Foto LaPresse/ Gian Mattia D'Alberto

Kolejna, 52 już edycja „Wyścigu dwóch mórz” za nami. Co wiemy, a na co jeszcze powinniśmy poczekać po imprezie we Włoszech? Zapraszam do lektury.

W Tirreno – Adriatico, podobnie jak we francuskim Paryż – Nicea było wszystko jeśli chodzi o trasę: czasówki, trudne podjazdy, szanse dla sprinterów. Postawiono na sprawdzone odcinki, jeśli chodzi o jazdy na czas oraz podjazd pod Monte Terminillo.

Słońce świeci nad nami

Pogoda w tym wyścigu raczej sprzyjała kolarzom. W przeciwieństwie do roku ubiegłego, organizatorzy nie byli zmuszeni odwoływać etapu decydującego o losach klasyfikacji generalnej. Wszystko zweryfikowała rywalizacja na szosie, z czego należy się cieszyć i mieć nadzieję, że tak będzie i w przyszłości.

Co z tym Shimano?

Problemy ze sprzętem to zmora Team Sky podczas tegorocznej edycji. Sprawa zniszczonego koła Gianniego Moscona zrobiła furorę w sieci. Wspomniane problemy ze sprzętem zabrały Geraintowi Thomasowi szansę walki nawet o zwycięstwo, bowiem podczas drużyowej czasówki jego ekipa straciła zbyt wiele do najlepszych. Zobaczymy co wykaże śledztwo w tej sprawie. Oby jak najmniej sytuacji na trasach z cyklu „złościwość rzeczy martwych”.

Aktywni Polacy.

Tirreno – Adriatico pokazało, że Rafał Majka nie jest w najwyższej dyspozycji. Nie wytrzymał trudów Terminillo, jednak forma ma być w lipcu, nie w marcu. Pracował dla Sagana i był widoczny, nie jechał pasywnie, za co wielkie brawa. Słowa uznania także dla Michała Kwiatkowskiego. Mistrz świata z Ponferrady już myślami przy sobocie i przy „Primaverze”, ale poczas Tirreno walczył, próbował odjeżdżać. Widać było, że nie przyjechał tutaj na przejażdżkę.

Rekin w spoczynku

Włoscy kibice bez wątpienia mają powód do niepokoju. Vincenzo Nibali przyjechał na wyścig kompletnie bez formy. Do tego ma problemy z wagą. Brak formy we wczesnej fazie sezonu nie jest nowością dla „Rekina z Messyny”, który zwykł sobie odpuszczać mniejsze wyścigi poświęcając wszystko Wielkim Tourom. To z pewnością nie do końca go tłumaczy. Nie przystoi dwukrotnemu zwycięzcy tej imprezy traktować jej tak lekceważąco. Odkupi się na Giro, gdzie będzie zdecydowanie mocniejszy.

Gościnni Włosi

Słówko jeszcze o innych Włochach. 10 miejsce najlepszego z nich, Domenico Pozzovivo mówi samo za siebie. Oddali oni wyścig innym i nie odegrali w nim pierwszoplanowych ról. Prócz Nibalego z pewnością liczono na Aru, który także formą nie grzeszy. Francuzi u siebie pokazali się z jak najlepszej strony, Włosi na swoim terenie – wręcz przeciwnie.

Giro di Nairo

Taki pseudonim dawano Giro d’Italia 2014, który wygrał Nairo Quintana. Tirreno – Adriatico po raz drugi padło jego łupem. Jest on moim zdaniem obecnie najmocniejszym z górali i wygrał w sposób zasłużony. Na Terminillo był klasą sam dla siebie a na innych etapach ze spokojem kontrolował sytuację. Na czasówce stracił i to jest z pewnością do poprawy u Kolumbijczyka, który teraz wraca do Ojczyzny na trening. Bez dwóch zdań, Nairo na tą chwilę jest murowanym kandydatem do zwycięstwa w Giro.

Góry a walka z czasem

Zmiana treningu zrobiła swoje. Tom Dumoulin nie pojechał świetnej „czasówki” podczas Tirreno – Adriatico. Pojechał za to świetnie podczas królewskiego etapu. Holender powinien po tym sezonie bardziej zrównoważyć trening, ale w tym przypadku postawienie głównie na trening wysokościowy jest w pełni uzasadnione.

Końcowe wrażenie

Wyścig Tirreno – Adriatico nie był może wyścigiem tak ciekawym, jak Paryż – Nicea, ale nie można powiedzieć, że nie był emocjonujący. Walki było sporo, jednak bez niespodzianki, bowiem wygrał najmocniejszy kolarz. Nie zawiedli także inni: dobrze jechał Thomas, przyzwoicie Pinot, Mollema i Uran. Szkoda choroby Adama Yatesa, bo mógł być kolejny świetny wynik dla tego kolarza.