huzZa mną czteroetapowy wyścig w Luksemburgu, tak jak pisałem wcześniej był to start mający wprowadzić mnie w drugą część sezonu. Stawałem na starcie prologu z innym nastawieniem, ale moje nogi jakoś nie nadążały za głową i szybko znalazłem swoje miejsce w peletonie. Przez pierwsze dwa etapy i prolog szło ciężko ale następne dwa już znacznie lepiej.

Ogólnie bardzo fajny wyścig przeprowadzony w ciężkim terenie, ale dzięki temu że przejechał Armstrong i dużo ekip Pro Touru było naprawdę bardzo fajne i rozsądne ściganie. Wszystko przebiegało szablonowo, odjazd kontrolowany przez peleton, a konkretne ściganie zaczynało się na końcowych zazwyczaj bardzo ciężkich rundach. Kto chciał, musiał lub był odpowiednio dobry jechał z przodu, kto trenował, nie mógł lub mu się nie udało lądował w którejś z kolejnych grup. Jedyną bolączką fizycznie słabszej części peletonu był piętnastominutowy limit czasu po przekroczeniu którego maruderzy jechali do domu.

Prolog wstępnie ustawił klasyfikację, a regulamin wyścigu napisany troszkę po macoszemu skutecznie skłaniał peleton do spokojnej, równej aczkolwiek mocnej jazdy. Brak bonifikat na mecie etapów jest trochę dziwny, gdyż chcąc uzyskać przewagę nad konkurentami trzeba im skutecznie uciec co wcale takie łatwe nie jest.

Ostatnie dwa dni spotkaliśmy się z Gołym na pierwszym wachlarzu. Im zależało z oczywistych względów (lider) i mam zależało bo Visconti pokazał że może powalczyć o kolejne zwycięstwo. Blisko było na etapie 3 gdzie był drugi gorzej na ostatnim podczas którego bardzo silna ulewa totalnie rozbiła wyścig. Czas został anulowany a dystans skrócony. Te dwa dni pracy na wachlarzu plus pierwsze dwa gdzie codziennie wychodziło nam pod 2500 metrów przewyższenia dały się we znaki. Na szczęście było bardzo ciepło i słonecznie przez 99% wyścigu.

Teraz kilka dni na odpoczynek a w następny weekend trzydniowy wyścig w Holandii Delta Tour.

Źródło: www.huzarski.pl