Tydzień temu przedstawiliśmy historię nietuzinkowego Marka Cavendisha, a dzisiaj zajmiemy się najstarszym w historii zwycięzcą wielkiego touru. Chris Horner, bo o nim mowa, wbrew pozorom po tym sukcesie nie przeżył drugiej młodości. 

Szokujące zwycięstwo kolarskiego emeryta 

Początek naszej dzisiejszej rozprawki datujemy pod koniec 2013 roku. W sierpniu startuje Vuelta a España, której głównym faworytem był Vincenzo Nibali. “Rekin z Mesyny” wygrał już w tamtym sezonie Giro d’Italia i planował zostać czwartym zawodnikiem w historii, który ustrzelił dublet Giro – Vuelta. Wśród zawodników, którzy mogli mu pokrzyżować plany wymieniano Alejandro Valverde oraz Joaquima Rodrígueza. Wszystko zapowiadało bitwę tej trójki o czerwoną koszulkę i raczej mało kto o zdrowych zmysłach widział w tym gronie bohatera dzisiejszego tekstu. Horner był utalentowanym i doświadczonym kolarzem, jednak raczej nie sprawiał wrażenia potencjalnego lidera na wielkie toury. W jego karierze udało mu się wygrać Wyścig Dookoła Kraju Basków, często meldował się również w czołowej dziesiątce innych tygodniówek czy ardeńskich klasyków, jednak zdecydowanie nie przekładało się to na sukcesy w największych wyścigach na świecie. Amerykanin raz zdołał ukończyć Tour de France na 8. miejscu… i tak właściwie to tyle. 

Kolarz urodzony na japońskiej wyspie Okinawa miał za sobą trudny sezon w barwach RadioShack – Leopard, okraszony kraksami i kontuzją, która uniemożliwiała mu dobrą dyspozycję przez większość sezonu. Amerykanin nie należy jednak do zawodników, którzy łatwo się poddają – tuż przed startem w hiszpańskim wielkim tourze wierzył w swoje możliwości, a celem było miejsce w pierwszej dziesiątce. Swojej żonie zaś, powiedział, że stać go nawet na miejsce na podium! Co ciekawe, w zapowiedzi przed tym wyścigiem WielerFlits stawiał wyżej szanse nawet naszego Rafała Majki. Nic więc dziwnego, że gdy Horner zaatakował na trzecim etapie, nikt nie palił się do pogoni. Amerykanin ostatecznie wygrał na mecie w Vilagarcia de Arousa i przejął czerwoną koszulkę. Od tamtego zwycięstwa Horner nie wypadł poza pierwszą piątkę klasyfikacji generalnej i przez większość wyścigu nie tracił zbyt wiele. Inteligentna jazda wraz z, bądź co bądź, dużą dozą szczęścia i słabszymi dniami swoich rywali, pozwalała mu na skuteczne kontrolowanie straty do Nibaliego. Kiedy w trzecim tygodniu Włoch zdawał się opadać z sił, Horner nie bał się gonić za szansą życiowego sukcesu.  

Po 19. etapie zawodnikowi RadioShack – Leopard udało się ponownie założyć czerwoną koszulkę lidera, mając przewagę 3 sekund nad Vincenzo Nibalim. Wszystko miało się rozwiązać na ostatnim górskim etapie z metą na mitycznym Alto de l’Angliru. Włoch, aby odzyskać zwycięstwo w wyścigu zagrał “va banque’ – zaatakował już na 6 kilometrów przed szczytem i nawet początkowo udało mu się zerwać Hornera z koła. Ostatecznie nic to nie dało – nie dość, że Amerykanin dogonił go na kilometr przed finiszem, to jeszcze zameldował się 28 sekund przed swoim rywalem na mecie. Sensacja stała się faktem – Chris Horner, w wieku 41 lat, został najstarszym od 1922 roku zwycięzcą wielkiego touru, bijąc rekord Firmina Lambota, ówczesnego zwycięzcy Tour de France. Jeśli interesuje Państwa przebieg tamtejszej historycznej Vuelty z perspektywy jej zwycięzcy, gorąco polecam obejrzeć materiał na kanale Chrisa Hornera, który znajduje się poniżej. 

Zbyt piękne, żeby było prawdą? 

