andrew talanskyAndrew Talansky (Garmin-Sharp) mimo sporych kłopotów fizycznych i mentalnych zdołał ukończyć 11. etap Tour de France. O tym czy wystartuje do następnego etapu, zdecyduje on sam, kierownictwo drużyny oraz lekarze. 

Każdy, kto oglądał transmisję telewizyjną dzisiejszego etapu wie, jakie kłopoty miał zwycięzca tegorocznego Criterium du Dauphine. Amerykanin zaczął zostawać za peletonem za strefą bufetu. 55 kilometrów przed metą zsiadł z roweru, oparł go o barierkę okalającą drogę, na której także sam usiadł. Z samochodu ekipy Garmin wyszedł do niego dyrektor sportowy – Robbie Hunter i przez kilka minut rozmawiali. Następnie Amerykanin ponownie wsiadł na rower i płacząc kontynuował jazdę.

Talansky rozpoczął tym samym walkę z samym sobą, bólem i tym, aby zmieścić się w limicie czasu. Ostatecznie stracił do zwycięzcy etapu 32 minuty i 5 sekund i zajmuje 44. miejsce w klasyfikacji generalnej. Warto również zaznaczyć, że przez nieco ponad 50 kilometrów jechał zupełnie sam, bowiem do pomocy nie został żaden z kolarzy Garmin.

– Szczerze mówiąc nie mogłem mu wiele powiedzieć. Oświadczyłem tylko, że decyzja należy do niego, ale jeżeli zdoła ukończyć etap, to wieczorem wspólnie i na spokojnie podejmiemy decyzję co dalej. On jest typem kolarza, który potrafi walczyć. Ja zresztą staram się nie zachęcać do zejścia z roweru. Kiedyś na Tour de France to zrobiłem, a potem długo tego żałowałem – zdradził fragment rozmowy ze swoim podopiecznym Hunter.

– Cierpiałem z powodu obrażeń odniesionych w kraksach. Miałem naprawdę poważny ból w plecach, ale chciałem ukończyć ten etap dla mojej drużyny. Moi koledzy i cała ekipa włożyła ogromną pracę w mój start w Tourze i nie mógłbym tak po prostu pojechać do domu – powiedział po etapie Talansky.

Kiedy trwała ceremonia dekoracji zwycięzców, Talansky miał 5 kilometrów do mety. Spiker powiedział, że “to także jest Tour de France” i zachęcał kibiców zebranych przy kresce, aby zostali i wsparli go owacją.

Foto: bettiniphoto.net

Marta Wiśniewska