Przemysław NiemiecPrzemysław Niemiec z Lampre-Merida wolny dzień na Giro d’Italia wykorzystał m.in. do tego, by podzielić się wrażeniami z wyścigu na swoim blogu.

„Póki co wydaje mi się, że jedziemy ze Scarponim nawet lepiej niż w 2011 r., ale najtrudniejsze i najdłuższe podjazdy dopiero przed nami” – czytamy na przemyslawniemiec.blogspot.com. Zajmujący 8. pozycję w wyścigu kolarz pisze, że czuje wsparcie swojej grupy i może się skupić na tym, by wspólnie ze Scarponim walczyć w czołówce. „Będzie tylko ciekawiej” – kończy swój wpis po 9. etapie Giro d’Italia.

Czołowy polski kolarz szosowy, który zajmuje obecnie 8. miejsce w klasyfikacji generalnej Giro d’Italia, pisze na przemyslawniemiec.blogspot.com:

„Miło jest zacząć tydzień od wypoczynku. Najgorsze dopiero przed nami, ale dotychczasowe etapy i deszcz trochę dały nam się we znaki. Lało prawie codziennie, a to, co działo się w 7. etapie do Pescary, przechodzi ludzkie pojęcie. Co zakręt, to ktoś leżał. Na szczęście nam, odpukać, udało się przejechać trasę cało. Mówią, że na północy pod względem pogody ma być jeszcze gorzej. Co zrobić, jechać trzeba. Wczoraj wystartowałem w słońcu w samej koszulce, bez potówki, i później na trasie musiałem się ubierać. Deszcz znowu skomplikował sytuację, było mokro i zimno, ale miałem tę przewagę, że znałem bardzo dobrze trasę etapu. Vallombrosę, pierwszą premię górską 1. kategorii na trasie, przejechałem już mnóstwo razy. Mieszkałem w jej okolicach przez 10 lat i co najmniej 3 razy w tygodniu jeździłem tam na trening. Przed wczorajszym etapem było wiadomo, że pójdzie ucieczka, ale nie było wiadomo kiedy. Odjazd poszedł pod górę, więc nie było łatwo się z nim zabrać. Jestem jednak zadowolony. Razem ze Scarponim miałem wczoraj za zadanie jak najbardziej oszczędzać siły, ale sytuacja na trasie wymagała solidnego kręcenia. „Strzelił” Hesjedal, Wiggins miał problemy, w końcówce tempo było naprawdę mocne i nie była to przyjemna niedzielna przejażdżka.

Dzień wcześniej miałem swój dzień. Ostatni raz tak dobrą czasówkę pojechałem na mistrzostwach świata w 2004 r. Trasa do Saltary nie była łatwa, pierwsze 30 km to wciąż góra-dół, góra-dół, a podjazd na metę był solidną próbą charakteru i nogi. Jestem ze swojej jazdy w tym etapie bardzo zadowolony, sam siebie nieco zaskoczyłem. Nie jestem specjalistą od czasówek, ale czuję się w nich coraz lepiej. Giuseppe Saronni też był ze mnie bardzo zadowolony. Na sobotniej trasie jechał za mną w samochodzie i traktuję to jako wyróżnienie. Słychać głosy, że generalnie Lampre-Merida jest coraz mocniejsze w czasówkach, to prawda. Trasa pierwszego etapu z drużynową czasówką też była bardzo trudna, niemal bez przerwy jechało się w górę i w dół, ale daliśmy radę wykręcić bardzo dobry wynik. W dużej mierze lepszą jazdę w czasówkach zawdzięczamy nowym rowerom, czuć, że świetnie się prowadzą. Nasi dyrektorzy sportowi podkreślają, że pozycja na nich jest praktycznie idealna, to także zasługa wizyty w tunelu aerodynamicznym, w którym poprawiliśmy parę rzeczy i łatwiej nam teraz urywać sekundy. Dotychczasowe płaskie etapy przejechałem na nowym modelu Meridy – Reacto Evo. Od początku sezonu przypasował on Pozzato, a na Giro większość ekipy używa go na płaskich etapach. Sztywność tego modelu i jego aerodynamika bardzo mi odpowiadają, świetnie się prowadzi. Razem ze Sculturą SL mam teraz dwa rowery do wyboru w zależności od trasy.

