Fot.: Le Tour de France / A.S.O. / Charly Lopez

Za nami 2 tygodnie rywalizacji w ramach 113. edycji Tour de France. Dzień przerwy po takowych zawsze jest świetną okazją do tego, by nieco dokładniej spojrzeć co już za nami i podsumować to w kilku akapitach. Co przyniosła nam „środkowa” część zmagań w Wielkiej Pętli?

113. edycja Tour de France wchodzi w decydującą fazę. Za kolarzami już 15 z 21 etapów, a kilka ostatnich odpowiedziało nam na kolejne pytania związane z tym, jak może zakończyć się tegoroczna Wielka Pętla. W 2. tygodniu Tadej Pogačar jeszcze bardziej umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji generalnej, a Mads Pedersen pewnie zmierza po zieloną koszulkę. Nieprzerwanie najciekawsza jest walka o biały trykot, powoli wiemy też, kto spróbuje w Paryżu wyjść na podium z tytułem najlepszego górala. Niestety ostatnie dni przyniosły nam nie tylko pozytywne rozstrzygnięcia, ale i bardzo przykre zdarzenie – poza wyścigiem znalazł się Jonas Vingegaard, a to oznacza, że pierwszy raz od 6 lat na jednej z dwóch czołowych lokat pojawi się inny kolarz niż Duńczyk oraz prowadzący w wyścigu Słoweniec. Nim jednak dokładniej przyjrzymy się wydarzeniom z 2. tygodnia, zerknijmy w stronę tego, kto jest liderem poszczególnych klasyfikacji podczas 2. dnia przerwy – tu w ciągu ostatnich 6 dni, mimo pewnych roszad w trakcie zmagań, nie zaszły żadne zmiany wobec poprzedniego:

  • klasyfikacja generalna: Tadej Pogačar (UAE Team Emirates – XRG)
  • kl. punktowa: Mads Pedersen (Lidl-Trek)
  • kl. górska: Tadej Pogačar (UAE Team Emirates – XRG)
  • kl. młodzieżowa: Isaac del Toro (UAE Team Emirates – XRG)
  • kl. drużynowa: Lidl-Trek
Tadej Pogačar bawi się w drodze po 5. zwycięstwo

Napisać, że Tadej Pogačar miał dużo luzu podczas 2. tygodnia rywalizacji w ramach 113. edycji Tour de France, to jak nie napisać nic. Słoweniec okres ten rozpoczął od namówienia swojej ekipy na mocną pracę, czego efektem było pewne zwycięstwo na wtorkowym etapie i wzięcie „rewanżu” za wydarzenia sprzed 2 lat, kiedy to górą w Le Lioran był Jonas Vingegaard. Po tym triumfie pojawiło się nawet pytanie, czy mistrz świata nie spróbuje pobić rekordu wygranych odcinków podczas pojedynczej edycji Wielkiej Pętli, ale 27-latek dość szybko zgasił takie dyskusje – w drodze do Belfort odpuszczono ucieczkę, a choć dzień później na Le Markstein Tadej Pogačar ponownie był najlepszy (już po raz 4.), to w niedzielę ten skupił się na pracy na rzecz Isaaca del Toro na tyle mocno, że kolarzy UAE Team Emirates – XRG bardzo niespodziewanie i w sposób budzący głośne dyskusje ograć zdołał Remco Evenepoel. Tadej Pogačar bawi się i jak widać zwycięstwo w tą czy tamtą nie robi mu już wielkiej różnicy.

Koniec dominacji duetu Pogačar-Vingegaard

Jeszcze nigdy w historii wielkich tourów nie zdarzyło się, by przez 5 kolejnych edycji dwie czołowe lokaty zajmowali ci sami dwaj kolarze. Rekord ten, który ustanowili Tadej Pogačar i Jonas Vingegaard, jest imponujący, ale wydawało się, że może być jeszcze śrubowany latami, albowiem Słoweniec i Duńczyk cały czas pozostają dwójką najlepszych grandtourowców świata. Los bywa jednak przewrotny – w każdym tekście na temat tego typu osiągnięć i predykcji, czasem wręcz do przesady, używam zwrotów pokroju „jeśli nie wydarzy się coś niespodziewanego, kraksa tudzież choroba” i niestety właśnie jedna z takich rzeczy zakończyła serię tej wielkiej dwójki. Jonas Vingegaard upadł na trasie 15. etapu i złamał obojczyk, przez co musiał wycofać się z wyścigu. Można teraz dyskutować, czy rondo, na którym to się wydarzyło było dobrze zabezpieczone, bowiem wydaje się, że zabrakło tam marshalla, pojawią się też głosy, że Duńczykowi mogło zabraknąć skupienia, bo ten został zbudzony o 2. w nocy przez osoby odpowiedzialne za kontrolę antydopingową. Niestety, niezależnie od tego czy te i inne czynniki odegrały rolę, czy też nie, widowisko straciło po prostu zawodnika, który był jego bardzo istotną częścią i kolejny raz zmierzał po 2. lokatę, a przy tym wydaje się, że przez długie fragmenty przejawiał w tym roku zdecydowanie większą chęć do walki, niż kolarze plasujący się za jego plecami. Zapewne wielu spośród Państwa czekało, aż ktoś pokona Jonasa Vingegaarda, ale myślę, że nikogo nie cieszy, że stało się to w tak przykry sposób.