Zwycięstwo Amerykanina odbiło się szerokim echem w kolarskim świecie – dla jednych była to piękna historia o walce do samego końca, dla drugich konspiracja, ajakże, związana z dopingiem. Warto pamiętać, że wówczas nadal świeżym tematem był wywiad Lance’a Armstronga, w którym przyznał się do stosowania nielegalnych substancji. Teorii o rzekomym stosowaniu dopingu przez Hornera pomagał fakt, że nie stawił się na obowiązkową kontrolę po zakończeniu ostatniego etapu hiszpańskiego wielkiego touru. Horner również wielokrotnie umywał ręce w kwestii znajomości z Armstrongiem i Johanem Bruyneelem, mówiąc, że “nie widział nic podejrzanego”. Informacja o opuszczonej kontroli okazała się jednak błędem dziennikarzy, a sam kolarz również upublicznił wyniki swoich badań, które według niektórych, były conajmniej podejrzane. Opinie były bardzo podzielone, jednak Hornera nigdy nie spotkały żadne większe nieprzyjemności ze strony agencji antydopingowych co zdaje się potwierdzać jego niewinność. 

Historyczny wyczyn… i to tyle? 

Chris Horner z racji wieku nie był najbardziej pożądanym zawodnikiem na rynku transferowym w sezonie 2013. RadioShack – Leopard nie planowało przedłużać z nim kontraktu, on sam również długo nie otrzymywał żadnych satysfakcjonujących ofert. Sytuację w teorii miała poprawić sensacyjna wygrana w wielkim tourze, jednak przybyła ona wraz z masą kontrowersji. Wiele drużyn zwyczajnie bało się inwestować w taką tajemnicę, a już abstrahując od kwestii dopingu, co jeśli to zwycięstwo było jednorazowym wyskokiem? Wszyscy dobrze wiemy, że to właśnie Vuelta a España jest wyścigiem niespodzianek, które potem stają się wyjątkiem od reguły. Ostatecznie Amerykanin znalazł nową ekipę i wylądował w Lampre – Merida, drużynie, którą przede wszystkim możemy kojarzyć z Przemysławem Niemcem. Oficjalnie zawodnikiem włoskiej formacji został dopiero pod koniec stycznia 2014 roku. 

Pierwotnie największym celem tego sezonu miała być obrona tytułu na hiszpańskiej Vuelcie oraz start w Giro d’Italia. Aby dobrze się przygotować do ścigania na hiszpańskich trasach, Amerykanin na początku lutego wystartował w trzech klasykach – Trofeo Ses Salines, Trofeo Serra de Tramuntana i Trofeo Platja de Muro. W żadnym z nich jednak dużo nie zawojował, najwyżej finiszując w ostanim z wymienionych na 21. miejscu. Tuż po tym przyszedł czas na pierwszy zimowy sprawdzian, czyli start w Volta ao Algarve. Polakom bardzo dobrze kojarzy się ta edycja portugalskiej etapówki, gdyż finalnie wygrał ją Michał Kwiatkowski pokonując samego Alberto Contadora. Horner nie zaprezentował się tam najgorzej, zważając na fakt, że miesiąc wcześniej nie miał jeszcze nawet podpisanego kontraktu z żadną drużyną – finalnie zmagania zakończył na 8. miejscu w klasyfikacji generalnej, dwa razy meldując się w czołowej dziesiątce na etapach. 

Z dużą ciekawością kolarski świat patrzył na to, co będzie w stanie pokazać Horner na wyścigach etapowych rangi World Tour – to przecież właśnie w nich zazwyczaj Amerykanin osiągał swoje największe sukcesy. W połowie marca startuje w Tirreno – Adriatico, gdzie wpierw czujnie kręcił się w okolicy czołowej dziesiątki, jednak po piątym etapie wycofał się z wyścigu. Podobnie było w rozgrywanym tydzień po zakończeniu włoskiej etapówki Wyścigu Dookoła Katalonii – tam Horner pożegnał się z wyścigiem na trzecim etapie. Na jego nieszczęście sytuacja diametralnie się pogorszyła – podczas jednego z kwietniowych treningów do Giro d’Italia Amerykanin został potrącony przez samochód. Sprawca błyskawicznie uciekł z miejsca wypadku, a Horner wylądował w szpitalu z połamanymi żebrami i przebitym płucem. Wypadek jednoznacznie przekreślił szansę startu w włoskim wielkim tourze. Na szczęście, po około tygodniu udało mu się opuścić szpital i powoli szukać alternatyw na resztę sezonu. Wybór padł na Tour de France i żeby przyjechać na Wielką Pętlę w optymalnej formie wiekowy kolarz wrócił do ścigania pod koniec czerwca, gdzie wystartował w Tour de Slovenie. Jasnym jednak było, że jeszcze daleko mu do nawiązania do swoich sukcesów z Vuelty – wyścig, który nie miał jakiejś niesamowitej obsady ukończył na 14. miejscu. Horner do Francji nie wybierał się więc jako lider swojego zespołu, a za zadanie miał być jednym z głównych pomocników Rui Costy. Ówczesny mistrz świata nie należał do czołówki specjalistów od wielkich tourów, ale przy odrobinie szczęścia było go stać na dobry rezultat. Wyścigu ostatecznie nie ukończył, a bohater dzisiejszego tekstu również nie był postrachem peletonu w tamtej edycji Tour de France. Kilkukrotnie kończył etapy w drugiej dziesiątce, cały wyścig ukończył na 17. miejscu w klasyfikacji generalnej, ale szczerze, gdyby nie research na potrzeby tego artykułu, zapomniałbym, że tam startował. 

