W bólach i cierpieniu, bo męczyłem się dzisiaj strasznie, wygrałem etap. Szczęście mnie nie opuszcza, nie jest sztuką wygrać będąc najsilniejszym kolarzem peletonu, sztuką jest wygrać będąc trochę wariatem i ryzykantem.

Udało się po raz drugi, jestem niesamowicie szczęśliwy, to naprawdę piękne uczucie na które trzeba bardzo, bardzo dużo pracować. Powiem szczerze, że nie czuję się ostatnio najlepiej, na prologu nie poszło mi wcale, ale odbiłem sobie dzisiaj.

Ale może po kolei. Na wyścigu startuje prawie 185 kolarzy, to dużo biorąc pod uwagę szczególnie warunki atmosferyczne. Było niebezpiecznie od samego startu, pchanie, ronda, zakręty i wysepki, tego wszystkiego chciałem dzisiaj uniknąć i już podczas odprawy powiedziałem, że chcę spróbować odjechać. Udało się, pracowaliśmy równo i mocno starając się kontrolować naszą przewagę, biorąc pod uwagę warunki atmosferyczne. Wspólnie przypominaliśmy sobie, żeby jeść i pić bo organizm strasznie się męczy w takich warunkach. Gdy dotarła do nas informacja, że dystans jest skrócony o jedną rundę, szybko przeanalizowaliśmy sytuację i wyszło że możemy dojechać – wtedy się zaczęło,
cały czas ogień, każda zmiana na 100%, bo przewaga malała dość szybko.

Ostatnie kilometry były już bardzo nerwowe z jednej strony trzeba spróbować się trochę oszczędzić, z drugiej grupa jest coraz bliżej. Zabawa zaczęła się na 3 km do mety, ja ostatecznie zaatakowałem na około 500 metrów do mety i znów udało się wygrać, szczęście jest ciągle po mojej stronie, z czego się bardzo cieszę.

W prologu nie poszło mi za dobrze. Nie pracowało nic, ani płuca ani nogi, przed startem liczyłem po cichu na pierwszą 20, choć już podczas rozgrzewki czułem się jakoś nijak. Na wyścigu masakra, myślałem, że wypluję płuca, nogi bez życia więc i chęci to większego zagięcia brakło po pierwszych kilometrach. Klasyfikacja generalna już dla mnie nie istnieje, ale lepiej wygrać etap tak jak dzisiaj niż skończyć 8 czy 9 w generalnej.

Źródło: www.huzarski.pl

Foto: corvospro.com