fot. Wiki Commons

Przyzwyczailiście się do tego, że o Merckxie pisze się w samych superlatywach? Dziś będzie trochę inaczej, ponieważ przypomnimy być może najgorszy czas w karierze słynnego Belga. Chodzi o jego przygodę z C&A, która trwała… raptem kilka tygodni!

Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść – kto wie, czy Perfect pisząc swój utwór “Niepokonani”, nie myślał również o Eddym Merckxie. Przełom 1977 i 1978 roku – okres, w którym, według Wikipedii, oni notowali swoje pierwsze sceniczne występy, był dla Merckxa czasem kolarskiego końca. Wyjątkowo bolesnego kolarskiego końca. Na szosie jego lata świetności minęły bezpowrotnie, a ostatnie tygodnie roku 1977 były dla niego chyba jeszcze gorsze niż czas, gdy sezon trwał w najlepsze. 

Owszem, tamten sezon był dla niego, jak na jego standardy, bardzo nieudany. Już 6. miejsce w Tour de France mogło być sporym rozczarowaniem dla kogoś, kto wygrał ten wyścig już pięciokrotnie, a w wywiadach wielokrotnie odgrażał się, że zaraz zrobi to po raz szósty. Problem w tym, że był to jeden z jego najlepszych występów w sezonie. Z drugiej strony, Merckx robił to, co kochał – ścigał się i, patrząc obiektywnie, wciąż robił to całkiem dobrze – nawet pomimo kiepskiej końcówki sezonu*. A później nadszedł nieszczęsny październik. Ściganie się skończyło i Merckx boleśnie przekonał się o tym, że jego pozycja na rynku zdecydowanie osłabła.

*33. miejsce na mistrzostwach świata w Wenezueli, 35. miejsce w Kampioenschap van Vlaanderen, 2. miejsce w Grand Prix d’Isbergues, nieukończone Paryż-Bruksela i wreszcie 38. pozycja w Paryż-Tours
Fiat odjeżdża

Już na samym początku miesiąca okazało się, że Fiat – dotychczasowy pracodawca Merckxa, nie zamierza już dłużej utrzymywać jego wraz z przybocznymi. – Eddy Merckx odchodzi z Fiata – krzyczy nagłówek La Stampy z 2 października 1977 roku. Według włoskiej gazety, główną przyczyną braku porozumienia pomiędzy niedawnym “Kanibalem”, a jego dotychczasową ekipą, był fakt, że tym razem ekipa postanowiła zmarginalizować jego wpływ na kalendarz startów.

Program Merckxa nie pokrywa się z programem Fiata – wypowiadał się na łamach gazety prezes grupy – Lorenzo Cesari, zaś dyrektor sportowy – słynny Raphael Geminiani dopowiadał – Będziemy teraz francuskim zespołem, więc zamierzamy jeździć przede wszystkim we francuskich wyścigach. Tymczasem Merckx chce wystartować i w Tour de France, i w Giro d’Italia, do minimum ograniczając swoje starty w klasykach.

Wiele wskazuje jednak na to, że Geminiani i Cesari robili jedynie dobrą minę do złej gry. Patrząc na skład i kalendarz ekipy, dość łatwo dojść do wniosku, że po prostu nie stać ich było na Merckxa i nie zakontraktowaliby go nawet gdyby był w formie z lat 1968-1975. W Fiat France, w który zmieniła się ekipa po sezonie 1977, próżno bowiem szukać wielkich gwiazd. Zresztą, wystarczy spojrzeć na ich wyniki po pozbyciu się Merckxa – na przestrzeni całego 1978 francuska ekipa odniosła zaledwie dwa nieistotne zwycięstwa, zaś jej najlepszy kolarz zajął w Tour de France 23. miejsce.

Trudna sztuka pogodzenia się z rzeczywistością

Tak czy inaczej, konieczność opuszczenia Fiata była dla niego sporym problemem, nawet jeśli w swoim życiu przeżył już choćby upadek Faemy – spadł wówczas na cztery łapy i jako wielka gwiazda przeszedł do Molteni. Niestety teraz o podobny scenariusz było zdecydowanie trudniej. Merckx był zawodnikiem dużo starszym i mniej znaczącym, nawet jeśli sam nie chciał się z tym pogodzić. Kolejne dwa miesiące spędził bowiem, jeśli wierzyć doniesieniom La Stampy, jeżdżąc po całej Europie i przekonując kolejne firmy do zasponsorowania jego nowej ekipy.

Niestety, nie było to łatwe zadanie, tym bardziej, że Merckx razem ze sobą chciał zabrać cały swój dwór, z kilkunastoma pomocnikami na czele. Nawet mimo wielkiej przeszłości, znalezienie nowego pracodawcy było w tej sytuacji niemal niemożliwe. 