Dotychczasowe dni na Giro pokazały, że bez odpowiedniej koncentracji zbyt daleko się nie zajedzie. Na etapach jest straszna nerwówka. Wszyscy się pchają, trzeba jechać z niesamowitą uwagą. Staram się być blisko Scarponiego. Gdy trzeba, pomagam mu. Na przykład wczoraj na końcu drugiego zjazdu, gdy było strasznie zimno, Scarpa trochę przymarzł, byłem w pobliżu i dałem mu ciuch, który miałem w kieszeni. Trzeba być czujnym, gdy zdarzają się sytuacje podbramkowe, jak ta z 3. etapu, gdy Michele upadł. Wcześniej przewrócił się Betancur z Ag2r i pękła nasza grupa. Z tego powodu miałem do Scarponiego ok. 20 sekund straty. Przez słuchawki dowiedziałem się o jego upadku i wiedziałem, że będzie mu potrzebny rower. Gdy do niego dotarłem, zatrzymałem się i chciałem mu oddać swój, ale chyba nawet by na niego nie wsiadł, trochę centymetrów różnicy między nami jest. Na szczęście za chwilę dojechał do nas Stortoni i oddał Michele swój rower. Razem dotarliśmy do mety, udało nam się nie stracić zbyt wiele, choć gdyby nie ten upadek, Scarpa byłby teraz blisko Nibalego w generalce. Myślę, że Scarponiego stać na to, by go pokonać i wygrać całe Giro. Jest mocny i bardzo zmotywowany. Ważne jest też to, że dobrze prezentujemy się jako drużyna, każdy wie, co ma robić. Szkoda Cattaneo, który mocno się potłukł na początku 7. etapu i musiał się wycofać z wyścigu. Prawdopodobnie wpadł w studzienkę, zablokowało go i ma teraz problem z biodrem, choć na szczęście obyło się bez złamań. Jest nas więc na trasie o jednego mniej.

Na razie wszystko idzie ku dobremu, kontrolujemy sytuację, zobaczymy, co się będzie działo w górach. Za wcześnie mówić o tym, co będzie za tydzień. To wyścig trzytygodniowy i choć noga podaje, prawdziwą weryfikacją będzie ostatni tydzień. Póki co wydaje mi się, że jedziemy ze Scarponim nawet lepiej niż w 2011 r., ale najtrudniejsze i najdłuższe podjazdy dopiero przed nami. Nie wybiegam myślami za bardzo w przyszłość, skupiam się na kolejnym dniu. Czuję wsparcie ekipy, mam ten komfort, że do moich zadań nie należy np. jazda po bidony, mogę się skoncentrować na samym wyścigu i walce razem ze Scarponim w czołówce. Wielcy faworyci bardzo się kontrolują nawzajem. Nibali i Evans są mocni, to widać. Wiggins ma chyba jakąś deszczową traumę, wczoraj znowu stracił. Hesjedal miał wczoraj mały kryzys, ale trudno go wyczuć, bo specyficznie jeździ. Pod górę wygląda, jakby miał za chwilę „strzelić”, ale zwykle tego nie robi i trzyma się w grupie. Taki ma styl jazdy. Gdy pojawi się szansa, żeby nadrobić trochę do konkurentów w generalce, Scarponi może się pokusić o atak. Niektórzy mogą próbować odskoczyć jutro na dość poważnym podjeździe na Altopiano del Montasio zamiast oszczędzać siły na później, blisko jest też Galibier. Wydaje mi się jednak, że w tym tygodniu faworyci wciąż będą się mocno kontrolować.

Dzisiaj wrzucam na luz. Regeneruję się i odpoczywam, ale nie od roweru. Miałem 1,5-godz. przejażdżkę, żeby nie wypaść całkiem z rytmu. Ten wyścigowy codziennie nie kończy się na mecie. Po etapie biorę prysznic w autokarze. Jeżeli dojazd do hotelu jest długi, mamy w autokarze przygotowany już makaron czy ryż. Po dotarciu do hotelu od razu idziemy do kriokomory (czuję, że ma na mnie dobry wpływ), później jest masaż i kolacja. Trudno uniknąć na niej dyskusji o wyścigu. Rozmawiamy o tym, co działo się na szosie danego dnia, a rano przy śniadaniu i na odprawie omawiamy strategię na kolejny etap, który jest do przejechania. Od jutra znowu nie będzie czasu się nudzić. Mam nadzieję, że Wy też nie narzekacie na brak wrażeń. Będzie tylko ciekawiej”.

Źródło: przemyslawniemiec.blogspot.com