fot. UCI

Jeszcze nie tak dawno, kiedy Peter Sagan uchodził za piekielnie wszechstronnego zawodnika, wydawało się to niemożliwe. A jednak – doba epoka absolutnej specjalizacji (pewnie niebezpowrotnie) się zakończyła i stworzyła nowego “Kanibala”.

Nie ma książki sportowej, która zrobiłaby na mnie większe wrażenie niż: “Eddy Merckx. Kanibal” Daniela Friebego. Choć jej tłumaczenie jest momentami bardzo niedoskonałe, to całość opisuje kolarstwo przełomu lat 60. i 70. w tak barwny sposób, że nawet osoba urodzona wiele lat później jest w stanie się w nim nieodwołalnie zakochać. Zakochać i marzyć o tym, by kiedyś na własne oczy zobaczyć kolarza, którego geniusz przystawałby do tego prezentowanego niegdyś przez Eddy’ego Merckxa.

Gdy “Kanibale” wyginęli

Niestety, krajobraz kolarstwa z roku 2013, w którym książka została opublikowana, dość mocno odbiegał od tamtej rzeczywistości. Na finiszach dominowali kolarze pokroju Marka Cavendisha i Marcela Kittela – sprinterów, dla których zadaniem wyjątkowo trudnym (ale dla Cavendisha, w przeciwieństwie do Kittela wykonalnym) było ukończenie w głównej grupie Mediolan-San Remo. W górach wszyscy patrzyli na Chrisa Froome’a i Alberto Contadora, którzy przez całą karierę nigdy nie spojrzeli łaskawszym okiem nawet na Liege-Bastogne-Liege czy Il Lombardię.

Wyjątki od tej reguły się oczywiście zdarzały – na początku kariery na kogoś kto będzie w przyszłości do takich zaliczać, był typowany często nasz Michał Kwiatkowski. Zresztą, Peter Sagan nawet później pisał o nim w swojej biografii: “Trudno na świecie trudno wskazać wyścig, którego Michał nie byłby w stanie wygrać”. Tyle że dominujący pogląd brzmiał tak: “Następnego Merckxa nie będzie. Nie ma na to szans w dobie kolarstwa tak wyspecjalizowanego. Ten, kto chce być mocny wszędzie, na każdym polu będzie przegrywał z zawodnikami skupionymi na swojej dziedzinie”.

A jednak gdzieś w okolicach 2019 roku wszystko się zmieniło – nie, wcale nie za sprawą Pogačara, który właśnie podpisał swój pierwszy zawodowy kontrakt i błyszczał talentem głównie w wyścigach wieloetapowych. O tym, na jak wielu różnych polach można wygrywać przekonywał Julian Alaphilippe – czarujący w klasykach różnego rodzaju, na czasówkach i górskich etapach Tour de France, a nawet potrafiący ograć na finiszu Elię Vivianiego, Petera Sagana i Davide Cimolaia (więcej o tamtym sezonie Alaphilippe’a nie będę tu pisał – zrobiłem to już kilka dni temu). A nieco w jego cieniu swój pierwszy sezon w worldtourowym peletonie zaliczył też Wout van Aert, który w kolejnych latach poza zdobywaniem medali w jeździe indywidualnej na czas, walką z Van der Poelem w klasykach i ze sprinterami na finiszach potrafił wygrać etap z dwoma podjazdami pod Mont Ventoux.

O nich wiadomo było jednak, że następnymi “Kanibalami” nie zostaną. Po pierwsze – byli już zbyt starzy, by oczekiwać od nich spektakularnego rozwoju w poszczególnych specjalnościach. Po drugie – ich ówczesne umiejętności nie pozwalały ich nazwać dominatorami w żadnej z dziedzin. Po trzecie – poza ich zasięgiem było wygrywanie wielkich tourów, bez czego trudno stać się „Kanibalem”.

Ci, którzy lubią twardo stąpać po ziemi, powiedzieliby, że byli symbolem zmieniających się czasów – takich, w których kolarzom wszechstronnym jest zdecydowanie łatwiej. Ci, którzy lubią porównania bardziej wzniosłe powiedzieliby: to Janowie Chrzciciele, zapowiadający nadejście Tadeja Pogačara – kolarskiego Mesjasza.

Droga do kanibalizmu

Zaczęło się w 2020 roku, gdy Pogačar jako zaledwie 21-letni zawodnik wygrał Tour de France. Już wtedy było wiadomo, że kolarstwu trafił się olbrzymi talent – przed Słoweńcem był tylko jeden zawodnik, który dokonał tego wyczynu będąc młodszym. Nazywał się Henri Cornet i dokonał tego 116 lat wcześniej, gdy kolarstwo dopiero raczkowało. W dodatku wygrał tylko dlatego, że czterech pierwszych zawodników (i przedwyścigowych faworytów) wykluczono za przejechanie części trasy w samochodach lub pociągach.

Zwycięstwo Pogačara było o wiele bardziej spektakularne. Przypieczętował je przecież podczas górskiej czasówki prowadzącej na La Planche des Belles Filles, pokonując najlepszego wówczas kolarza świata – Primoža Rogliča, uchodzącego jednocześnie za kapitalnego czasowca. Starszego rodaka – będącego przy okazji bardzo dynamicznym kolarzem pokonywał również wcześniej na górskich finiszach.

Te ostatnie wprawdzie w “generalce” nie dawały mu wiele, ale za to wiele pokazywały. Pokazywały, że jak na górala jest bardzo wszechstronny – kto wie, być może bardziej, niż Alberto Contador i Chris Froome w swoich najlepszych latach. Zresztą, nie minęło kilka tygodni, a on już tę tezę uprawdopodobnił, zajmując 9. miejsce w Strzale Walońskiej i 3. w Liege-Bastogne-Liege. A w tym ostatnim wyścigu mogłoby mu pójść jeszcze lepiej. Pamiętacie tamten “ikoniczny” finisz Juliana Alaphilippe’a z tamtej „Staruszki?* To “Pogi” był tym kolarzem, któremu “D’Artagnan” zajechał drogę.

Być może był góralem kompletnym, ale na pewno nie “Kanibalem”. Do kanibalistycznego repertuaru jeszcze sporo mu brakowało, ale stopniowo dodawał do niego kolejne elementy. Już w kolejnym roku wygrał Liege-Bastogne-Liege po finiszu z Julianem Alaphilippem i Alejandro Valverde, a na igrzyskach olimpijskich w Tokio przegrał sprint o srebro tylko z Woutem van Aertem – i to zaledwie o włos. 

Miał już szybkość niemal godną “Kanibala”. A zaczynał pokazywać również godną go spektakularność. Pierwsze jej przebłyski można było dostrzec już na ostatnim górskim etapie Vuelta a Espana 2019, gdzie 40-kilometrowy samotny atak zapewnił mu trzecie miejsce w “generalce”. Jeszcze większe wrażenie robiło to, co dwa lata później zrobił na Tour de France – tam zaatakował na 30 km przed metą, na przedostatnim podjeździe i jadąc samotnie mijał jak tyczki kolejnych uciekinierów. Etapu nie wygrał, ale na mecie 5-minutowa przewaga najlepszego z harcowników zamieniła się w 49 sekund. Strata peletonu do szalonego Słoweńca wyniosła zaś w Grand Bornard ponad trzy minuty.

Na drodze, której kres znajdował się na przystanku “Kanibalizm”, znalazł się jednak paradoksalnie dopiero w 2022 roku – pod względem wynikowym najgorszym w całej karierze. To właśnie wtedy przeprowadził swój pierwszy spektakularny atak na Strade Bianche. Wtedy również zadebiutował z kapitalnym skutkiem w Ronde van Vlaanderen – zajął 4. miejsce, wcześniej prawie gubiąc Mathieu van der Poela na Paterbergu. Wtedy było już wiadomo – Pogačar nie jest już tylko kompletnym góralem. On jest po prostu kolarzem kompletnym. Brakowało mu już tylko skuteczności. W klasykach lepszy był od niego Mathieu van der Poel, a w Tour de France – Jonas Vingegaard. “Pogi” niebezpiecznie zaczął przypominać nieco lepszego Wouta van Aerta, ale wiadomo było, że wystarczy odrobina szczęścia i delikatna poprawa w kilku aspektach, a będzie w stanie wygrywać wszędzie.

