Billy Ceusters / A.S.O.

To już końcowe odliczanie do rozpoczęcia największego spektaklu w kolarskim świecie, który w tym roku zapowiadany jest jako najważniejszy pojedynek „Ery Pogačara”. Sześć lat od pierwszego sukcesu Słoweńca w Wielkiej Pętli, okres ten dorobił się takiej właśnie nazwy bez konieczności sięgania po hiperbolę czy ironię, a 113. odsłona wyścigu ma być dość wyraźnym odwołaniem do początków jego legendy. I jeszcze wyraźniejszą próbą położenia fundamentów pod kolejną. Pomiędzy wyczekanym Grand Départ w Katalonii a szalonym świętem na brukach dzielnicy Montmartre, tegoroczny Tour de France chce budować napięcie stopniowo, celując w małe pojedynki wygrywane na punkty zamiast miażdżących rywali nokautów. Tyle że temu bohaterowi, który najbardziej psuje innym zabawę, pozwoli tym samym grać w jego ulubioną grę.

Czy istnieje klucz do tegorocznej odsłony francuskiego wielkiego touru? Liczby nie pozostawiają wątpliwości, że są to góry, ponieważ 54450 metrów wspinaczki plasuje tę edycję na trzecim miejscu pod względem całkowitej wartości przewyższenia w tym dwudziestoleciu. Ludzkie oko, szczególnie takie wprawione w analizowaniu profili etapów, każe natomiast powiedzieć „tak, ale”, ponieważ relatywnie niewielki kawałek tego tortu przypada na spektakularne podjazdy, w których organizatorzy Touru szukali szans na zawiązanie zwrotów akcji w latach ubiegłych. Nie zabraknie rzecz jasna Tourmalet, Galibier czy podwójnej randki z L’Alpe d’Huez, jednak intencja stopniowego budowania napięcia i trzymania klasyfikacji generalnej możliwie otwartej aż do ostatniego tygodnia jest tu bardzo czytelna.

Tak wyraźne przesunięcie środka ciężkości w kontekście ostatecznych rozstrzygnięć byłoby ryzykownym posunięciem w przypadku Giro d’Italia czy Vuelty, jednak, jak powtarzają sami uczestnicy, „Tour to Tour”. Rządzi się własnymi prawami. Organizatorzy liczą więc na epickie ucieczki i pogonie oraz pojedynki na żyletki w średnich górach, czemu dodatkowo sprzyjać ma bardzo ograniczona liczba kilometrów pokonywanych na czas: tylko 26 kilometrów indywidualnie, a łącznie 45,4 km. Pod tym względem trasa bardzo przypomina pamiętną odsłonę Wielkiej Pętli z 2020 roku, do której kluczem okazało się przejeżdżanie młodego-zdolnego górskich odcinków na kole faworyta, któremu zresztą zdawało się to odpowiadać, bo dzieciak wyglądał niepozornie, sympatycznie się uśmiechał i mówił w tym samym języku. I tak aż do przedostatniego dnia imprezy, kiedy założył żółtą koszulkę i spodobała mu się na tyle, że od tego czasu rzadko ją z siebie zdejmował.

Jeśli Francuzi wykoncypowali sobie, że ten sam trik może zadziałać dwa razy, a w tym konkretnym przypadku okazać się metodą nadania jeszcze większego rozpędu karierze ich własnej, szybko wschodzącej gwieździe, nie można ani ich winić, ani nadmiernie krytykować samego pomysłu. W założeniach nie jest głupi, a trasy wielkich tourów tak czy inaczej zawsze projektowane są pod konkretny scenariusz. Potencjalny problem z tym konkretnym jest taki, że jest to broń obosieczna. Bo owszem, nie daje faworytowi łatwej okazji rozstrzygnięcia wszystkiego przed czasem, co odessało powietrze z poprzednich dwóch edycji wyścigu, ale jednocześnie lokuje go w średnich górach, które nazwać można jego domem. Gdzie czuje się najbardziej komfortowo i najtrudniej mu zagrozić. Pod kątem budowania spektaklu na takim podejściu organizatorzy mogą przejechać się również dlatego, że jeśli najmocniejsze teamy zdecydują się rozgrywać wyścig konserwatywnie, jego środkowa część zostanie zdominowana przez ucieczki i sprinterów, z lekkim wskazaniem na tych pierwszych. A zwycięstwa harcowników cieszą tylko wówczas, kiedy nie są opcją domyślną.