Dopiero pod koniec listopada w prasie ukazała się informacja, że oto Merckxowi udało się znaleźć chętnego. Chęć zasponsorowania merckxowej paczki wyraził Wilkinson – firma produkująca żyletki. Do umowy miał przekonać ich Rudi Altig, przyjaciel Merckxa, który w nowym tworze miał być dyrektorem sportowym. Zaznaczył jednak, że nic nie będzie już dla “Kanibala” takie jak dawniej. Gdy dziennikarz zacytował przy nim wypowiedź Eddy’ego Merckxa, w której ten zapowiadał, że odpuści wiosenne klasyki, spotkał się z natychmiastową kontrą: 

Oj, nie nie nie. Nie Eddy będzie o tym decydował. Na pewno musi wystartować w Mediolan-San Remo! On niech zajmie się trenowaniem, ja zajmę się układaniem kalendarza. I biada mu, jeśli postanowi w styczniu wystartować w jakichś zawodach!

Wtedy jeszcze wszystko wskazywało na to, że mimo oporów, Merckx postanowił zaakceptować tamte trudne warunki, do których zdążył odzwyczaić się w okresie długoletniej hossy. Tyle że 23 grudnia okazało się, że z umowy nici. Fakt, że wszystko wydarzyło się w przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia, dziennikarze La Stampy wykorzystali bezlitośnie:

 – Podczas gdy Francesco Moser wsiadł dziś na osła w czerwonym stroju z czapeczką i rozdawał dzieciom cukierki, Eddy Merckx postanowił poszukać swojego Świętego Mikołaja. Tylko że bardziej hojnego! Takiego, który zamiast panettone i gianduiotti zaoferuje mu czek na ponad miliard!

Nie wiadomo, co dokładnie się wydarzyło. Przytoczyłem tu tylko fragment artykułu, który ukazał się wtedy we włoskiej prasie. Z jego całości wynika natomiast, że swoje oczekiwania zmienił Merckx. Inną wersję możemy spotkać w książce Daniela Friebego pt. “Kanibal” gdzie czytamy, że to Wilkinson w ostatniej chwili wystawił najlepszego kolarza wszechczasów. Tak czy inaczej, jedno jest pewne. W przededniu nowego roku najlepszy kolarz w historii wciąż nie miał kontraktu na przyszły sezon.

Ten, z którego się śmieją

Jak być może zdołałeś już drogi czytelniku zauważyć wyżej, dziennikarze, którzy wcześniej tak często wychwalali Merckxa za jego zwycięstwa, teraz regularnie go wyśmiewali. A sam Merckx powody ku temu dawał regularnie. Choćby wtedy, jak odgrażał się: 

Nikt mnie nie chce? W porządku! Naprawdę w ogóle się tym nie przejmuję! W takim razie sam założę swój własny zespół, który nazwę Merckx!

Jak możecie się domyślać, zespół Merckx nigdy nie powstał, choć Belg jeszcze przez wiele tygodni nie mógł znaleźć nowego zespołu. A w oczekiwaniu na nowego pracodawcę, jak zwykle zresztą, brał udział w torowych sześciodniówkach, które we wcześniejszych latach przynosiły mu kolosalne dochody. Niestety, także tutaj miało okazać się, że Merckx nie jest tym samym kolarzem, co kiedyś. 

Gdy podał kwotę, jaką życzyłby sobie otrzymać za start, wszyscy wiedzieli, że jest ona absolutnie nierealna. Nawet Patrick Sercu – jego madisonowy partner, od razu odwrócił się do niego plecami i zaoferował wspólny start Giuseppe Saronniemu 

– czytamy na łamach włoskiej gazety.

Jej dziennikarz zauważył także, że Merckx zażyczył sobie zdecydowanie więcej nawet od ulubieńca lombardzkiej publiczności – Felice Gimondiego i gwiazdy włoskiego kolarstwa – Francesco Mosera. I że żądane przez niego stawki zupełnie nie odpowiadały filozofii wydarzenia, którego organizatorzy zdecydowanie obniżyli ceny biletów, by przyciągnąć młodszych kibiców.

Krótki lot

Tamten czas był dla Merckxa wyjątkowo upokarzający, tym bardziej, że przez cały sezon 1977 powtarzał, że w październiku na dobre porzuca kolarstwo. Tymczasem październik przeminął już dawno, a on wciąż rozpaczliwie szukał nowego zespołu – nie był ani pierwszym, ani ostatnim zawodnikiem zapadającym na chorobę, którą można nazwać po prostu uzależnieniem od kolarstwa. I jak to uzależniony, w końcu znalazł sposób, by dostać swój ulubiony stymulant.

W końcu bowiem znalazła się firma gotowa pokryć przynajmniej część jego wymagań – niemiecka firma odzieżowa C&A, z której przedstawicielami spotkał się podczas meczu belgijskiej ligi piłkarskiej Standard Liege–Anderlecht Bruksela. Na stołku dyrektorskim zasiedli przyjaciele Merckxa – Rudi Altig i Jos Huysmans, zaś w składzie było aż szesnastu Belgów, w tym duża część tych, na zatrudnieniu których tak bardzo zależało wcześniej „Kanibalowi”. Trzeba było czekać aż do 25 stycznia, ale, przynajmniej z perspektywy Merckxa, było warto. Cel został osiągnięty, prawda?

