwisk, a jednym z najsilniej kojarzących się z nim obrazów będzie jazda z obróconą do tyłu głową i spojrzeniem rozpaczliwie szukającym brata. Ale przecież nie raz zdarzało mu się “pokazać zęby” i zachwycić kibiców. Sprawdźcie, jak oceniam karierę Luksemburczyka.

Pola Elizejskie, wypowiedzi zawodników po ostatnim etapie Tour de France 2010. Przed nami jeszcze wiele nieoczekiwanych zwrotów akcji dotyczących zwycięstwa w tamtym wyścigu, za nami również kilka „kwiatków” – od nieco kontrowersyjnych neutralizacji zaczynając, na aferach łańcuchowych kończąc. Jakby jednak nie było, w tamtym momencie słuchaliśmy Alberto Contadora, który właśnie po raz trzeci wygrał Wielką Pętlę i Andy’ego Schlecka, znów plasującego się tuż za Hiszpanem.

Tym razem jednak wydawało się, że był znacznie bliżej pokonania „El Pistolero”. W górach sprawiał wrażenie przynajmniej równie silnego, w jeździe na czas odstawał zdecydowanie mniej, lepiej poradził sobie na brukach. A że jest to zawodnik, który skromnością nigdy nie grzeszył, w wywiadzie w Paryżu butnie oznajmił, że to Contador powinien się obawiać, bo robi się coraz starszy, podczas gdy on sam jest coraz lepszy.

Jaki był koniec tej historii – wiemy wszyscy. Żółta koszulka z tamtego roku została oddana Schleckowi i jeśli zamierzamy taki triumf uznawać, okazało się to jedyne zwycięstwo Luksemburczyka w Wielkim Tourze. Wart podkreślenia jest fakt, że kariera Contadora nadal kwitnie, choć ten młodszy faktycznie się nie robi i nie może pochwalić się nadzwyczajnym szczęściem. W międzyczasie na horyzoncie pojawili się też Quintana czy Froome. A Schleck? Od 2010 roku nie zrobił ani jednego kroku w przód, a jego kolarska kariera była fikcją na długo, zanim w rzeczywistości się zakończyła.

Problemy z mentalnością zwycięzcy

Trzeba zresztą przyznać, że właśnie taki los można było luksemburskiemu talentowi wywróżyć, nawet jeśli do ostatniej chwili mieliśmy nadzieję na inny finał. Choć niejeden zwycięzca Wielkich Tourów mógłby mu pozazdrościć zdolności wspinaczkowych, zawsze ewidentnie brakowało mu zarówno instynktu zwycięzcy, jak samozaparcia. Przykłady można mnożyć: niekończące się wymówki, nierzadko związane z obwinianiem rywali, ciągłe oglądanie się na brata czy strach przed zjazdami, argumentowany tym, że jego mama denerwuje się oglądając. Oprócz tego niejednokrotnie docierały do nas plotki, jaki problem Andy Schleck ma z właściwym przepracowaniem zimy, nie mówiąc już o tym, że wszystkie starty poza klasykami ardeńskimi i Tour de France traktował raczej treningowo. Ba, w krótszych etapówkach zdarzało mu się zostawać za grupetto! Co gorsza, nawet w Tour de France nie zawsze “miał ochotę” pokazać, co tak naprawdę potrafi. Bjarne Riis zdradził kiedyś, że nawet jeśli wybrał Andy’emu Schleckowi perfekcyjny moment do ataku, ten mógł bez wyraźnego powodu nawet nie próbować go wykorzystać.

Kilka przebłysków godnych zapamiętania

Przy tym nie ulega wątpliwości, że w najlepszych momentach Andy Schleck naprawdę potrafił porywać kibiców, a jego pojedynki z Contadorem ekscytowały na wszystkie z możliwych sposobów. Wystarczy przypomnieć jego największe sukcesy, zazwyczaj osiągane w spektakularny sposób. Już w Giro 2007 imponował agresywną jazdą, ostatecznie zajmując drugą lokatę. Dwa lata póżniej w Liege-Bastogne-Liege w pięknym stylu zaatakował na 20 kilometrów przed metą, aby wygrać cały wyścig. Wtedy nikt nie przewidziałby, że tyle razy oskarżymy go o słabość psychiczną, a dla kibiców stanie się synonimem zmarnowanego talentu. Ale nawet po tym, kiedy wielu już postawiło na nim kreskę, w Tourze 2011 przypuścił (wydawałoby się samobójczy) atak na Col d’Izoard, które było oddalone od finiszu aż o 60 kilometrów, aby ostatecznie odnieść zwycięstwo etapowe na legendarnym Galibier.

