Do groźnego wypadku doszło w czwartek podczas drugiego etapu wyścigu Tour de Hongrie. Najbardziej poszkodowanym zawodnikiem był Frederik Wandahl z zespołu Red Bull–BORA-hansgrohe. Duńczyk uderzył głową o asfalt i musiał zostać przetransportowany do szpitala helikopterem ratunkowym. Mimo powagi sytuacji, skończyło się bez trwałych obrażeń, Wandahl doznał jednak silnego wstrząsu mózgu.
W wywiadzie dla portalu feltet.dk jego ojciec, Thomas Wandahl, opowiada o całej sytuacji.
To dla niego ogromny cios. Ma szczęście, że nie skończyło się gorzej. Doznał ciężkiego wstrząsu mózgu i od czwartku prawie nie spał. Nie pamięta nic od poranka tamtego dnia. Cały czwartek zniknął z jego pamięci. Nie przypomina sobie nawet, że rozmawialiśmy przez telefon poprzedniego wieczoru. Dodatkowo ma dosłownie dwoje niebieskich oczu. Opuchlizna jest tak duża, że nie jest w stanie nawet przeczytać wiadomości
– przyznaje Thomas Wandahl.
24-letni Duńczyk spędził w szpitalu niemal cztery dni. Wykonano kilka tomografii komputerowych głowy, które początkowo wykazały obecność krwi w mózgu. Ostatecznie jednak lekarze stwierdzili, że to pozostałość po jakimś wcześniejszym urazie.
Uderzenie było na tyle silne, że lekarze postanowili zatrzymać go w szpitalu aż do poniedziałku. Chcieli mieć pewność, że ślady krwi nie są efektem obecnego wypadku, stąd decyzja o przedłużeniu hospitalizacji. Dlatego nie pozwolono mu opuścić szpitala już w piątek
– dodał Thomas Wandahl.
Zawodnik przejdzie teraz dalsze badania w Centrum Wydajności Sportowców Grupy Red Bull w Austrii. Wykonają tam dodatkowe testy, aby upewnić się, że powrót do zdrowia przebiega prawidłowo. Na razie nie wiadomo, jak długo potrwa przerwa w startach Duńczyka.









Moje oczy też są niebieskie i też dwa.