fot. Instagram / Joao Almeida

Zanim João Almeida wypracował sobie pozycję jednego z najbardziej regularnych grandtourowców w peletonie, musiał wydostać się z portugalskiego bagienka. Trampoliną do dalszej kariery na najwyższym poziomie była dla niego ekipa… zarejestrowana w Bułgarii.

Kolarstwo w słonecznej Portugalii ma dwa oblicza. Jednym z nich jest ceniona etapówka Volta ao Algarve, w której co roku rywalizując najlepsi zawodnicy świata, a także dająca się lubić jazda portugalskich zawodników, na czele z doświadczonym Rui Costą, walecznym João Almeidą, aktywnym i utalentowanym Antonio Morgado czy szukającym szczęścia w odważnych szarżach Rubenem Guerreiro.

Druga strona to oczywiście liczne skandale dopingowe, upadające drużyny, jak chociażby W52 / FC Porto, skreślani zwycięzcy lokalnych wyścigów i cała rzesza zawieszonych zawodników. Nic dziwnego, że 18-letni João Almeida po zdobyciu podwójnego mistrzostwa kraju myślał o tym, by wyrwać się z tego bagna. Chciał zbudować swoją markę za granicą, by nie przylepiła się do niego żadna dopingowa łatka, o czym wspominał kilka lat później.

— W portugalskim kolarstwie jest dużo chaosu. Na szczęście gdy byłem w juniorskich drużynach, miałem trenerów z dobrym podejściem, a moim celem było jak najszybsze opuszczenie Portugalii. Zrobiłem to w pierwszym roku kategorii młodzieżowej

— mówił w rozmowie z magazynem Rouleur.

— Myślę, że wyrobiłem sobie markę poza Portugalią — ludzie znają mnie z World Touru. Jestem Portugalczykiem, ale flaga przy moim nazwisku nie sprawia, że jestem kojarzony z tym chaosem. Dla młodych kolarzy powiązanie z tym może być problemem

— dodał najlepszy portugalski kolarz, pieszczotliwie określając dopingowe środowisko na zachodzie Półwyspu Iberyjskiego.

Ucieczka z Portugalii wydawała się oczywista, ale kierunek, w którym w 2017 roku udał się młody João Almeida wcale taki nie był. Bułgarska ekipa nie brzmi bowiem na idealne środowisko rozwoju dla młodego zawodnika, chociaż będąc bardziej precyzyjnym, była to włoska drużyna z bułgarską flagą przy nazwie.

Zespół nazywał się Unieuro Trevigiani — Hemus 1896 i był kierowany przez Ettore Renato Barziego, a głównym dyrektorem sportowym był Marco Milesi, obecnie zarządzający ekipą Biesse — Carrera, w której jeździ Polak Filip Gruszczyński.

Połączenie uznanej włoskiej marki z bułgarskim Hemus 1896 było efektem współpracy ekipy z bułgarską federacją, kierowaną przez Todora Koleva. W składzie przeważali Bułgarzy, których było sześciu, ale był to międzynarodowy mix. Poza Portugalczykiem Almeidą, znaleźli się w nim także Marokańczyk, Argentyńczyk, Kostarykańczyk, Uzbek i Chilijczyk.

Włoskie kierownictwo gwarantowało ekipie prestiżowe starty w lokalnych wyścigach, czyniąc ją dobrym środowiskiem do rozwoju. Zawodnicy Unieuro Trevigiani — Hemus 1896 brali udział we włoskich klasykach rangi HC, jak Tre Valli Varesine, Trofeo Laigueglia czy Giro dell’Emilia, a także w młodzieżowym Giro d’Italia.

W każdym z nich brał udział João Almeida — wtedy młody portugalski talent, przyzwyczajający się dopiero do życia zawodowego kolarza.

Mimo że w większości wyścigów elity Almeida nie błyszczał, odnalazł swoją niszę w bardziej egzotycznych wyścigach. Pierwsze zwycięstwo nadeszło dość szybko, bo w kwietniu.

— W Tour of Mersin powiedziałem mu: „ten etap jest dla ciebie, wygrasz”. Gdy dotarłem na metę po tej męczarni, zobaczyłem, że João wygrał

— wspominał po latach na łamach BTT Lobo jego zespołowy kolega z Unieuro Trevigiani — Hemus 1896, Jose Daniel Viejo. Hiszpan odegrał w życiu Portugalczyka istotną rolę — razem spędzili pierwszy rok poza domem.

— To było dla nas ciężkie, ale daliśmy radę. Mieliśmy bardzo dobrą relację. Spędzaliśmy cały czas razem, nawzajem się wspierając

— dodał.

Tymczasem młody Almeida rozwijał skrzydła. Świetnie poradził sobie w Toscana Terra di Ciclismo Eroica, młodzieżowym wyścigu z odcinkami szutrowymi. Wygrał tam drugi etap, a w „generalce” był czwarty.

— Nie spodziewałem się, że będę mógł wygrać tak skomplikowany etap. Kluczem było dobre pozycjonowanie na sektorach szutrowych

— komentował wtedy Almeida.

Kolejne, ostatnie zwycięstwo Portugalczyka w barwach bułgarskiej ekipy nadeszło w Tour of Ukraine. Na szosach Kijowa wygrał… finisz z peletonu, pokonując chociażby Emiilsa Liepinsa.

Nie można powiedzieć, że sezon 2017 był przełomowy dla João Almeidy, ale z pewnością zawdzięcza włosko-bułgarskiej drużynie dalsze losy swojej kariery. Wykorzystał daną mu szansę i i pokazał swój talent.

— Był bardzo skromny, z ambicjami na wygrywanie, ale jednocześnie trochę przestraszony, Wiedział, na co go stać. Można to zobaczyć, gdy ktoś jest naprawdę dobry

— wspominał Jose Daniel Viejo.

Został zauważony przez Axela Merckxa, u boku którego spędził kolejne dwa lata w Hagens Berman Axeon. Reszta jest już historią. João Almeida wyrósł na znakomitego zawodnika, a flaga przy jego nazwisku rzeczywiście nie kojarzy się z dopingowym środowiskiem portugalskiego kolarstwa.

Poprzedni artykułMichał Pomorski na dłużej w Mazowsze Serce Polski
Następny artykułTygodniówka #43 | Co tam w polskim kolarstwie kontynentalnym?
Kacper Krawczyk
Szukam ciekawych historii w wyścigach, które większość uważa za nieciekawe.
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze