Vyszehradzki_1_foto_Artur_Machnik(1)Zapraszamy na relację Piotra Szafrańca (Polart Moser Road Team) wprost ze środka 1 Wyszehradzkiego Rajdu Kolarskiego.

Jak do tego doszło?

O tym starcie dowiedziałem się klęcząc na kolanach przy klejeniu płytek podłogowych w pracy. Wujek były kolarz i trener podekscytowany zadzwonił do mnie z gorącym newsem. Początkowo przez chwilę rozważałem start samotnie, jednak po krótkim namyśle rozsądek i doświadczenie podpowiedziało mi, że szanse na powodzenie mam tylko w zorganizowanej grupie.

Skład

Podobnie myślał już w tym momencie Michał Ficek z Gomola Trans Airco. Zaczęliśmy szukać ludzi z doświadczeniem, nabitymi kilometrami i co ważne po zgrupowaniach na południu Europy. W ciągu kilku dni udało się przekonać kolejnych głodnych z pazurami na ten start. Dołączyli Bogusław Kramarczyk z Cyklo Kęty (ogromne doświadczenie w tego typu startach), Mateusz Bieleń z  Millenium Hall Piaseco Team, karczujący wszystko po drodze na trasach Giga MTB i kurier rowerowy w pracy, Mariusz Musiałek MM Bike solidnie pracujący i wspinający się oraz Marcin Cieluch z Gedore Cycling małe objawienie w Elicie, próbujący podgryzać najlepszych.

Również ja nie odstawałem od reszty, skład wydawał się wprost idealny, połączenie rutyny, młodości, mocy i pewności siebie. Cel uparcie stawialiśmy sobie  najwyższy, nie bacząc na przeciwników i trudy wyścigu. Przekonywaliśmy się nawzajem o tym, że jesteśmy naprawdę mocni i musimy walczyć o wygraną. To bardzo pomagało psychicznie, również na trasie. Zaplecze techniczne kompletowaliśmy z małymi kłopotami, jednak udało się wynająć bardzo dobry samochód przystosowany dla kolarzy. Dojazd do Budapesztu w dniu startu wcześnie rano postanowiliśmy poprowadzić częściowo trasą wyścigu, co było mimo małych uciążliwości strzałem w dychę, sprawdziliśmy kluczowy dla losów wyścigu podjazd i zjazd w Słowacji ze sporym nachyleniem kilkunastu % oraz katastrofalnie zniszczoną nawierzchnią. Warto było.

Start

Na starcie zastaliśmy wielką pompę, masę ludzi, kamer, reporterów i polityków, jednym słowem show. Impreza miała szeroki rozdźwięk medialny i byliśmy w tym filmie głównymi bohaterami, bardzo przyjemne uczucie zarówno na starcie , jak i na mecie, gdy podekscytowani kibice podchodzą z mnóstwem pytań i chęcią zrobienia wspólnego zdjęcia.

Długo zastanawiałem się nad wyborem kierownicy na ta trasę, wybór jednak padł na krótkie rogi Cinelli na normalnej szosowej kierownicy, nakładka ITT poszła w kąt, zbyt duże nachylenia podjazdów, ciągła koncentracja i przewidywania jazdy w większej grupie mówiły same za siebie. Poza tym z racji mojej pracy i przygotowania przed sezonem zupełnie nie obawiałem się o moje ręce.

Godzina 16, start i całkowicie zablokowane centrum Budapesztu na czas przejazdu, zdumienie w peletonie ogromne, przepływamy rozmawiając spokojnie 22 km do startu ostrego. Tam jeszcze małe korekty w ubiorze, jednak zbyt małe, jak się potem okaże, w niskiej temperaturze i deszczu krótkie spodenki w nocy to fizyczne wyzwanie. Startujemy jako szósta grupa, nie rzucając się specjalnie w oczy, każdy w innym stroju. Takie były założenia taktyczne. Po solidnym podkręceniu tempa jazdy  szybko okazuje się, że pozostaje z nami jedynie mocny Słowak, oraz Jan Lipczyński, jadący gościnnie również z nami. Ten skład z małymi korektami doleciał potem do samej mety.

Jazdę w emocjach zaczęliśmy bardzo mocno, zbyt mocno i po jakimś czasie , już na pierwszym podjeździe hamowaliśmy się nawzajem, by nie wchodzić w zbyt wysoki pułap tętna. Potem już słyszałem tylko stukot kół naszego  teamu Intercity Infrasettimanale Classico. Połykaliśmy dosłownie co chwilę kolejnych kolarzy, kolejne grupy… Spora część z nich dołączyła jednak do naszego pociągu i z biegiem czasu zebrał się naprawdę spory peleton, z przodu pozostała już tylko jedna mocna grupa Węgrów.

Kolarskie szachy

W tym momencie zaczęły się dziwne szachy w tej grupie, mimo moich i kilku innych osób w teamu próśb o wspólną współpracę, spotykaliśmy sięVyszechradzki_foto_Artur_Machnik ze zwieszonymi głowami, zdawkowymi odpowiedziami i ignorancją. Ciężko było zaprosić ludzi do wspólnej pomocy. Byłem przekonany, że z tyłu, mimo braku informacji, pędzi kolejna lokomotywa z Andrzejem Kaiserem na czele. Było kwestią czasu ich dołączenie do nas i gdy Team Corratec zaszumiał obok nas euforia chwilowo opadła. Dołączyliśmy swój peleton szybko i sprawnie zaczynając wspólną jazdę. Tempo nadal było imponujące i oscylowało miejscami między 50-60 km/h, prędkość średnia po ponad 200 km jazdy nas samych szokowała, przekraczając grubo ponad 40km/h.

