Porównanie może na wyrost, jednak to co działo się na wczorajszym etapie, śmiało można porównać do kolarstwa torowego. Scenariusz etapu podobny do innych. Ucieczka, tym razem złożona z większej ilości zawodników, jedzie stokilkadziesiąt kilometrów do finałowego podjazdu, gdzie do walki o zwycięstwo, przystąpią faworyci.

Niestety nie tym razem i nie na tym wzniesieniu, który aż prosił się o taki atak, patrząc na parametry techniczne.

Główni faworyci do końcowego sukcesu na Polach Elizejskich nawzajem się czarowali, a próby ataku Ivana Basso, Cadela Evansa, Andy Schlecka czy Franka Schlecka były mizerne, bez wiary w powodzenie. Więcej było szachów i pokera w zachowaniu w/w kolarzy niż kolarstwa, a oglądanie i czarowanie (powinienem napisać rozczarowanie), bardziej przypominało wyścigi na torze kolarskim, niż górski etap TdF.

Proponuje, po dzisiejszym (czarowanym, czy też rozczarowanym) etapie, wszystkim wielkim tego wyścigu, by przyjechali na welodrom do Pruszkowa i tutaj walczyli o zwycięstwo w TdF. Obiekt wspaniały, kibice dopiszą, jak by co to wystawi się telebimy, konkurencja to sprint klasyczny.

Będą mogli sobie spoglądać głęboko w oczy, czarować się nawzajem, a nawet wykonywać tzw. stójki. Oczywiście bez Marka Cavendisha, który startował na tym torze i byłby w pozycji uprzywilejowanej.

To jeszcze nie koniec wyścigu, przed nami Alpy, ale czy zmienią taktykę faworytów ?

Panie Christian Prudhomme, zapraszamy do Polski.

Artur