W walce o biel i 1 miejsce 2 miejsca na podium

Choć zarzuciłem już kolarzom plasującym się dotychczas za plecami Słoweńca i Duńczyka niemałą pasywność, to trzeba też przyznać, że pojedynek w klasyfikacji generalnej o do tej pory 3. lokatę, a obecnie także i 2. miejsce ma swój niewątpliwy klimat. Każdy z zawodników, który toczy tę walkę, miał bowiem w 2. tygodniu swoje wzloty i upadki – te najbardziej widowiskowe z pewnością dotyczyły Remco Evenepoela, który potrafił odpaść od rywali na 10. etapie, by na ostatnim kilometrze wyprzedzić ich i zająć 2. miejsce. Belg z Red Bull – BORA – hansgrohe ogólnie kryzysów zdawał się mieć wiele, ale gdy przyszło co do czego, to wyszedł na 2. lokatę w klasyfikacji generalnej, a przed nami przecież cały czas jeszcze jedyna jazda indywidualna na czas, gdzie mistrz olimpijski i niejednokrotny mistrz świata w tej specjalności zapewne jeszcze powiększy swoją przewagę nad rywalami.

Właśnie – konkurenci. We wtorek kryzys przeżył Isaac del Toro, który jednak w niedzielę, razem z Belgiem, a dzięki wielkiej pomocy Tadeja Pogačara, nadrobił sporo i przy okazji powrócił do posiadania białej koszulki. Tą na przestrzeni 2. tygodnia nosił bowiem także Juan Ayuso (Lidl-Trek) i Paul Seixas (Decathlon CMA CGM Team), którzy cały czas są w grze o ten trykot. W bitwie o podium w całej imprezie, choć coraz trudniejszej, jest także Florian Lipowitz (Red Bull – BORA – hansgrohe), nieco wypisali się z niej za to Mattias Skjelmose (Lidl-Trek) i Lenny Martinez (Bahrain-Victorious), którzy obecnie zajmują 7. i 8. miejsce. Przy tym, co nas jeszcze czeka, trzeba jednak przyznać, że walka o lokaty za plecami Tadeja Pogačara jest cały czas bardzo otwarta.

Dzielni uciekinierzy

2. tydzień, zgodnie zresztą z przewidywaniami, stał pod znakiem kolejnych, często bardzo licznych prób odjazdów. Co prawda we wtorek UAE Team Emirates – XRG zaśmiało się w twarz harcownikom, spośród których najdzielniejszy długo był Javier Romo (Movistar Team), a po którym w końcówce pięknie poprawił Richard Carapaz (EF Education – EasyPost), ale już 2 dni później starania przyniosły skutek, a z wygranej cieszyć mógł się Mauro Schmid (Team Jayco AlUla). Choć był to jedyny udany odjazd, to bohaterów ucieczek było jednak zdecydowanie więcej – muszę przeprosić Toma Pidcocka (Pinarello Q36.5 Pro Cycling Team), z którego nieco drwiłem po 1. tygodniu za sprawą jego bardzo dziwnej jazdy. Być może nadal nie do końca ją czuję, ale śmiałe akcje dały mu przez chwilę 4. miejsce w klasyfikacji generalnej, a finalnie mogą mu pozwolić na 1. w karierze top10 Tour de France. 26-latek swoją aktywnością z pewnością ubarwia ten wyścig, podobnie jak wspominany już Richard Carapaz oraz Valentin Paret-Peintre (Soudal Quick-Step), którzy włączyli się do walki o trykot górala. Póki co strata tej dwójki do Tadeja Pogačara cały czas jest spora, ale miło się patrzy na to, że koszulka w grochy nie została oddana mistrzowi świata zupełnie za darmo. Trzymam też kciuki za kolarzy pokroju Jordana Jegata (TotalEnergies) czy Yannisa Voisarda (Tudor Pro Cycling Team), którzy korzystając z dużych różnic toczą obecnie ciekawy pojedynek o czołową „10” nie czekając pasywnie w peletonie. Kto wie, może to będzie dodatkowy smaczek ostatniego tygodnia?