Mówiąc o tych „pozostałych” bohaterach, trzeba zaznaczyć, że tegoroczna odsłona Tour de France podtrzymuje tendencję marginalizowania udziału sprinterów w liczbie potencjalnych etapowych zwycięstw. Oficjalne dane mówią o siedmiu płaskich odcinkach, ale spokojnie da się ze dwa z tej puli wyciąć, a w dodatku kolarze tej specjalności nie dostali dla siebie miejsca w ramach Grand Départ w Katalonii i ponownie mogą zapomnieć o klasycznym finiszu na Polach Elizejskich. Kolarski lud łatwo Montmartre nie odda.

Pojawiła się też opinia, że rozpoczynająca się w tę sobotę (4.07) edycja Wielkiej Pętli nie sprzyja specjalistom od wyścigów klasycznych, ale osobiście uznaję ją za co najmniej kontrowersyjną. I wcale nie dlatego, że specjalista od wyścigów klasycznych najprawdopodobniej wygra cały wyścig – Tadej Pogačar jest odpowiednikiem podjazdów HC, poza kategorią i skalą. Jeśli czyimś sufitem nie jest trasa Gandawy-Wevelgem (In Flanders Fields, I know), ale czołowe dziesiątki Wyścigu Dookoła Flandrii, Liège-Bastogne-Liège czy Il Lombardii, powinien właśnie szykować się na żniwa.

Trasa 113. edycji Tour de France

21 etapów (7 płaskich, 4 pagórkowate, 8 górskich, 1 indywidualna jazda na czas, 1 drużynowa jazda na czas)
3333 kilometry
54450 metrów przewyższenia
7 finiszy na podjazdach

Mapa

Etap 1, 4 lipca (TTT): Barcelona › Barcelona (19,4 km | 220 m ↑)

Zmagania na trasie tegorocznej Wielkiej Pętli otworzy blisko 20-kilometrowa drużynowa jazda na czas, rozgrywana w ramach tego wyścigu po raz pierwszy od 2019 roku. Nudy? Nie do końca, ponieważ wieczorna Barcelona nigdy taka nie jest (o ile widoczność pozwala na dostrzeżenie detali), a dodatkowo – czy może raczej przede wszystkim – będziemy mieć do czynienia z najnowszym formatem, testowanym dotąd w ramach Paryż-Nicea i Tour Auvergne-Rhône-Alpes. Jako wynik drużyny liczony będzie rezultat pierwszego zawodnika na linii mety, podczas gdy do klasyfikacji generalnej wzięte zostaną indywidualne czasy każdego z kolarzy, co, upraszczając, daje liderom większą sprawczość.

Podziałowi trasy „drużynówki” na zbiorowe wyprucie się do spodu i solo w finale sprzyja również sam charakter trasy – relatywnie płaskiej w trzech czwartych, ale z podjazdami pod Côte de Montjuïc (1,1 km; 5,1%) i Côte de Stade Olympique w Barcelonie (800 m; 7%) na ostatnich 4 kilometrach.

Etap 2, 5 lipca: Tarragona › Barcelona (169,2 km | 2050 m ↑)

Fakt, że trasa 113. edycji Tour de France na papierze sprzyja harcownikom, ale niekoniecznie wąsko rozumianym specjalistom od wyścigów jednodniowych, jest jednym z paradoksów tej odsłony imprezy. Czy sama hipoteza się obroni, czas pokaże, natomiast ten dzień jak najbardziej powinien należeć do wielokrotnych zwycięzców monumentów i ich bezpośrednich rywali.

Pod kątem przebiegu, niedzielny odcinek z Tarragony do Barcelony przypomina fryzurę na „czeskiego piłkarza”, czyli nudy z przodu i impreza na tyle. Części te od siebie oddziela wspinaczka pod Côte de Begues (6,1 km, śr. 6,5%), podczas gdy o losach etapu zadecyduje rywalizacja na rundach w dzielnicy Montjuïc. Klasyczny finał Volta a Catalunya będzie tu często wspominany, choć podkreślić trzeba że tourowy wariant z podjazdem pod Côte de Château de Montjuïc (1,6 km; 9,3%) jest trudniejszy. Meta zlokalizowana została w tym samym miejscu co dzień wcześniej.

