Właściwie tytuł trochę na wyrost bo Bryt już jest, i  to dobrze zagnieżdżony. Bryt Cavendish z wyspy Man, na której finiszował od plaży do plaży, ma już zasłużony status megagwiazdy i order Imperium Brytyjskiego z rąk Jej Wysokości. A lat dopiero 26 i pewnie jeszcze długo posiedzi na tronie.

Obok niego prawie równolatek z uznaną marką Geraint Thomas i nieco starszy, Bradley Wiggins, który ostatniego słowa jeszcze nie powiedział. Wywalczenie 4 miejsca w TdF w 2009 spowodowało, że od tamtego czasu celuje w wielkie toury. Do tradycyjnie silniej jazdy na czas, dodał chudszą z roku na rok sylwetkę, aby skakać w górach z najlepszymi. Niestety jego 69 kg przy 190 cm wzrostu okazało się zbyt kruchą konstrukcją i ubiegłoroczny Tour skończył po kraksie i złamaniu obojczyka. Wrócił na Vueltę i zajął 3 miejsce.

Zaraz za następnym Brytem – Christopherem Froomem.  Co prawda urodzony w Kenii i wychowany w RPA, ale niepodważalny Bryt. Niepodważalnie objawienie zeszłej jesieni. Fantastycznie wszechstronny – drugi w czasówce i zwycięstwo na górskim etapie do Pena Cabarga – zaledwie 25-letni także najlepsze ma jeszcze do pokazania. Vueltę przegrał z Jose Cobo o 13 sekund,  a co byłoby gdyby nie rywalizacja/współpraca z Wigginsem…

Powyższa czwórka jest obecnie plakatem brytyjskiego kolarstwa i głównym powodem niebywałej popularności kolarstwa szosowego na Wyspach. Wystarczy wspomnieć sukces startu Tour de France 2007 w Londynie i stały progres Tour de Britain w hierarchii wyścigowej. Również wymiar komercyjny – najwięksi detaliści w branży rowerowej, coraz to nowe marki sprzętu, program ride2work.

Ale bardzo ciekawe rzeczy dzieją się za plecami, a początek tego sezonu zwiastuje nam, że może nadejść kolejna inwazja Brytów.

W pierwszym szeregu 21-letni Andrew Fenn, który pokazał plecy rywalom podczas Trofeo Palma i Trofeo Migjorn. Już teraz winszować tego transferu może sobie Patrick Lefevre, bo wartość Fenna po takich zwycięstwach rośnie z dnia na dzień. Minimalny kontrakt, maksymalny zwrot… Godny uwagi jest jeszcze sposób w jaki wygrał, po długich finiszach, właściwie samodzielnie, nie dając rywalom cienia nadziei, z minimalnym tylko rozprowadzeniem w drugim wyścigu. I tylko gdyby przyszło Ci myśleć czytelniku: „Ach to kolejny sprinter z torowym rodowodem” – Fenn wygrał w 2011 Memorial Philippe Van Coningsloo – belgijski klasyk kategorii 1.2 po samotnej akcji z przewagą 47 sekund nad resztą.

Oglądając dzisiejszy etap Tour de Qatar można było zaobserwować następnego brytyjskiego „dzieciaka”. Na ostatnich kilometrach wyklarowała się kilkunastosobowa grupa, która miała pewność rozstrzygnięcia etapu we własnym gronie. Był w niej Boonen w dwuosobowej asyście i kilku innych silnych sprinterów. Był też Cancellara, dla którego jedyną szansą w tej sytuacji była atak i indywidualna jazda na czas, co też uczynił. Atak był piekielny a jedynym, który zdołał utrzymać się na kole Wielkiego Helweta, był 22-letni Adam Blythe.

Blythe znalazł się ostatecznie w decydującym kilkuosobowym gronie i wtedy jego szansę na wygraną pogrzebał defekt. Blythe w ubiegłym roku jeździł u boku Gilberta i w ślad za nim przeszedł do BMC Racing. Bycie w jednej grupie z Hushovdem, Gilbertem i Evansem – to dwuznaczność – z jednej strony brak możliwości osobistego wyniku, z drugiej parasol ochronny i możliwość nauki od najlepszych, co w jego wieku jest bezcenne. O swoich celach na 2012 Blythe mówi: „Najważniejsze jest złapanie się do drużyny na klasyki”. Skromnie i na temat. Pewne jest to, że będzie miał swoje szanse, co prawie się udało dziś w Katarze, gdy Gilbert odpadł na bocznych wiatrach.

Poza Andrew i Adamem jest też falanga zgrupowana w Sky. Powszechnie anonimowy Peter Kennaugh (22) był 5 w ubiegłorocznym Tour de Pologne. Kennaugh przyjeżdżał w czołówce górskich etapów, stracił do Sagana tylko 24 sek, a przecież wyścig rozstrzygnął się na premiach. Koszulki klasyfikacji dla młodych kolarzy, nie miał tylko dlatego, że w TdP nie prowadzi się takiej klasyfikacji. Historycznie wiadomo, że nasz narodowy wyścig jest wylęgarnią sław, więc obserwujmy kolejnego Bryta z wyspy Man.

Jest też Alex Dowsett.. Gdy puścili go „wolno”, zdobył natychmiast tytuł mistrza Wielkiej Brytanii w jeździe indywidualnej. 23-latek, wyglądający jak wyjęty zza gitary britpopowego zespołu, cierpi dodatkowo na hemofilię, ale póki co wcale go to nie hamuje.

Z sekcji bardziej już zasłużonych, bo już 24 letnich mamy: Bena Swifta i Iana Stannarda. Swift ma już gablotę pełną sukcesów z wygranymi w  Tour Down Under, Vuelta Castilla y Leon, Tour de Romandie czy Tour de California na czele.  W TdU 2011 był trzeci w generalce. Tegoroczny sezon rozpocznie 21 lutego na Sardynii i tam, pod nieobecność Cava będzie pełnił obowiązki nadwornego killera końcówek.

Stannard z kolei ma plan startowy korespondujący z Cavendishem i zapewne będzie miał z tego tytułu inną robotę do wykonania, ale będzie szukał swoich szans w klasykach tak jak w  Bruksela-Kuurne-Bruksela gdzie w 2010 zajał 3 miejsce. Powinien być w składzie Sky na Paryż-Roubaix. Z jego siłą może być jedną z niespodzianek piekła północy. Jest to kolarz, który doświadczenia zdobywał w belgijskich i włoskich grupach, co może okazać się bezcenne w trakcie sezonu. Piszę o nim jak o weteranie, a przecież to zaledwie kolarz na przednówku kariery.

Niesamowity jest jak wielki potencjał kryje brytyjskie kolarstwo. Nie jest to przecież kraj idealny dla kolarstwa, płaski, zimny, wilgotny ale wszyscy wyżej wymienieni, oprócz afro-bryta Frooma, mają jedno wspólne. Są kolarzami, którzy wygrali prawie wszystko początkowo na torze. I podczas gdy francuscy mistrzowie jak Bauge zostają zaklęci w owalu na całą karierę, brytyjczycy w pewnym momencie wyjeżdżają na szosę, zabierając to co w torze najważniejsze: finisz, siłę i wielką determinację.

Bartek