Horner w międzyczasie borykał się z innym problemem. Amerykanin chorował na przewlekłe zapalenia oskrzeli i być może to też było powodem jego słabszej dyspozycji w 2014 roku. Po dosyć anonimowym Tour de France i sezonie pełnym kłopotów ostatnia nadzieja leżała w, o ironio, hiszpańskiej Vuelcie. Apetyty kibiców mógł rozbudzić dobry występ w Tour of Utah, gdzie Horner ukończył zmagania na drugim miejscu meldując się w czołówce kilku etapów amerykańskiego wyścigu. Dlaczego więc obrońca tytułu Vuelta a España ostatecznie nie wystartował w hiszpańskim wielkim tourze? Powód jest dosyć wyjątkowy, zresztą jak chyba cała kariera Hornera. Lampre – Merida wycofała Amerykanina tuż przed wyścigiem z uwagi na zbyt niski poziom kortyzolu w organizmie. Wiązało się to z tym, że w trakcie leczenia choroby Chris mógł stosować leki na bazie kortyzonu (warto wspomnieć, że jest on uznawany za środek dopingujący) za specjalnym pozwoleniem UCI, a leki te powodują wyżej wspomniane obniżki. Ktoś by powiedział, w czym więc leżał problem? Włoska drużyna była częścią Ruchu na Rzecz Wiarygodnego Kolarstwa, której przepisy przewidują obowiązujące poziomy chociażby kortyzolu w organizmie. W komunikacie wystosowanym przez włoską drużynę jasno zaznaczono powody tej decyzji: 

Nawet jeśli Horner uzyskałby zgodę na start z punktu widzenia regulaminu UCI, ekipa jest zobowiązana przestrzegać reguł MPCC, organizacji do której wstąpiła całkowicie dobrowolnie 

– obwieściła w komunikacie Lampre – Merida. 

Amerykanin nie protestował i z pokorą przyjął taki stan sytuacji: 

Jest mi smutno. Miałem nadzieję powtórzyć sukces sprzed roku, Vuelta była dla mnie głównym celem w sezonie, ale akceptuję decyzję podjętą w myśl reguł MPCC 

– powiedział Chris Horner. 

Końcówkę sezonu spędził więc w Kanadzie ścigając się w klasykach w Quebecu i Montrealu. Ten pierwszy ukończył na 120. miejscu, w drugim zaś wycofał się w trakcie wyścigu.

Lampre – Merida zdecydowała się nie kontynuować współpracy z Amerykaninem po sezonie 2014. Oficjalnym powodem była wizja sponsorów drużyny, którzy chcieli postawić na kolarzy z azjatyckiego rynku, jednak zapewne swój wkład miał w to też czynnik sportowy i wiek kolarza. Ostatnie lata kariery Horner spędził na walce z chorobą oraz ściganiem się w amerykańskich drużynach kontynentalnych. W 2015 startował w barwach Airgas Safeway Cycling, rok później reprezentował Lupus Racing Team. Uciążliwe problemy ze zdrowiem groziły kontynuacji jego kariery, jednak w 2018 udało mu się jeszcze pojawić na chwilę w Team Illuminate, w barwach którego wystartował między innymi w Sibiu Cycling Tour. Horner to zawodnik, o którego historii można by było napisać książkę i co by nie mówić, istotna część amerykańskiego kolarstwa. Dzisiaj zajmuje się pracą w mediach rozwijając swój kanał na YouTube, który mogę polecić każdemu kibicowi kolarstwa.  

Poprzedni artykułNaszosowe podsumowanie sezonu 2024: Arkéa – B&B Hotels
Następny artykułUtalentowany Australijczyk w EF Education-EasyPost
Stanisław Beciński
Pasjonat wszystkiego co amerykańskie, włącznie z kolarstwem. Wielki kibic Alberto Contadora, choć marzeń by powtórzyć sukcesy idola nie udało się zrealizować. Prywatnie student politologii na Uniwersytecie Jagiellońskim.
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
reko
reko

Pamiętam jak Nibali powiedział wtedy, że nie wierzy że da się podjechać Angrilu w stójce, Chris podjechał i wsadzil mu jeszcze prawie pół minuty….