Sezon 2024 okazał się ostatnim dla wielu kolarzy. Wśród nich znalazło się oczywiście niejeden zdecydowanie lepszy niż Patrick Bevin, jednak to właśnie on będzie bohaterem mojego dzisiejszego tekstu. Wszystko dzięki temu, co wydarzyło się w styczniu 2019 roku.
Rok 2018 był przełomowy dla Patricka Bevina. Świetne występy w czasówkach worldtourowych wyścigów, całościowo bardzo udany występ w Wyścigu Dookoła Wielkiej Brytanii, zakończony 4. miejscem w klasyfikacji generalnej wyścigu, a wszystko spuentowane 8. pozycją na mistrzostwach świata w jeździe indywidualnej na czas. Po trzech latach spędzonych w najwyższej dywizji 27-latek w końcu udowodnił, że może odgrywać istotną rolę nie tylko jako pomocnik liderów, ale też zawodnik, który walczy na własny rachunek.
Dzięki temu, co udało mu się osiągnąć w ciągu ostatnich kilku miesięcy mógł być pewien, że podjęta rok wcześniej decyzja o przenosinach z Cannondale do BMC była dobra. Tyle że teraz BMC znikało z zawodowego peletonu, zespół zmieniał szyld na CCC Team, a w ślad za zmianą flagi przy nazwie drużyny szły także istotne zmiany w składzie. Z zespołu odeszło wielu kluczowych zawodników: m.in. Richie Porte, Damiano Caruso, Tejay van Garderen, Dylan Teuns czy mistrz świata – Rohan Dennis.
W efekcie jedyną gwiazdą polskiej ekipy był Greg Van Avermaet, a za jego plecami był szereg mniej znanych zawodników, którzy od teraz mieli dźwigać na swoich presję wyników zdecydowanie większą, niż wcześniej. Jednym z nich był właśnie Bevin, który nagle stał się jedną z największych nadziei CCC na dobre wyniki.
Nagroda za aktywność
Na szczęście okazało się, że Nowozelandczyk radzi sobie z nowym wyzwaniem w kapitalny sposób. Swój premierowy start w nowych barwach zanotował już 4 stycznia, gdy został mistrzem Nowej Zelandii w jeździe indywidualnej na czas. Nie była to wielka niespodzianka – jedynym oprócz niego worldtourowcem na starcie był niesłynący z dobrej jazdy na czas George Bennett, ale jego sukces był warty odnotowania. Zapewnił mu miejsce w krótkiej (jak się później okazało) historii CCC Team. To właśnie on odniósł pierwsze zwycięstwo dla jedynej worldtourowej grupy ścigającej się z polską licencją.
Na tym wszakże 27-latek nie zamierzał poprzestać. O ile 5. miejsce na mistrzostwach kraju ze startu mógł przyjąć z odrobiną niedosytu, to już wydarzenia z Tour Down Under przeszły jego najśmielsze wyobrażenia. Na australijski wyścig nie przyjeżdżał jako faworyt, a tymczasem już po pierwszym dniu rywalizacji zajmował… 3. miejsce w klasyfikacji generalnej.
Pozycję tę zawdzięczał udziałowi w ucieczce dnia – owszem, dogonionej wcześnie (blisko 40 km przed metą), ale na tyle późno, by Bevin zdążył zgarnąć łącznie 5 sekund na lotnych premiach. Wysoka pozycja w klasyfikacji generalnej była zapewne dla Nowozelandczyka bardzo miłą informacją, ale… na razie nie było to niczym innym, niż ciekawostką. Kolarze, którzy w taki sposób pną się w klasyfikacji generalnej, najczęściej w kolejnych dniach stopniowo osuwają się na dalekie pozycje. Kolarz CCC już wtedy wierzył jednak w to, że jest w stanie powalczyć w “generalce” o coś więcej. Nazajutrz, już po kolejnym etapie powiedział bowiem:
– Jako ekipa jechaliśmy na Jakuba Mareczko, a ja miałem wolną rękę. Jako, że walczymy o klasyfikację generalną, musiałem trzymać się na czele stawki, by nie stracić cennych sekund.
A najlepsze jest to, że w momencie, gdy wypowiadał tamte słowa, brzmiał całkiem wiarygodnie. Swoim występem na drugim etapie w dość spektakularny sposób potwierdził swoje wysokie aspiracje.
P jak Patrick. I jak pierwsze miejsce.
Po obiecującym początku sprinter CCC Team, Jakub Mareczko – trzeci kolarz 1. etapu Santos Tour Down Under, tym razem znalazł się nieco w cieniu innych kolarzy. Ten wyjątkowo kapryśny kolarz, dla którego nawet najmniejszy podjazd wydaje się przeszkodą nie do pokonania, drugiego dnia, na prowadzącym delikatnie pod górę finiszu w Angaston nawet nie powalczył o wysokie miejsce – dojechał do mety jako 57. A jednak wszyscy ci, którzy dobrze życzyli nowej w World Tourze pomarańczowej ekipie, mieli mnóstwo powodów do radości.
