Niewielu polskich trenerów może pochwalić się takimi wychowankami. Zbigniew Klęk w klubie WLKS Krakus stworzył prawdziwą kopalnię talentów, która nie tylko trenuje przyszłych mistrzów, ale również wychowuje młodych ludzi poprzez sport.

BBC Czaja

Pzkol.pl: Rafał Majka, Tomasz Marczyński, Karol Domagalski i Kasia Niewiadoma. Wszyscy ci zawodnicy pochodzą z Pana klubu. Na czym polega Wasza tajemnica sukcesu?

Po wielu latach szkolenia dopracowałem sie systemu, który owocuje. Pracuję ze szkołami w całym województwie i szukamy w nich talentów. Często jest to trudna, syzyfowa praca, ale często też przynosi owoce. Przede wszystkim trzeba się w pełni poświęcić młodzieży. Szkoli się ona w naszym klubie przez okres ok. 6-7 lat i musimy ten okres jak najlepiej wykorzystać. 

Wasz program i szkolenie musi się czymś różnić od innych, skoro w tak krótkim odstępie czasu spod Pana skrzydeł wyszło kilku zawodników, którzy z sukcesami ścigają się w mocnych, zagranicznych grupach.

Trudno mi stwierdzić, na czym polega ta różnica. Być może jest nią moje bardzo duże zaangażowanie? Wszyscy w klubie pracują na końcowy efekt. Ja staram się właściwie dobierać ludzi, rozmawiać z rodzicami i pozyskiwać sponsorów, gdyż same środki z samorządu nie wystarczają na wiele. Mamy to szczęście, że wspierają nas byli kolarze, którzy dziś mają dobrze prosperujące biznesy – Stanisław Czaja, Stanisław Dymek, Józef Olchawa i Mieczysław Poręba. Z nimi rozmawia się inaczej, niż z innymi sponsorami, gdyż wiedzą, na czym polega specyfika kolarstwa i pracy z młodzieżą. Dzięki temu nie wywierają na nas presji wyniku. Wiedzą, że najważniejsza jest spokojna praca, a wyniki same wtedy przyjdą. Jak np. w tym roku, kiedy to w Tour de Pologne jechało 3 naszych wychowanków.

Czy pomaga Pan swoim zawodnikom znaleźć pierwszą grupę zawodową?

W miarę swoich możliwość staram się pomóc. To, co mnie cieszy najbardziej to fakt, że ci zawodnicy, którzy u nas się wychowali, a dziś ścigają się w najlepszych światowych grupach, teraz pomagają nam. Pomimo tego, że jako klub osiągamy dobre wyniki, to zawsze ich wsparcie bardzo się przydaje. Tomek Marczyński wciąż nas odwiedza i bierze udział w treningach z młodymi kolarzami. Pomógł też Rafałowi Majce, którego nie znał aż tak dobrze, bo dzieli ich kilka lat. Wszyscy “nasi” zawodowcy – Tomek, Rafał, Karol Domagalski – o nas pamiętają i gdy tylko mogą przyjeżdżają. Młodzież jest nimi zafascynowana i teraz, gdy Rafał znalazł się w gronie nominowanych do Sportowca Roku, to wszyscy na niego wysyłają smsy.

Kibice kolarstwa kojarzą historię, w której Rafał Majka zrywa Alberto Contadora na podjeździe podczas przedsezonowego zgrupowania. Czy może Pan opowiedzieć jakąś inną ciekawą sytuację, z wczesnych lat jego przygody z kolarstwem?

Rafał ma duży talent, więc od początku jazda przychodziła mu dosyć łatwo. Był bardzo dobrze prowadzony, więc jest dzisiaj tam gdzie jest. Pamiętam jednak, gdy w kategorii junior młodszy przegrał kilka wyścigów, trochę był podłamany i myślał, że już nigdy tych rywali nie pokona. Musiałem zastosować na nim “terapię wstrząsową”, która okazała się skuteczna i dziś na trasie nie boi się nikogo. Pamiętam też, że mieliśmy problem z ramą dla niego, bo był bardzo mały i trudno było znaleźć taką, która będzie mu pasować.

Jak odkryliście Rafała Majkę?