Etap 3, 6 lipca: Granollers › Les Angles (196,2 km | 3940 m ↑)

W poniedziałek peleton 113. edycji Wielkiej Pętli opuści Hiszpanię, a rywalizacja przeniesie się w Pireneje Wschodnie. Uczestnicy wyścigu zmierzą się na pierwszym dłuższym podjeździe tej odsłony imprezy – Col de Toses (9,3 km, śr. 6,5%), jednak umiejscowiony na znacznie krótszym podjeździe finisz w Les Angles (1,7 km, śr. 6,5%) sugeruje, że na rozstrzygnięcia długofalowo rzutujące na kształt klasyfikacji generalnej Touru przyjdzie jeszcze poczekać.

Gdyby to było Giro d’Italia, z góry zaznaczylibyśmy ten dzień jako idealny dla harcowników. W mechanice Touru bardziej prawdopodobnym jest sprinterski pojedynek liderów na klasyfikację generalną. Jeśli natomiast łatwy podjazd do Les Angles wystarczy do podzielenia ich stawki, mniej zafascynowani „doświadczaniem wielkości” odbiorcy mogą już stawiać na tej edycji krzyżyk.

Etap 4, 7 lipca: Carcassonne › Foix (182,4 km | 2780 m ↑)

Okolice baśniowego Carcassonne zazwyczaj sprzyjają harcownikom, a 182-kilometrowa trasa 4. etapu do Foix bardzo śmiało puszcza oko do tych kolarzy, którzy lubią chować się za linią horyzontu. Obie górskie premie – Col de Coudons (10,7 km, śr. 5,5%) i Col de Montségur (6,9 km, śr. 6,6%) – zlokalizowane zostały w drugiej części wtorkowego odcinka, a języczkiem u wagi, jak zwykle pomiędzy Tuluzą a wybrzeżem Morza Śródziemnego, będzie wiatr.

Etap 5, 8 lipca: Lannemezan › Pau (158,3 km | 1400 m ↑)

Dopiero piątego dnia rozegrany zostanie pierwszy klasyczny etap dedykowany sprinterom, a jego areną będą ulice położonego u stóp Pirenejów Pau. Tym samym stolica Pirenejów Atlantyckich wyprzedzi Bordeaux, wskakując na samodzielne drugie miejsce w klasyfikacji najczęściej odwiedzanych przez imprezę miast, aczkolwiek tylko na dwie doby.

Etap 6, 9 lipca: Pau › Gavarnie-Gèdre (186,4 km | 4150 m ↑)

Pierwszy pełnowymiarowy, a zarazem najtrudniejszy z pirenejskich etapów 113. edycji Tour de France, łączy stare z nowym. Na liczącej 186 kilometrów i 4150 metrów przewyższenia trasie uczestnicy wyścigu zmierzą się z doskonale znanymi podjazdami pod Col d’Aspin i Col du Tourmalet, ale finiszować będą na debiutującym w Wielkiej Pętli Cirque de Gavarnie (18,8 km, śr. 4,0%).

Etap 7, 10 lipca: Hagetmau › Bordeaux (175 km | 700 m ↑)

Piątek to przepastne lasy departamentu Landy i finisz w jednym z najczęściej odwiedzanych przez Tour miast – kojarzonym z winem Bordeaux – gdzie najczęściej górą są sprinterzy.

Etap 8, 11 lipca: Périgueux › Bergerac (180 km | 1350 m ↑)

Z perspektywy najszybszych uczestników wyścigu, sobota będzie szansą na błyskawiczny rewanż, ponieważ najbardziej prawdopodobnym scenariuszem odcinka prowadzącego przez malowniczy departament Dordogne jest drugi z rzędu finisz z peletonu – tym razem w Bergerac. Na marginesie zaznaczę jednak, że jest to teren, który wbrew prostej matematyce często sprzyja uciekinierom, dlatego sobotni odcinek powinien znaleźć się wysoko na liście mniej oczywistych, potencjalnych łupów.

Etap 9, 12 lipca: Malemort › Ussel (185 km | 3240 m ↑)

Dość niekonwencjonalny przebieg trasy 113. edycji Wielkiej Pętli, która z Pirenejów przenosi rywalizację w Masyw Centralny, pozwolił umieścić na mapie wyścigu mniej oczywiste punkty – jak odwiedzane w niedzielę, a kojarzone przede wszystkim z Tour du Limousin i krajowym czempionatem, Malemort i Ussel. Liczący 185 kilometrów i 3300 metrów przewyższenia 9. odcinek to prawdziwa gratka uciekinierów i tych z widzów, którym bliższa jest dynamika typowa dla wyścigów jednodniowych.