Przyczyną znów był Bevin. Gdy rozpoczynał się finisz, wydawało się, że podobnie jak dzień wcześniej obędzie się bez niespodzianek. Wtedy etap wygrał będący świeżo po sezonie życia Elia Viviani – tym razem na pierwszych pozycjach widzieliśmy Petera Sagana i Caleba Ewana. Ten ostatni już wychodził z koła jednego z zawodników Sunwebu, gdy nagle tuż obok niego śmignął… kolarz CCC.
Tak, Sagan i Ewan, ale także pozostali: Viviani, Philipsen i Bauhaus. Wszyscy oni – prawdziwe gwiazdy sprintu, wyglądali przy Patricku Bevinie jak stary Polonez przy Red Bullu Maxa Verstappena z początku zakończonego niedawno sezonu Formuły 1. Wystarczy popatrzeć na ten finisz: Bevin rozpoczyna go z dziewiątej pozycji, daleko za pierwszym rzędem sprinterów. Na szczęście w odpowiednim momencie decyduje się na przyspieszenie. Mimo niefrasobliwości jednego z kolarzy BORA-hansgrohe, który schodząc ze zmiany, zajeżdża mu nieco drogę, on mija go jak tyczkę i błyskawicznie dojeżdża do samego przodu peletonu, a następnie zostawia zaskoczonych faworytów w tyle.
Ale jego triumf nie był wyłącznie kwestią wyboru odpowiedniego momentu. Nawet Ewan, który również rozpoczął swój finisz dosyć wcześnie, nie był w stanie rozpędzić się na tyle, by wyprzedzić Bevina. Owszem, zbliżał się do niego, ale w końcu opadł z sił, rzucił ręcznik i choć zajął drugie miejsce, to na mecie stracił do Nowozelandczyka dwie długości roweru. Teraz było to już jasne. Drużyna CCC Team swój pierwszy wyścig w World Tourze zakończy z przynajmniej jednym zwycięstwem.
Walka do końca
Jeśli ktoś uważał, że tamto zwycięstwo Bevina było jedynie ziarnem, które trafiło się ślepej kurze, to szybko musiał zmienić optykę. Nowozelandczyk nie zamierzał się zatrzymywać. Na kolejnych dwóch etapach zajął odpowiednio 5. i 2. miejsce, pokazując, że kapitalnie radzi sobie na pagórkowatych etapach zakończonych finiszem z niewielkiej grupy. Dzięki zdobywanym bonifikatom, jego niewielka przewaga na tak niespodziewanie wywalczona, zamiast spadać, rosła.
Przed 5. etapem (z 6) wynosiła 7 sekund nad drugim Darylem Impeyem, 11 nad trzecim Luisem Leonem Sanchezem i ponad 20 nad kolejnymi kolarzami w klasyfikacji generalnej. Prawdziwy sprawdzian, który miał dać odpowiedź na pytanie, czy będący w życiowej formie Bevin, utrzyma przewagę nad rywalami i wygra wyścig, miał przyjść na Willunga Hill, ale okazało się, że dzień wcześniej los zgotował Bevinowi niezapowiedzianą kartkówkę.
Na stosunkowo łatwym przedostatnim etapie wszystko układało się dobrze aż do 10. kilometra przed metą. – To był bardzo nerwowy etap i walczyliśmy o pozycje praktycznie przez cały dzień. Wystarczyło jedno „liźnięcie” koła, by doszło do kraksy i mojego upadku – opowiadał później Patrick Bevin, który w tej sytuacji pokazał charakter. Szybko wstał i choć widać było, że ledwie trzyma się na nogach (i to tylko dzięki pomocy Victora de la Parte), jakimś cudem wsiadł na rower i korzystając ze wsparcia Hiszpana oraz Szymona Sajnoka dotarł do peletonu na 3 km przed metą.
Nie tylko pozostał liderem – on dzięki bonifikatom zdobytym we wcześniejszej fazie etapu utrzymał przewagę nad Impeyem i powiększył ją nad całą resztą. Niestety, jego szanse na końcowe zwycięstwo i tak drastycznie zmalały. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na nagranie, na którym kolarz idzie po raz kolejny odebrać ochrową koszulkę dla lidera wyścigu.
– Jestem mocno obolały, ale naprawdę mam nadzieje, że będę jutro w stanie stanąć na linii startu. Na szczęście nic nie złamałem, więc wszystko okaże się rano. Zobaczymy, w jakiej będę dyspozycji.
