Póki co w naszym cyklu opowiadaliśmy głównie o prawdziwych gwiazdach kolarstwa, jednak dzisiaj przyjrzymy się krótkiemu epizodowi zawodnika, który sukcesy zaczął osiągać stosunkowo niedawno. Mowa o Jhonatanie Narváezie, którego biletem do World Touru okazał się Quick – Step.
Na samym początku warto wspomnieć, że, de facto, ze środowiskiem Quick – Stepu Narváez był powiązany już jakiś czas. Musimy się cofnąć do 2016 roku, kiedy ścigał się w młodzieżowym Team Klein Constantia. Ta drużyna była czymś na zasadzie drużyny rozwojowej belgijskiej formacji, a w tamtym sezonie w ich barwach można było oglądać min. Enrica Masa, Maximiliana Schachmanna, Remiego Cavagne, Ivana Garcia Cortinę, a w tym całym konglomeracie gwiazd miejsce dla siebie znalazł Przemysław Kasperkiewicz. Rok później Narváez wylądował w znanym na kolarskiej mapie Axeon Hagens Berman, gdzie głównie ścigał się w amerykańskich wyścigach – głównie, albowiem już wtedy w wieku 20 lat został mistrzem swojego kraju. Kraju, który nie rozpieszcza warunkami do życia, ale zdecydowanie daje pole do popisu dla młodych adeptów kolarstwa:
Dom, w którym żyję wraz z rodzicami, trzema siostrami i bratem, znajduje się 3000 metrów nad poziomem morza, a w domu temperatura waha się od 10 do 12 stopni. Jest trochę zimno, ale się przyzwyczailiśmy. W Europie jest zupełnie inaczej. Sucumbios (miasto z którego wywodzi się Narváez – przyp. Red.) to raczej ciche miejsce do dorastania, jednak idealne dla młodego kolarza. Zakochujesz się w górach, uczysz się jak je kochać, a potem próbujesz je pokonać. Tak właściwie to musisz – każdego dnia, gdy jadę potrenować muszę pokonać górę o długości 5 kilometrów i około 6% nachylenia tylko po to, żeby wrócić do domu
– opowiada o swojej młodości Ekwadorczyk.
Jak widać istniały solidne fundamenty pod transfer Ekwadorczyka do Quick – Stepu, co stało się faktem w 2018 roku. 20-letni wówczas Jhonatan był dopiero drugim przedstawicielem Ekwadoru w World Tourze (tym pierwszym był oczywiście Richard Carapaz) i niewątpliwie czuł, że ciąży na nim ogromna odpowiedzialność:
Nie każdy ma okazję zostać zawodowym kolarzem, w szczególności w takiej drużynie jak Quick – Step Floors. Jestem dumny z tego, że mogę podpisać z nimi kontrakt i nie mogę się doczekać ścigania z najlepszymi w peletonie
– opowiadał na łamach strony belgijskiej ekipy Narváez.
Trudno było wówczas zdefiniować, jakim kolarzem może być Jhonatan. Dobrze się wspinał, ale oprócz wytrzymałości pokazywał, że jest bardzo dynamicznym kolarzem. Miał również niesamowity jak na swój wiek “silnik” do pracy w płaskim terenie, co może zawdzięczać ściganiu się na torze. Kluczem jednak było spokojne wdrażanie tego młodego kolarza w rygory elity kolarstwa, o czym mówił Patrick Lefevere:
Znamy Jhonatana już od paru lat, odkąd ścigał się dla naszej drużyny rozwojowej Klein Constantia. Nie zajęło mu zbyt długo czasu udowodnienie swojej wartości i bardzo się cieszę, że rozwinął się od tego czasu jeszcze bardziej. Pomożemy mu z rozwojem jego potencjału, jednak wszystko na spokojnie, ważne żeby zaadaptował się do codzienności world-tourowego peletonu
– tłumaczył Patrick Lefevere.
Na pierwsze występy nie przyszło nam długo czekać. Jak wielu młodych zawodników, Narváez spróbował swoich sił w Vuelta a San Juan. Poszło mu nienajgorzej jak na debiut – mimo że cały wyścig przejechał raczej anonimowo, to 10. miejsce na etapie jazdy indywidualnej na czas oraz czujna jazda na reszcie etapów, zagwarantowały mu 2 miejsce w klasyfikacji młodzieżowej. Na początku lutego pojawił się na starcie znanego Tour Colombia, wyścigu, który jest swego rodzaju kuźnią południowoamerykańskich talentów. Podczas tamtej edycji, którą wygrał Egan Bernal, Narváez dwa razy finiszował w pierwszej dziesiątce na etapach, a cały wyścig ukończył na 10. miejscu w klasyfikacji generalnej.
