Foto: Santos Tour Down Under

Mało kto spodziewał się, że Tour Down Under będzie tak udaną imprezą dla ekipy CCC. Patrick Bevin, jeżdżący od tego roku w barwach polskiego teamu, wciąż jest liderem imprezy z całkiem dużymi szansami na wygranie jej całej. No właśnie, czy go na to stać?

Jak wszyscy doskonale wiemy, kolarstwo to sport, w którym na sukces składa się naprawdę wiele różnych czynników. Najważniejsza jest forma samego zawodnika, który walczy o najwyższe cele. Istotna jest tez jednak dyspozycja rywali, przewaga nad nimi i same umiejętności poszczególnych kolarzy. Sprawdźmy więc, czy Paddy’ego Bevina stać na wygranie generalki wyścigu World Tour.

Po pierwsze, co chyba najważniejsze, Nowozelandczyk jest w naprawdę dobrej formie. Udało mu się już wygrać etap oraz dzierżyć koszulkę lidera przez 2 dni. Co więcej, na trudnym podjeździe pod Corkrew Road nie miał on wielkich problemów z utrzymaniem tempa, choć jednak kilku mocniejszym zawodnikom udało się odjechać.

No właśnie, czas na analizę “tych mocniejszych”. Wydaje się, że na ten moment w grze pozostało 19 kolarzy. Najmniejszą stratę do Bevina ma obecnie Daryl Impey, który jednak w ubiegłym roku wygrał wyścig dzięki zyskom na wcześniejszych etapach, a nie na Willunga Hill. Wywołując najtrudniejszy podjazd w wyścigu, należy pamiętać o jego królu, czyli Richie Porte. Tasmańczyk pokazał dziś, że noga “podaje” i prawdopodobnie będzie w stanie ponownie wygrać królewski etap. Pytanie tylko czy pozwoli to odrobić 21 sekund straty do kolarza ekipy CCC. Wśród faworytów warto wymienić też Michaela Woodsa, Wouta Poelsa, George’a Bennetta oraz Diego Ullisiego.

Czas przejść teraz do ubiegłego sezonu, kiedy to dość niespodziewanie Daryl Impey zgarnął zwycięstwo w całym Tour Down Under. Przed odcinkiem kończącym się na Willunga Hill, Afrykaner miał zaledwie 12 sekund przewagi przed całą grupą pościgową. Na królowej australijskiego kolarstwa udało mu się jednak stracić zaledwie 8 sekund do Richiego Porte, zajmując drugie miejsce na etapie, co przy bonifikatach pozwoliło zrównać się czasem. To także byłby znakomity scenariusz dla Bevina, który jednak na wzgórzach otaczających Adelajdę będzie musiał pojechać absolutnego maksa.

Porównując wcześniejsze lata należy zauważyć, że przed królewskim etapem koszulki lidera nie dzierżył żaden zawodnik z przypadku. Porte nacierający zza pleców czołówki z reguły był niezwykle niebezpieczny, lecz dla Rohana Dennisa, a w szczególności Simona Gerransa, obrona przewagi na Willunga Hill wydawała się być łatwiejsza. W końcu obaj Australijczycy potrafią bardzo dobrze jeździć w pagórkowatym terenie.

Obecna sytuacja Bevina też dość mocno różni się od tych z poprzednich lat. Jak już bowiem wspomnieliśmy, jest za nim cała grupa zawodników, którzy nie tracą zbyt wiele. Wynika to m.in. z tego, że w tegorocznym wyścigu zabrakło etapu do Paracombe/Uraidly, który w dużej mierze układał generalkę jeszcze przed atakiem na największą trudność imprezy. Dodatkowo nie do końca wiemy na co go stać. W końcu w poprzednich latach był głównie pomocnikiem… Richiego Porte, z którym teraz walczy o triumf.

Co by nie mówić, koszulka lidera jest dla Bevina zarówno atutem w postaci przewagi, jak i problemem. Niestety do tej pory Paddy nie miał zbyt dużego wsparcia zespołu w najważniejszych momentach, przez co w Niedzielę będzie musiał pojechać bardzo rozważnie taktycznie. Jeśli tylko głowa się nie zagubi, Nowozelandczyk będzie mógł cieszyć się z życiowego sukcesu. Wystarczy nie stracić do etapowego zwycięzcy więcej niż 11 sekund… chyba że swoje najlepsze czasy przypomni sobie Luis Leon Sanchez. Wówczas jednak chyba nikt nie miałby za złe Hiszpanowi, że zrzucił z prowadzenia zawodnika z polskiego zespołu.