Giro d’Italia, najładniejszy, najtrudniejszy wyścig etapowy świata za mną … za nami. Szczerze mówiąc jestem zadowolony, nie byłem tu anonimowy, walczyłem, pomagałem, cierpiałem, jechałem – takie jest kolarstwo, taki jest sport.
Giro – piękny wyścig, świetnie zorganizowany, fajnie ułożona trasa. Tysiące kibiców dla których jesteś kimś, ludzie którzy nie powinni ale mnie rozpoznają i wiedzą jak się nazywam. Barwnie, kolorowo, ciężko – to jest właśnie Giro.
Ile dałem radę jechałem z najlepszymi, późniejsze zatrucie pokarmowe zawaliło wszystko. Ale starałem się zabrać do jakiejś ucieczki, a nóż widelec dojedzie do mety, nie udało się ale próbowałem i to nie raz.
Wywalczyłem miejsce na podium, pokazałem, że lubię takie końcówki etapów, dwa tygodnie jechałem w czołówce KG i mam nadzieję, że pomoże mi to coś zmienić w moim życiu.
Ogólnie wyścig bardzo udany dla biało-czerwonych, byliśmy widoczni, walczyliśmy, pomagaliśmy. Dobrze że Polacy w dużych ekipach dostają coraz więcej swobody na coraz większych wyścigach. Idzie ku lepszemu.
Oczywiście z kraju dochodziły do nas głosy krytyki czy tez narzekania, z czego one wynikają? Zazdrość, niewiedza, czy polska mentalność? Nie wiem ale to nie jest fair, bo na temat takiego wyścigu nie powinien się wypowiadać nikt kto nie brał w nim czynnego udziału. Wiem, że przed telewizorem wszystko wygląda tak lekko, wystarczy tylko pedałować ciut szybciej jak cała reszta, jakież to proste 🙂
Wygrał gość na którego chyba nikt nie stawiał. Garmin jak zawsze na poziomie, przygotowany, zdeterminowany, zdyscyplinowany z mądrą taktyką. Dystans na mecie między Hesjedalem a Purito po przejechaniu około 3500 to około 300 metrów!!! O 300 metrów szybciej na mecie w Mediolanie zameldował się Ryder! Niesamowite emocje bo to jest właśnie Giro!
Źródło: huzarski.pl
Foto: bettiniphoto.net









Wasza grupa mile mnie zaskoczyła