– mówił kolarz, który chwilę wcześniej musiał odwiedzić miejscowy szpital. W tej sytuacji nie powinno dziwić, że Bevin nie był nawet blisko utrzymania wysokiego miejsca w klasyfikacji generalnej – zajął dopiero 41. miejsce. Zadowolić musiało go wyłącznie utrzymanie koszulki dla najlepiej punktującego kolarza, zaś cały wyścig wygrał Impey, który swoim profilem nieco przypomina Bevina.
Mocny Bevin, słabsze CCC
– Jeśli nic złego się nie wydarzy za rok wrócę tutaj gotowy zakasać rękawy i walczyć ponownie
– mówił Bevin po wyścigu, który pomimo końcowego rozczarowania, mógł uznać za swój najlepszy start w karierze.
Niestety zapowiedzi nie udało mu się zrealizować, bo rok później faktycznie wydarzyło się coś złego. Do kolejnego Tour Down Under nie przystąpił, ponieważ tuż przed wyścigiem zdiagnozowano u niego arytmię serca, która pozbawiła go możliwości startu.
Był to tym większy zawód, że w ciągu 12 pierwszych miesięcy w CCC Team Bevin zdążył wyrosnąć na jednego z najsolidniejszych kolarzy w ekipie. Kilka miejsc w czołówce etapów Tour de Suisse, Tour de Romandie i Volta a Catalunya i czasówka na Vuelta a Espana, przegrana tylko z Primozem Rogličem, aż wreszcie 4. miejsce na mistrzostwach świata w jeździe indywidualnej na czas – to najlepsze wyniki, które pozwoliły mu dość zdecydowanie wyróżnić się na tle ogólnie przeciętnych wyników pozostałych zawodników CCC Team.
Bo choć kapitalne występy “Pomarańczowych” w pierwszym międzynarodowym wyścigu po swoistym nowym otwarciu mogły dać nadzieję na to, że będzie to okres pełen sukcesów, to rzeczywistość nie okazała się dla nich tak życzliwa.
O ile kolejne tygodnie można było jeszcze uznać za bardzo udane, to już kolejne miesiące były dla niej raczej kiepskie. Greg Van Avermaet – największa gwiazda ekipy rozczarowywał w klasykach, zaś łączna liczba 6 zwycięstw w sezonie nie mogła zadowolić nikogo. Kolejny sezon był nieco lepszy, ale nie na tyle, by uratować ekipę, której sponsor w wyniku pandemii miał o wiele poważniejsze zmartwienia, niż utrzymywanie drogiej kolarskiej ekipy.
Wzlot i upadek
Rok 2020 okazał się więc dla CCC Team ostatnim. Na szczęście Bevin, choć tamten sezon nie okazał się dla niego równie dobry, co poprzedni, należał do tych kolarzy, którzy nie mieli wielkich problemów ze znalezieniem nowego pracodawcy i już w sierpniu podpisał kontakt z Israel Start-Up Nation. W nowym zespole odnalazł się całkiem dobrze, potwierdzając swój status kolarza dobrze radzącego sobie na trudniejszych etapach kończących się finiszem z mniejszej grupy.
To właśnie w barwach ekipy z Bliskiego Wschodu zanotował też prawdopodobnie najlepszy miesiąc swojej kariery. Podczas gdy przez poprzednie 12 lat jazdy w poważnych zespołach zdołał uzbierać tylko 4 zawodowe zwycięstwa w międzynarodowych wyścigach, w drugiej połowie kwietnia 2022 roku dołożył do tego dorobku aż trzy kolejne.
Najpierw wygrał 7. etap Tour of Turkey, zostając tym samym liderem całego wyścigu. Zrobił to w idealnym momencie, bo dzień później okazało się, że ostatni, 8. etap został odwołany z uwagi na niesprzyjające warunki pogodowe. Oznaczało to, że Bevin wygrał cały wyścig – tego, czego nie udało mu się dokonać w Australii, dokonał w Turcji, a tydzień później dołożył do tego triumf na etapie worldtourowego Tour de Romandie.
Niestety, kolejnych zwycięstw już nie było. Ani w ostatnich miesiącach startów w Israel-Premier Tech, ani później jako kolarz dsm-firmenich Bevin nie odniósł kolejnych sukcesów. Przypomniał o sobie dopiero kilka tygodni temu, gdy ogłosił zakończenie swojej kariery – nawet jeśli nie wybitnej to bardzo solidnej.
Zobacz też:
Michael Morkov – ten, który tworzył historię



![Santos Tour Down Under 2026: Groźna kraksa z udziałem kangurów! [wideo]](https://naszosie.pl/wp-content/uploads/2026/01/visma-tour-down-under-218x150.jpg)