Etap 10, 14 lipca: Aurillac › Le Lioran (167,3 km | 3790 m ↑)

Po pierwszym dniu przerwy kolarze wrócą do rywalizacji na trasie, która z kolejnymi kilometrami staje się tylko bardziej i bardziej pagórkowata, osiągając łącznie blisko 4000 metrów przewyższenia. Wszystkie trzy górskie premie zlokalizowane są już za półmetkiem 167-kilometrowego odcinka, podczas gdy finisz gości Le Lioran – gdzie w poprzedniej edycji Wielkiej Pętli doszło do jednego z bardziej niespodziewanych rozstrzygnięć.

Etap 11, 15 lipca: Vichy › Nevers (161 km | 1100 m ↑)

Środowy odcinek to szansa dla sprinterów, tym razem z finałem w powracającym na trasę Touru po ponad 20-letniej przerwie Nevers.

Etap 12, 16 lipca: Circuit de Nevers Magny-Cours › Chalon-sur-Saône (179,1 km | 1370 m ↑)

Okazje dla szybkich kolarzy nie przestają chodzić parami, a charakter kolejnej z nich dodatkowo podkreśli start na legendarnym torze Magny-Cours. Po pokonaniu 179-kilometrowej trasy, peleton zafiniszuje w okolonym winnicami Chalon-sur-Saône.

Etap 13, 17 lipca: Dole › Belfort (206,2 km | 2310 m ↑)

Najdłuższy, a zarazem jedyny etap 113. edycji Tour de France przekraczający barierę 200. kilometrów, prowadzi z Dole do Belfort. 2300 metrów przewyższenia wskazuje, że trzynastka okaże się szczęśliwa dla harcowników, choć poprzedzający finisz w Belfort podjazd pod Ballon d’Alsace każe upatrywać zwycięzcy wśród dobrze wspinających się zawodników.

Etap 14, 18 lipca: Mulhouse › Le Markstein (155,7 km | 3940 m ↑)

Na sobotę przypada odcinek typowy dla Wogezów, a więc średniej długości podjazdy, zjazdy w cienistych lasach i bardzo niewiele terenu pomiędzy. W ramach liczącej 155 kilometrów i 3940 metrów przewyższenia trasy z Miluzy do Le Markstein kolarze pokonają cztery górskie premie: Grand Ballon (21,5 km, śr. 4,8%), Col du Page (9,8 km, śr. 4,7%), Ballon d’Alsace (8,9 km, śr. 6,9%) i Col du Haag (11,2 km, śr. 7,3%). Na ten ostatni wiedzie leśna ścieżka rowerowa, a jego szczyt oddalony jest od mety o 5,5 kilometra.

Etap 15, 19 lipca: Champagnole › Plateau de Solaison (184,2 km | 4100 m ↑)

Drugi tydzień rywalizacji zamknie etap w Jurze, którego 184-kilometrowa trasa prowadzi z Champagnole na debiutujący w wyścigu Plateau de Solaison (11,3 km, śr. 9,1%). Finałową wspinaczkę poprzedzi Col de la Croisette.

Etap 16, 21 lipca (ITT): Évian Les-Bains › Thonon Les-Bains (26 km | 470 m ↑)

Jedyny odcinek jazdy indywidualnej na czas 113. edycji Wielkiej Pętli rozegrany zostanie nad malowniczym Jeziorem Genewskim, a liczy zaledwie 26 kilometrów i niespełna 500 metrów przewyższenia.

Etap 17, 22 lipca: Chambéry › Voiron (175 km | 2360 m ↑)

Na ostatnią środę wyścigu przypada reklamowany jako relatywnie płaski odcinek z Chambéry do Voiron, którego bajeczna panorama niemal przyćmiła finiszujących sprinterów podczas poprzedniej edycji Tour de France. Czy tym razem dojdzie do podobnych rozstrzygnięć, trudno z góry przesądzać, ponieważ kumulujące się przez ponad dwa tygodnie zmęczenie sprzyjać powinno mniej szablonowym scenariuszom.

