Przemysław NiemiecPrzejechałem już wiele mistrzostw świata i zawsze były to wymagające wyścigi. 272 km we Florencji to też nie przelewki, ale jestem przygotowany odpowiednio do zmagań tej rangi. Potrenowałem ostatnio solidnie, była jazda za skuterem, były dłuższe treningi. Czasami trzeba było trochę powalczyć z pogodą, ale jestem zadowolony z wykonania planu. W ramach przygotowań do mistrzostw pościgałem się też we wrześniu i odpowiedniego rytmu mi nie brakuje. W niedzielę pojawię się na starcie, by walczyć. Moja rola będzie zależała od tego, jakie będą postanowienia taktyczne i odprawy, ale jestem gotów, żeby dobrze wywiązać się z zadań, które zostaną mi powierzone. Fajnie byłoby się pokazać we Włoszech z dobrej strony dla siebie i polskich kibiców, ale też dla swojej włoskiej ekipy. Tym bardziej, że pojadę w dużej mierze na swoim terenie.

Nasza kadra jest mocna, lepsza chyba nie mogła obecnie być. Są w niej kolarze, którzy jeżdżą w wyścigach takich jak ten we Florencji, do tego ekipa jest bardzo uniwersalna. Są szybcy zawodnicy, górale, czasowcy, skład jest kompletny. Takiego wymaga trasa mistrzostw. Dojazd do Florencji znam na pamięć, bo często tam trenuję, znaczną część trasy znam, bo jechaliśmy ją na Giro, tylko w przeciwną stronę. Nie znam jeszcze części ze sztywnym podjazdem, ale może uda się ją przejechać na treningu, a jeśli nie, to po pierwszej rundzie będę już wiedział, co mnie czeka w pozostałych dziewięciu rundach. Typowi sprinterzy raczej nie będą mieli w niedzielę wiele do powiedzenia z tego względu, że są dwa podjazdy na rundzie, a także z powodu dystansu. Szykuje się 6,5 godz. wyścigu. Będzie podobnie jak na wiosennych klasykach, tylko jeszcze dłużej.

We Florencji przyjdzie mi się zmierzyć z moimi kolegami z Lampre-Merida, którzy są teraz silni. Na słowa uznania zasługuje Pozzato, potrenował mocno po nieudanej wiośnie i widać tego efekty. Dobrze finiszuje, po górach też jeździ dobrze, jest mocny. Pokazał to też w naszym ostatnim wyścigu, Grand Prix Wybrzeża Etrusków. Razem ze Scarponim i Ulissim postarali się w nim o rzadko spotykaną sytuację i nie wpuścili na podium nikogo z obcej ekipy. Choć nie był to wyścig najwyższej rangi, mieliśmy się z czego cieszyć, bo obstawa tego dnia słaba nie była. Startowała m.in. kadra Włoch i Astana. Wyścig był kontrolowany przez ekipę Meridiana, czego nikt się nie spodziewał. W końcówce zrobił się ciężki, bo jechaliśmy dwie rundy z dość stromym 3-km podjazdem, momentami było 15%, do tego przed nim przytrafiła się jeszcze kraksa, w której leżał Cunego. Wszystko rozstrzygnęło się na korzyść Lampre-Merida właśnie na dwóch końcowych rundach.

Wcześniej wystartowałem jeszcze w dwóch klasykach. Do Belgii wróciłem się ścigać po blisko 10 latach. Poprzednio jechałem tam w wygranym przez Scarponiego Wyścigu Pokoju w 2004 r., jeszcze w barwach Miche. I Paryż-Bruksela, i Grand Prix de Fourmies dobrze mi zrobiły. Poćwiczyłem w nich rytm, ich trasy były wymagające, trzeba było być skoncentrowanym, cały czas góra-dół i mocne tempo. Cięższy był pierwszy wyścig – na trasie było trochę kostki, były też sztywne i krótkie podjazdy. Drugi wyścig rozgrywaliśmy na rundach, technicznie nie był tak trudny jak Paryż-Bruksela. Większą trudność sprawił mi tylko bidon, na który najechałem w GP de Fourmies. Na szczęście tylko trochę się poobijałem, a po wszystkim trzeba było zastosować standardową procedurę.

Dobrej niedzieli wszystkim kibicom życzę.

 

Foto: bettiniphoto.net

Źródło: przemyslawniemiec.blogspot.com