Plan B

W sytuacji jaka teraz miała miejsce, przeszliśmy do planu awaryjnego B, jazda w czubie pilnując Teamu Corratec i na kluczowym podjeździe w pierwszej linii. Na szczycie meldujemy się w czteroosobowym składzie kilkunastoosobowej grupy odrywającej się od peletonu, niebezpieczny, mokry, dziurawy zjazd, miejscami szutrowy zjechaliśmy dość wolno za pilotem wyścigu i na dole na wypłaszczeniu, rozglądając się dookoła z uśmiechem na twarzy wiedzieliśmy, że jest dobrze. Poszło. Do tego momentu miałem sporo problemów technicznych, był duży kłopot z otrzymaniem pomocy z naszego busa serwisowego, kierowcy nie potrafili niestety dotrzeć na tyle blisko do nas, by bezpiecznie pobrać sprzęt do oświetlenia, bidony i jedzenie. Cierpiałem w tym momencie bardzo i nie owijając w bawełnę rzucałem w niebo niewybredne słowa, taki już jestem. Ale jesteśmy wdzięczni za pomoc naszych ludzi w busie, bo jednak bez ich pomocy, nie dotarlibyśmy do podium w Krakowie.

Dalsza jazda sprowadzała się właściwie do kilku słów, koncentracja, spokojna mocna współpraca, chwilami łykanie wody z kół. Nocne podjazdy w górach z migoczącymi światłami wozu pilota wyścigu między drzewami na serpentynach były dla nas jak jazda do latarni morskiej, jednak ze sztormem, bo samochód piął się w górę bez końca. Zdarzało się chwilę porozmawiać z innymi zawodnikami, to bardzo pomagało i rozluźniało, można powiedzieć że jednoczyło nas z kilometra na kilometr.

Współpraca

Nikt nie próbował odjeżdżać, do samego Krakowa to była świetna grupa znajomych już ludzi, współpracujących ze sobą w jednym celu. Piękna rzecz, do zapamiętania na całe życie. Były momenty na małe przemyślenia, na krótkie refleksje nad życiem, jak jest kruche, jak krótkie, jak wiele jest miejsc do zobaczenia i ciekawych rzeczy do zrobienia. To też zostaje w pamięci .Zdarzały się upadki, defekty, przez co grupa uszczuplała się o kolejne osoby, niestety guma wyrwała nam z grupy również Mariusza. Nie ominęły mnie również kłopoty z mięśniami czworogłowymi uda, nie obyło się bez agrawek wbijanych dla wstrząsu, sikanie w czasie jazdy w środku nocy na zjazdach, gubione po drodze bidony, czy nawet ponad dwugodzinne przerwy w dostarczaniu nam pożywienia i płynów.

Finisz

Jadnak dojechałem, mimo sporego kryzysu w ostatniej części trasy z powodu tych braków z wozu technicznego, otrzymując batony i wodę od foto_Lukasz_Szlapa_1sędziów w wozie , czy “kradnąc” bidon przypadkowemu kolarzowi o godzinie 5 rano tuż za Bielskiem. Dzięki kolego, nawet nie wiesz jak bardzo mi wtedy pomogłeś. Końcówka trasy była mi doskonale znana z treningów, mogłem jechać niemal z zamkniętymi oczami, to przecież moje trasy treningowe od 1987 roku, gdy zaczynałem przygodę z rowerem pod okiem trenera Zbigniewa Klęka w Krakusie Swoszowice. Wiele z tamtego okresu wyniosłem i dziękuje trenerowi za twardą szkołę.

Gratuluję Andrzejowi Kaiserowi zasłużonej wygranej, był jak kapitan w tym pociągu, dziękuję kolegom z grupy za świetną mocną współpracę. Zrobiliśmy to co zamierzaliśmy, udało się, od początku czułem że to jest TO i muszę tam wystartować, podobnie jak ze startem w Red Bull Road Rage, kolejny raz nie pomyliłem się. Podejmowanie takich nietypowych wyzwań sprawia mi niemal dziką przyjemność i sam siebie doceniam, że potrafię, mimo że mam ogromną pokorę do kolarstwa.

P.S. nie byłbym sobą, gdybym nie wjechał na linię mety pierwszy, ot małe zboczenie i zwięrzęcy odruch 🙂

Statystyki

Kilka suchych faktów na koniec:  6 miejsce indywidualnie oraz 2 miejsce drużynowo z kolegami, 533 km w tym dojazd 22 do ostrego startu, prędkość średnia 36.11km/h , v max 73km/h , średnia uderzeń serca 138, maksymalna 177 , 3800m sumy podjazdów w pionie, wysokość maksymalna ponad 800 mnpm , kilkanaście wypitych bidonów, 3 zgubione (puste) , 5 jajek wypitych na mecie, zniszczony zamek koszulki (jechałem rozpięty ponad 2 godziny w nocy), około 60 śladów po agrafkach w mięśniach , cała trasa mimo zimna i deszczu w krótkich spodenkach i cienkich rękawkach oraz 2 czeki i pyszny miód pitny z rąk Minister sportu na podium.

Warto było, nawet gdybym nic nie wygrał. Piękne, choć bardzo wyczerpujące przeżycie.

Piotr Szafraniec

Foto: Łukasz Szłapa, Artur Machnik