W szkole. Razem z nim w naszym klubie zaczęło ścigać się 17 innych zawodników. Poza Rafałem było czterech chłopaków, którzy nie byli od niego gorsi, ale tylko on był na tyle silny psychicznie, by tak się “męczyć”. Złapał bakcyla, a że silnik ma, to ciężka praca przyniosła sukcesy. Pozostali jego koledzy już się nie ścigają i trochę dzisiaj mu zazdroszczą. W końcu buduje dom, dostaje samochody, jest rozpoznawalny.

Jak wyglądały początki Kasi Niewiadomej?

Jeden z naszych sponsorów, były kolarz Józef Olchawa, znał się z jej rodzicami i jeździł z nimi na przejażdżki rowerowe. Często Kasia do nich dołączała. Później, w lutym przyszła na trening. Na nartach biegowych nikomu nie ustępowała i widać było, że ma zdrowie do sportów wytrzymałościowych. W lipcu została wicemistrzynią Polski juniorek młodszych na szosie i to był jej pierwszy medal mistrzowski. Spodobało się jej i ściga się dziś w czołowej, światowej grupie kobiecej.

A jak zaczynał Tomek Marczyński?

Tomek przyszedł z tatą. Od początku był zdeterminowany, żeby zostać kolarzem. W pierwszych wyścigach bał się jednak upadku i często jechał z tyłu grupy. Z czasem zaczął jeździć odważniej. W juniorach seryjnie wygrywał czasówki i widać było, że będzie w przyszłości bardzo mocny. W młodym wieku częściej niż jego rówieśnicy miał problemy ze zdrowiem i jakoś się to do niego „przykleiło”. Rafała kontuzje omijały.

Czy ma Pan teraz w klubie kogoś z talentem na miarę Rafała Majki?

Jest wielu utalentowanych zawodników i zawodniczek. Jest np. Ewelina Sikora, choć w jej przypadku lepiej pasuje porównanie do Kasi Niewiadomej. Ma podobny do Kasi, góralski charakter i talent. To zresztą jej sąsiadka. Ściga się na szosie i torze. W naszej drużynie to częste połączenie. Rafał też rywalizował w kolarstwie torowym. Czasami przyjeżdżamy całą grupą na 3 dni do Pruszkowa i jeździmy od rana do wieczora. Daje to dobre efekty później na szosie.

Czy po Giro d’Italia, w którym Rafał Majka zajął 7. miejsce coś się w Pana klubie zmieniło?

Tak, mamy zdecydowanie więcej chętnych. Liczę, że te sukcesy wychowanków w elicie przełożą się na promocję naszego klubu i lepsze finansowanie. To, że jest coraz więcej chętnych bardzo mnie cieszy, bo jestem zwolennikiem wychowania przez sport. Niekoniecznie musimy szkolić przyszłych mistrzów olimpijskich, czy też świata. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby ten młody człowiek nauczył się ciężkiej pracy i poradził sobie w dorosłym życiu. Nie ważne, czy to będzie sport, czy biznes. Dla mnie istotne jest nie tyle to, że Rafał zdobył 7. miejsce w Giro, co to, że wyrósł na porządnego człowieka, który zawsze jest chętny do pomocy. Niestety o roli wychowawczej sportu często się zapomina. Zapominają o tym samorządy. 

Zbliża się koniec roku. Czego życzyłby Pan sobie na sezon 2014?

Chciałbym mieć w klubie po prostu w normalność. Czyli mieć środki na pensje i stworzenie odpowiednich warunków dla młodzieży, której nie brakuje. Nie ukrywam, że najbardziej liczę na pieniądze z samorządów. W rozmowach z potencjalnymi sponsorami nigdy nie mówię o naszych wynikach, by sponsor nie oczekiwał, że wygramy daną liczbę wyścigów. Presja wyniku, szczególnie w przypadku młodych zawodników, jest bardzo niepożądana. 

Uważam też, że przedstawiony niedawno przez PZKol, Narodowy Projekt Rozwoju Kolarstwa jest właściwą drogą dla naszej dyscypliny i mam nadzieje, że uda się go zrealizować. Wtedy skorzystają na tym kluby, takie jak nasz.

Dla pzkol.pl rozmawiał Adam 

Źródło: PZKol