Etap 18, 23 lipca: Voiron › Orcières Merlette (185,6 km | 3944 m ↑)

O ostatecznym kształcie klasyfikacji generalnej 113. edycji Wielkiej Pętli zadecyduje blok górskich etapów rozgrywanych w Alpach – przy czym pierwszy z nich uznać należy za bardzo łagodne przetarcie, a jego przebieg idealnie wpisuje się w potrzeby górali szukających sukcesu w ucieczkach. Należy oczekiwać, że na Côte d’Engins (11,4 km, śr. 5,4%) odjedzie bardzo liczna grupa, ale losy czwartkowego odcinka rozstrzygną się dopiero na finałowym podjeździe pod Orcières-Merlette (7,1 km, śr. 6,7%).

Etap 19, 24 lipca: Gap › Alpe d’Huez (128,3 km | 3570 m ↑)

Wielki finał tej odsłony Touru to podwójne randez-vous z ikonicznym L’Alpe d’Huez (13,8 km, śr. 8,1%), przy czym tylko w przypadku piątkowego etapu bez żadnego zająknięcia można mu przypisać główną rolę. Pokonywane tuż po wyjeździe z Gap Col Bayard (5,1 km, śr. 7,1%) i – przede wszystkim – Col du Noyer (7,2 km, śr. 8,5%) to więcej niż solidne podjazdy, jednak trasa 19. odcinka celowo skonstruowana została tak, by w ostatecznym rozrachunku liczyło się wyłącznie 21 wykutych w kamieniu serpentyn.

Etap 20, 25 lipca: Le Bourg d’Oisans › Alpe d’Huez (172,1 km | 5624 m ↑)

Królewski etap 113. edycji Tour de France prowadzi z Bourg d’Oisans na L’Alpe d’Huez, jednak tym razem tylnymi drzwiami – przez Col de Sarenne (12,8 km, śr. 7,3%). W środku zaś mieści wszystko, co najlepszego ma do zaoferowania ta część francuskich Alp: Col de la Croix de Fer (24,0 km, śr. 5,2%), Col du Télégraphe (11,9 km, śr. 7,1%) i przyćmiewający całe to towarzystwo dach tej odsłony wyścigu – Col du Galibier (17,7 km, śr. 6,9%). Idealnie skomponowany mountain sandwich, który zamiast kalorii zawiera 5600 metrów przewyższenia.

Etap 21, 26 lipca: Thoiry › Paryż (132,6 km | 1295 m ↑)

Sukcesu tego eksperymentu nie powstrzymała nawet kiepska pogoda, dlatego nieuniknione stało się faktem: drugi rok z rzędu wyścig zamknie rywalizacja na paryskiej rundzie poszerzonej o wspinaczkę brukowanymi uliczkami Montmartre. Prawdziwe święto kolarstwa i tych kolarzy, którzy kochają się ścigać i chcą to robić do samego końca – przecież z perspektywy 113. edycji Tour de France jutro i tak nigdy nie nadejdzie.


Już w kolejnych dniach zapraszamy na kolejne zapowiedzi Tour de France 2026: między innymi faworytów klasyfikacji generalnej wyścigu i omówienie klasyfikacji pobocznych.

Poprzedni artykułAmelia Szymańska ze srebrem wśród juniorek: „Wiedziałam, po co tu przyjechałam”
Następny artykułKarol Bies z brązem wśród juniorów: „Nie spodziewałem się tego”
Aleksandra Górska
Z wykształcenia geograf i klimatolog. Przed dołączeniem do zespołu naszosie.pl związana była z CyclingQuotes, gdzie nabawiła się duńskiego akcentu. Kocha Pink Floydów, szare skandynawskie poranki i swoje boksery. Na Twitterze jest znacznie zabawniejsza. Ulubione wyścigi: Ronde van Vlaanderen i Giro d’Italia.
guest
20 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Marian
Marian

Etap 4 – języczkiem „u wagi” raczej aniżeli „uwagi”. Miłego dnia 🙂

Maciej
Maciej

Zapowiada się super ściganie 😀

Kuba
Kuba

Ciekawa ta analogia do TdF 2020. Wydaje mi się jednak, że Seixas w tym roku jeszcze nie nawiąże walki o zwycięstwo. O podium może tak, ale raczej nic więcej.

Marcin M.
Marcin M.

@Marian jak nie wiesz to nie poprawiaj. „Języczek u wagi”

R. S.
R. S.

„Broń obosieczna”? Wydaje mi się, że mówimy o „mieczu obosiecznym”.

Don
Don

Faworyt na papierze jest jeden. Drugi teoretycznie powinien być Vingegard jednak mam gdzieś z tyłu glowy jego męczarnie podczas MŚ, które od TDF2025 dzielił ten sam dystans czasowy co tegoroczny Tour od Giro 2026. czy zdąży sie zregenerować ?

Kuba
Kuba

@Don z tego co pamiętam to Jonas był wtedy po kombinacji TdF + Vuelta i zupełnie niepotrzebnie pojechał na ME, gdzie odpadł na jednym z pierwszych podjazdów. W tym roku ma szansę zrobić to co Tadej w 2024, a nawet więcej – mieć serię 3 zwycięstw z rzędu w GT.

Alek
Alek

Trasa trochę nietypowa. Trudna. Będzie ciekawie.

Łukasz
Łukasz

Era POGAČARa trwa i potrwa jeszcze, niewiadomo jak długo, ale zapisze się w annałach kolarskich na zawsze. Nadejdzie dzień,gdy gigant upadnie lub nastanie świt młodego talentu będącego w stanie pokonać wyjątkowego kolarza lub Pogi po prostu powie dosyć i skończy karierę w tęczowej koszulce, która dla niego jest najważniejsza. Powstanie mnóstwo porównań z innymi legendami, zestawień, statystyk i rankingów. Ci którzy będą jeździć po szosach, siłą rzeczy, będą ścigać cień Słoweńca. Ile jeszcze Pogi wygra? Czy 5 czy może 6 razy skończy na Polach Elizejskich w żółtym? Czy pokona Piekło Północy? Czy wykręci jakiś szalony wynik wygranych na Spadających Liściach? Czy pojedzie trzy toury w jednym roku?
Czy to czy tamto? Można mnożyć przypuszczenia siląc się na oryginalność. Jednak wokół Pogiego krążą cienie. Dwukrotna przegrana w Pętli,drugie miejsce dla niego to porażka. Niesamowity talent w postaci młodego Francuza, który tak naprawdę dopiero napisał pierwszy rozdział i nadal stanowi wielką zagadkę na co go stać. Wyjątkowy Duńczyk, który wygrał 3 wielkie toury, czego Słoweniec jeszcze nie dokonał.
Jest w tym pełno ekscytacji, podniecenia, które dla fana kolarstwa musi być magnetyczne i zapowiada mnóstwo emocji. Każdy etap TdF jest magiczny i cieszę się, że mogę brać maleńki udział w czasach ,gdy dzieją się niezwykłe rzeczy.
Jeśli Pogi osiągnie to, co zamierza zrobi to dzięki temu, co określa mistrza, a mianowicie nieustępliwości.

Don
Don

Masz rację Kuba , zupełnie mi to umknęło. Mój błąd.

ander_her
ander_her

1 Pogi 2 Vinigo 3 Lipo 4 Toro 5 Seixas

love_velo
love_velo

Rywalizacja sprzedaje się lepiej niż dominacja, bo rośnie zainteresowanie kolejnymi etapami i wyścigami.
Poza tym, więcej bohaterów = większy rynek. Jeśli wygrywa tylko Pogacar, biznes rośnie głównie wokół niego. Jeśli wygrywa ktoś inny, rośnie całe kolarstwo, bo więcej gwiazd, więcej historii, więcej sponsorów.

Historia pokazuje, że sporty z jednym dominatorem tracą widownię, więc Pogacar przegra,
Można mnie cytować.

Mikołaj
Mikołaj

Oby to był ciekawy tour.

Marcraft
Marcraft

Nawet w okularach nie widzę końca dominacji Pogacara.

Lance
Lance

Łukasz, kurcze, ja wiem, że każdy ma prawo kibicować komu chce i jak chce, ale naprawdę trochę „cringowa” jest ta Twoja ekscytacja. Tadek wyga, bo UAE już nieraz pokazało, że ma lepsze laboratoria od Vismy (a przy tym są nie do ruszenia przez fasadowe organizacje „walczące” z dopingiem) – i nad czym tu się tak rozwodzić…

Łukasz
Łukasz

Lance, żenujące jest ciągłe powtarzanie tego samego schematu o dopingu o ile się nie mylę to twoja domena. Gdybym wierzył w laboratoria i oszustwa w danym sporcie po prostu bym nie oglądał. Może i jestem naiwny wierząc, że Pogi, Vini czy Seixas nie koksują, ale dzięki temu oglądam wyścigi pochłonięty w całości czerpiąc z tego najwięcej emocji ile się da.
W sumie miło, że przeczytałeś ten mój cringowy wpis. I serio nie można używać polskich słów jak się chce komuś dogryźć?