No właśnie niezupełnie, ponieważ “Kanibal” nie był gotowy na powrót do ścigania. Ostatnie dni najlepszego kolarza w historii jako aktywnego zawodnika dość ciekawie opisuje przytaczana już tutaj książka “Kanibal”. Najpierw był trening, podczas którego Joseph Bruyere usłyszał od swojego lidera, że ten ma już wszystkiego dość. Potem były kolejne opuszczone wyścigi – m.in. Omloop Het Volk [dziś Omloop Het Nieuwsblad] i Mediolan-San Remo. Były w końcu słowa Freddy’ego Maertensa: “Merckx jest już skończony, a jedyną osobą, która nie zdaje sobie z tego sprawy, jest prawdopodobnie on sam”. 

Dzień zero

Na to, by Merckx zrozumiał prawdziwość słów swojego rodaka, nie trzeba było długo czekać. To było 19 marca 1978, podczas wyścigu Omloop van het Waasland-Kemzeke. Już przed startem czuł, że jego czas powoli się kończy. Jego soigneur – Pierre De Witte usłyszał wówczas od niego: “To będzie ostatni wyścig”. Do mety dojechał na 12. miejscu, z 10-sekundową stratą do zwycięzcy – Fransa Van Looya, który w czasach Molteni był jednym z mniej znaczących pomocników. Gdy De Witte podszedł do niego wtedy ze słowami – Nie było tak źle – od razu dostał szybką ripostę – Wiem co mówię. Ten był ostatni 

Jeśli wierzyć przytaczanej tutaj wielokrotnie książce Friebego, słowa nie złamał, choć wiele razy był blisko. Miał wystartować w Wyścigu Dookoła Belgii, ale dosłownie w ostatniej chwili wycofał się z imprezy, by pojechać na rodzinne wakacje. Na Tour de Romandie wybrał się tylko po to, by rozdać autografy w jednym ze sklepów C&A, a jako widz pokazał się jeszcze na GP de Wallonie.

Merckx nie był gotowy do ścigania – podobno wciąż odczuwał skutki zakażenia lokalnym wirusem podczas mistrzostw świata w Wenezueli. Do ścigania już nie wrócił. 18 maja, podczas specjalnej konferencji ogłosił, że problemy zdrowotne zmusiły go do zakończenia kariery.

To najboleśniejsza decyzja w całym moim życiu. Niestety, lekarze są zgodni. Wciąż nie mogę wrócić na szosę. Doskonale wiem, że w tej sytuacji nie mam szans przygotować się do Tour de France, mojego najważniejszego celu w całym sezonie, zatem decyzja o zakończeniu kariery wydaje się jedyną rozsądną, którą mogę w tym momencie podjąć.

– ogłosił ze smutkiem kolarz, który był już wtedy o osiem kilogramów cięższy niż w swoich najlepszych czasach.

Honor uratowany

Podpisanie kontraktu na zasponsorowanie ekipy “Kanibala” okazało się więc dla C&A sporą wtopą, choć nie aż tak dużą, jak mogłoby się wydawać. Honor swojego lidera, który drugą część sezonu spędził jako dyrektor generalny, uratował bowiem jego wieloletni przyboczny – Joseph Bruyere. Uwolniony z dobrze sobie znanej roli Belg mógł wreszcie pokazać pełen potencjał. Najpierw po raz drugi w karierze wygrał Liege-Bastogne-Liege, zaś niedługo później zajął 4. miejsce w Tour de France, a to tylko największe spośród jego osiągnięć z tamtego sezonu.

Błyszczał również Walter Planckaert – etapowy zwycięzca Tour de France, a swoje wiktorie dołożyli do ogólnego dorobku ekipy Jacques Martin, Guido Van Calster i Marcel Laurens. Zważywszy na to, że wyników nie dowoziła druga z gwiazd C&A – Lucien Van Impe, trzeba było przyznać: 9 zwycięstw, które udało się jej wówczas uzbierać, nie wyglądało wcale katastrofalnie.

Pieniędzy wydanych na “Kanibala” wraz ze świtą uzasadnić się tak jednak nie dało. Nic zatem dziwnego, że gdy tylko sezon się zakończył, ekipa, która powstała w zasadzie tylko dla Eddy’ego Merckxa, przestała istnieć.

Poprzedni artykułArnaud De Lie i Neve Bradbury orlikami roku zdaniem redakcji Naszosie.pl
Następny artykułPrzełajowy Puchar Polski 2024: Triumfy Zuzanny Krzystały i Brajana Świdra w Sławnie
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
M@o2.pl

Wg ProCycling Fiat 1977 i C&A to następcy Moltemi. Czy to było coś na kształt zmiany Lampre w UAE?