Ale to nie wszystko. Powinniśmy zapamiętać Andy’ego Schlecka nie tylko z widowiskowych rajdów, ale także z tego, że kiedy był w najwyższej dyspozycji, górskie etapy stawały się interesujące. Inaczej niż w przypadku rywalizacji Contadora z Froome’em, zawsze działającym według jednej, zautomatyzowanej taktyki zespołu Sky. Pamiętacie etap Tour de France 2010, kiedy Hiszpan i Luksemburczyk tak bardzo nie chcieli ustąpić sobie nawzajem, że robili “stójki” jadąc pod górę, przez co stracili czas do najgroźniejszych rywali? Niejednokrotnie zawiązywali sojusze, aby pozbyć się najgroźniejszych rywali, jak choćby na świetnym etapie ze wspinaczką pod Madeleine. Co prawda zwykle to Contador sprawiał wrażenie tego, który rozdaje karty – i to nawet wtedy, kiedy stał na przegranej pozycji. Ale Andy Schleck jako jedyny był na tyle mocny, aby ten w ogóle musiał grać z kimś w gry. Zresztą, pewnie wszyscy mieliśmy nadzieję, że kiedyś dorośnie do roli równoprawnego mistrza.

Przykry koniec tego, co zapowiadało się niesamowicie

Mamy rok 2014 i już wiemy, że pokonanie tych kilku ostatnich szczebli nie było mu pisane. Niecałe 3 tygodnie temu Andy Schleck ogłosił bowiem zakończenie profesjonalnej kariery z efektem natychmiastowym, jako powód kontuzji kolana. Jak oceniać te kilka lat, które spędził w zawodowym peletonie? Z pewnością pomylił się Cyrille Guamard, który powiedział: Szybko zorientowałem się, że jest jak Laurent Fignon. Andy Schleck nigdy nie zasłużył na wstęp do peletonu wielkich mistrzów. Ale tak naprawdę nie należy mu się za to ani rózga, ani laurka – nawet jeśli obok kilku chwil rozrywki przysporzył nam sporo frustracji. Przecież winić można za to raczej fakt, że znalazł się w niewłaściwym miejscu. Jako najbardziej utalentowany członek rodziny kolarskiej i idealna przeciwwaga dla “złego” Hiszpana Contadora, miał nie tylko poparcie całego francusko- i anglojęzycznego środowiska na czele z Armstrongiem (kiedy to jeszcze coś znaczyło), musiał się także zmierzyć z wywieraną przez ich oczekiwania presją. Z którą niezależnie od kontuzji sobie nie poradził, bo będąc chłopcem trafił do świata, dla którego jedyną nieskażoną dumą pozostało to, że rządzą w nim twarde, męskie zasady i silne charaktery.

Cóż, prawdopodobnie tylko jeden człowiek może odetchnąć z ulgą. Dawny nauczyciel matematyki Andy’ego Schlecka, zdenerwowany nieposłuszeństwem chłopca, zapytał go kiedyś co zamierza robić w życiu, skoro nauka najwyraźniej mu nie w głowie. Ten odparował, że zostanie kolarzem i wygra Wielką Pętlę. Matematyk wybuchnął śmiechem i zapowiedział, że jeśli kiedykolwiek zdobędzie żółtą koszulkę, on przyjdzie na Pola Elizejskie na piechotę, aby zobaczyć dekorację. Ale chociaż spacer z Luksemburga do Francji na pewno nie był zachęcającą perspektywą dla starszego pana, w rzeczywistości pewnie nawet on wolałby inny obrót sprawy. W końcu zawsze przykro patrzeć, jak upadają wielkie marzenia – zwłaszcza, kiedy od realizacji dzielił je tylko krok.

 

Fot.: www.corvospro.com

Ania Gmaj