Misja wykonana, pora do domu

Póki co tylko dwóch kolarzy może się pochwalić więcej niż 1 wygranym etapem w ramach tegorocznego Tour de France – 4 takowe ma Tadej Pogačar, a swój 3. do dorobku w ramach 113. edycji dopisał w czwartek Tim Merlier. Belg co prawda kontynuował jazdę jeszcze przez 2,5 dnia, ale już go nie ma w stawce Wielkiej Pętli i troszkę nie ma co się temu dziwić, albowiem organizatorzy tak napisali trasę swojej imprezy, że sprinterzy po walce na 12. etapie mogą tak naprawdę nie dojść już do głosu ani razu. Sens dalszej jazdy ma zatem głównie Mads Pedersen (Lidl-Trek), który cały czas posiada zieloną koszulkę, a którego stać bez wątpienia na walkę na nieco pofałdowanym, 17. etapie – Duńczyk być może powalczy i w Paryżu, gdzie ponownie znalazły się przejazdy przez Côte de la butte Montmartre. Może się jednak zdarzyć, że najszybsi w stawce już nie powalczą, a to oznacza, że po 2. tygodniu wielce rozczarowani mogą być ci, którzy plasują się za plecami Madsa Pedersena w klasyfikacji punktowej – ani zielonej koszulki, ani też wygranego etapu w swoim dorobku nie mają bowiem Jasper Philipsen (Alpecin-Premier Tech), Biniam Girmay (NSN Cycling Team) i Max Kanter (XDS Astana Team). Każdy z nich był dobry, ale to było za mało – swój pierwszy w karierze skalp etapowy wywalczył tymczasem Søren Wærenskjold (Uno-X Mobility), który zaskoczył sprinterów długim, efektowym, a przy tym bardzo efektywnym finiszem w Nevers.

Co przed nami?

Do końca 113. edycji Tour de France pozostaje nam 3. tydzień, który będzie się składał z 6 etapów. Wszystko otworzy nam długa na nieco ponad 26 kilometrów, pofałdowana jazda indywidualna na czas, która z pewnością wpłynie na układ klasyfikacji generalnej za plecami Tadeja Pogačara. Jedni poniosą tam straty, inni będą mogli się nastawić na defensywę, z którą trzeba będzie jednak poczekać – środa to bowiem etap na pograniczu tego dedykowanego ucieczce i sprinterom. Tym pierwszym sprzyjać będzie przede wszystkim początek, drudzy zaś musieliby włożyć masę sił, by upilnować harcowników. Nie dam sobie uciąć ręki za żadne z rozstrzygnięć, ale pewne jest jedno – faworyci całej imprezy od czwartku do soboty zostaną wystawieni na kolejne próby w postaci finałów w Orcières-Merlette (7,1 km; 6,7%) oraz dwukrotnie na Alpe d’Huez (13,8 km; 8%) – za drugim razem do tego będą prowadziły m.in. Col de la Croix-de-Fer (24,1 km; 5,2%), Col du Télégraphe (12 km; 7,1%), Col du Galibier (17,7 km; 6,8%) i Col de Sarenne (13 km; 7,3%), a zatem królewski etap zostanie rozegrany dopiero w przeddzień zakończenia rywalizacji. Finał to klasycznie Paryż i Pola Elizejskie, aczkolwiek po zeszłorocznym sukcesie, ponownie na trasie znalazła się wspinaczka pod brukowane Côte de la butte Montmartre (1 km; 5,4%), którą tym razem kolarze pokonają 3-krotnie.


Wszystko o 113. edycji Tour de France:
Poprzedni artykułJonas Vingegaard: „To bardzo rozczarowujące, że Tour kończy się w ten sposób”
Następny artykułLance Armstrong o nocnych kontrolach: „Nie traktuje się ludzi w ten sposób”
Jakub Jarosz
Niegdyś zapalony biegacz, dziś sędzia siatkówki z Pomorza, przy okazji aktywnie grający w jednej z trójmiejskich drużyn. Fan kolarskich statystyk i egzotycznych wyścigów. Marzeniem związane z tą dyscypliną był wyjazd na Mistrzostwa Świata do Rwandy w 2025 roku. Po jego spełnieniu póki co szukam kolejnego, ale bez wątpienia chciałbym z kolarstwem zwiedzić świat.
guest
4 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Alek
Alek

Fajnie że po raz pierwszy od kilku lat jest walka o coś więcej niż top5, tzn. że praktycznie w całej top10 nie ma na ten moment kolarzy z przypadku – no może 8 jest nie z przypadku, to jednak pewna nowość. Dalej już potężne straty, mam wrażenie że kiedyś te top15 nawet miało większy prestiż, obecnie 10-15 to już zdarzają się pomocnicy.
Słabo, że sprinterzy nie mają już po co jechać.

Ricky
Ricky

Etap 20 nie jest już zagrożony?

Antek
Antek

Mamy dominację Pogaczara – nikt z tym nie dyskutuje, ale jednocześnie na 15 dotychczasowych etapów wygrane podzielone są pomiędzy 9 drużyn. Nie jest aż tak źle. Visma, UAE, Lidl, Decathlon i Bora – wiadomo wielkie budżety, ale juz Alpecin, Soudal, UnoX czy Jayco to miłe niespodzianki.