Następnie, nadszedł czas na dosyć drastyczną zmianę otoczenia, bo z kolumbijskich szos przenosimy się do Francji. Tam możemy mówić, że Narváez powoli zaczynał pokazywać drzemiący w nim potencjał. Wpierw ukończył Faun Ardeche Classic na 6. miejscu, żeby dzień później przyjechać jako drugi podczas Royal Bernard Drôme Classic. Całą tą dosyć krótką kampanię klasyków zakończył siódmą pozycją w Dwaars door West-Vlaanderen. Przecież on przyjeżdżał do Europy z reputacją górala! No to żeby absurdu było więcej, Ekwadorczyk wystartował w Wyścigu Dookoła Katalonii oraz Wyścigu Dookoła Kraju Basków, które były pierwszym poważnym testem w World Tourze. Pierwszy z wyżej wymienionych ukończył bez większej historii, w drugim zaś wycofał się na piątym etapie.
Na wiosnę Narvaeza czekał jeszcze debiutancki występ w Brabanckiej Strzale, gdzie pełnił rolę pomocnika. W maju zaś, wrócił na amerykańskie szosy, jednak Ekwadorczyk nic wielkiego w Tour of California nam nie przedstawił. Choć podobnie jak w przypadku Filippo Ganny, nie ma co rozliczać tak młodego zawodnika z wyników, tak jednak Jhonatan budził nieco większy potencjał na wygrywanie od razu. Pod koniec czerwca wystartował w Adriatica Ionica Race, gdzie oprócz wygranej w drużynowej jeździe na czas (co raczej nie należy do zasług Narvaeza) występ zakończył anonimowo. Kolarz niewątpliwie wpadł w pewnego rodzaju dołek, a na domiar złego, w lipcu nie udało mu się obronić swojego tytułu mistrza Ekwadoru – lepszy tego dnia okazał się tylko i wyłącznie Jefferson Cepeda.
Te wszystkie wyniki pokazują jednak pewien trend w rozwoju tego młodego wówczas zawodnika – co jeśli tak właściwie to on nie ma żadnej przyszłości jako góral? Idealną okazją do podbicia argumentów dla tej tezy był występ w Tour de Wallonie, gdzie Narvaez dwukrotnie zameldował się w pierwszej dziesiątce etapów, cały wyścig zaś ukończył na 5. miejscu. Kawał dobrego ścigania w Belgii zaprocentował powołaniem na Clasica San Sebastian, gdzie Ekwadorczyk pojawił się w roli pomocnika – jak widać spisał się całkiem nieźle, gdyż tamtą edycję wygrał Julian Alaphilippe. Reszta sezonu nie ma w sobie już jakiejś głębszej opowieści – anonimowy występ na Deutschland Tour, nieukończenie Mistrzostw Świata w Innsbrucku, dalsze lokaty w Sparkassen Munsterland Giro, Paryż – Tours i Mediolan – Turyn. Ostatni występ Narvaeza w barwach belgijskiej drużyny przypadł na Gree-Tour of Guangxi, gdzie z powodu kraksy wycofał się na drugim etapie.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że dosłownie na drugi dzień potwierdzono transfer Ekwadorczyka do Team Sky. Narvaez przedwcześnie zerwał swój kontrakt z Quick – Stepem, żeby dołączyć do innych potentatów światowego peletonu. Decyzja ta miała sens od początku – w obładowanym wówczas pod klasyki składzie drużyny Patricka Lefevere’a próżno było szukać miejsca dla Ekwadorczyka. Przejście do Team Sky gwarantowało więcej szans na ściganie na własne konto oraz dalszy rozwój swojego potencjału. Już dwa lata później Narvaez wygrał deszczowy etap Giro d’Italia, a powtórzył tą sztukę w tym roku, gdy na pierwszym etapie ograł na finiszu Tadeja Pogačara. Przy okazji swojego debiutu w World Tourze kolarz często wspominał o swoich ambicjach związanych z wyścigami etapowymi i klasykami, a gdzieś tam po drodze marzyło mu się kiedyś założyć koszulkę lidera wielkiego touru – jak widać, na przekór jakiejkolwiek logice, udało mu się już osiągnąć sukcesy w każdej z tych dziedzin…