Ricky
Ricky

love_velo nie bardzo rozumiem Twoją logikę… Przegra bo co, tak będzie lepiej dla tego sportu? Z tym się nawet mogę zgodzić, ale wątpię żeby Tadek podzielał ten pogląd i powstrzymało go to przed sięgnięciem po kolejny tryumf. A nawet jeżeli go podziela, to dla niego (i jego właścicieli z ZEA) liczy się przede wszystkim jego interes (łatwiej budować wizerunek „globalnego super-hiper-idola” z kolejnym wygranym TdF niż bez niego) a nie jakiś górnolotnie pojmowany interes całego kolarstwa. No ale oczywiście chciałbym, żeby Twoje przewidywanie było prawidłowe, bo pewnie nie jest jest tajemnicą, że kibicuję komuś innemu.

Mmonet
Mmonet

Żeby wyścig był ciekawy to reszta ekip musi chcieć ryzykować a nie zadowalać się miejscem w 10 dla lidera. Jak by tak każdy z nich ryzykował to może i któryś by wypił szampana, bo wyścig były totalnie szalony. Ale tak nie będzie i visma z uae wezmą co ich

Jacek
Jacek

Pani Olu, dziękuję za kolejny znakomity tekst (szkoda, że trzeba było tak długo czekać 🙂 ): świetna analiza, oparta o ogromną wiedzę i wyjątkowy zmysł analityczny, błyskotliwy, inteligentny język, co ostatnio niestety jest wyjątkiem wśród dziennikarzy. Uwielbiam Pani teksty i proszę o więcej.

Rzeczywiście zapowiada się bez dominacji, z wieloma otwartymi furtkami.

Wydaje mi się, że (myśląc tylko o domniemanych faworytach GC) układ wyścigu najmniej od odpowiada Vingegaardowi (facet owszem, ma świetną wydolność i trudno tego nie cenić, ale dla mnie to najnudniejszy kolarz ostatnich lat, wzbudzający wymioty – uprzedzę może ataki na mnie jego fanów: pozwólcie mi mieć swoje zdanie). Jedyna szansa dla niego to dotrwać na kole z jak najmniejszymi stratami do 20. etapu, i wtedy spróbować wykorzystać tę wydolność w górach. Jeśli tu pokaże charakter, to trzymam kciuki za takie rozwiązanie – niech będzie walka.

Tadej jest poza kategoriami, i tylko jeśli będzie zdrowy, uniknie kraks, to na pewno pokaże walkę, nie jeden raz zrobi show.

Młody Pawełek z Francji zapowiada się fantastycznie, ale żeby nie przeszarżował zbyt wcześnie. Pamiętacie 2020 rok (a’ propos analogii, wywołanej przez P. Olę)? Tadej do 20. etapu jechał bardzo cierpliwie, nie pozwolił się zagotować. Nawet na tym etapie, gdzie Kwiato na rantach rozerwał grupę, i Tadej został z tyłu, to cierpliwie dojechał do mety z jakąś tam stratą – miał wtedy słabe wsparcie w grupie, a przecież nikt nie oczekiwał od niego zwycięstwa. Na 20. etapie poszło wszystko: albo mi odetnie prąd (nie miał nawet pomiaru mocy zdaje się), i będę 50. czy 100., albo … zobaczymy. Życzę Seixasowi takiej chłodnej głowy wymieszanej z fantazją, jaką Tadej pokazał wtedy na TdF 2020 (i oczywiście wiele razy wcześniej czy później). Wtedy będziemy mieli super widowisko i emocje. Pani Olu, co Pani sądzi o tym?

Czy ktoś jeszcze włączy się w to tworzenie emocji i widowiska? Oby. Życzę wszystkim kolarzom zdrowia i unikania kraks. Niech zdecyduje sportowa walka.

love_velo
love_velo

Ricky
Z kolarskim biznesem jeszcze nikt nie wygrał. A to dzięki niemu ten sport funkcjonuje.
Jeśli posortujesz sobie kolarzy wg narodowości, to zobaczysz, gdzie jest biznes.