*Jadący w tęczowej koszulce Francuz podniósł ręce w geście zwycięstwa jeszcze przed kreską i w ostatniej chwili został wyprzedzony przez Primoža Rogliča. Swoją “wygraną” nacieszył się więc wyjątkowo krótko. Tylko nieco dłużej cieszył się z drugiego miejsca – z powodu nieprzepisowego zachowania na finiszu został sklasyfikowany na ostatnim miejscu w czołowej grupie.
Lepszy niż “Kanibal”

I tu dochodzimy do chwili obecnej. Swoim pierwszym wielkim triumfem na bruku Tadej Pogačar może się chwalić już od ponad roku. Wtedy, w kwietniu 2023 roku w bezpośrednim pojedynku ograł Mathieu van der Poela i wygrał Ronde van Vlaanderen. W tym sezonie mógł więc skupić się na innych celach, bardziej pasujących do jego podstawowej charakterystyki i efekty są porażające. 

Sięgnął po potrójną koronę, wygrywając Giro d’Italia, Tour de France i mistrzostwo świata w jednym sezonie – wcześniej udawało się to tylko dwóm kolarzom – Stephenowi Roche’owi i Eddy’emu Merckxowi. Tylko że gdy przyjrzymy się dokonaniom tej dwójki bliżej (właściwie po części zrobiłem to już TUTAJ), to okaże się, że żaden z nich nie zdominował swojego trypletowego sezonu tak, jak teraz Pogačar. I jest na to wiele dowodów:

  • Tylko Pogačar do potrójnej korony dołożył także zwycięstwo w monumencie. Nie potrzebuje do tego nawet wygrania w październiku po raz czwarty z rzędu Il Lombardia. Już wiosną wygrał Liege-Bastogne-Liege. Nie udało się to ani Stephenowi Roche’owi, ani Eddy’emu Merckxowi. Roche nigdy nie był kolarzem na monumenty, a 2. miejsce w L-B-L 1987 było jego najlepszym wynikiem w wyścigach tego typu. Merckx monumenty wygrywał seryjnie, ale w 1974 roku z powodu choroby całą wiosnę miał bardzo słabą i nie wygrał ani jednego z nich.
  • Cała trójka wygrała po jednym wyścigu zaliczanym do siedmiu najważniejszych “tygodniówek”. Stephen Roche wygrał Tour de Romandie, Eddy Merckx – Tour de Suisse, zaś Tadej Pogačar – Volta a Catalunya. W najbardziej spektakularny sposób zrobił to jednak ten ostatni. Wygrał 4 z 7 etapów wyścigu, a jego przewaga w klasyfikacji generalnej to 3:41. Jego poprzednicy wygrywali odpowiednio 1 i 2 etapy, a ich przewaga nad drugim kolarzem “generalki” oscylowała wokół 1 minuty 
  • Tadej Pogačar wciąż ma szansę nawet na wyrównanie sumy zwycięstw Eddy’ego Merckxa w sezonie 1974. Choć Merckxowi regularnie zdarzały się sezony, w których wygrywał ponad 30 razy, to akurat ten do takich nie należał. W efekcie zakończył sezon z 25 zwycięstwami. Pogačar ma 23, a czekają go jeszcze prawdopodobnie 3 starty. Teoretycznie na tym polu z Merckxem na razie przegrywa. Tyle że wtedy kolarze startowali zdecydowanie częściej niż dziś, co sprawia, że to tegoroczny wynik Słoweńca imponuje bardziej. Odsetek zwycięstw już ma zdecydowanie wyższy (42%) niż Merckx wtedy (25%). Planuje jeszcze trzy starty – jeśli wygra wszystkie, przebije osiągnięcia “Kanibala” z jego najlepszego pod tym względem sezonu. Obaj zdecydowanie wygrywają pod tym względem ze Stephenem Rochem, który w 1987 miał 12 zwycięstw*.
  • Tadej Pogačar wygrał w tym roku 12 etapów wielkich tourów – Merckx w 1974 miał ich 11. Z drugiej strony, w bardziej prestiżowym z nich – Tour de France, wygrał aż 8 z nich (Pogačar tylko 6). W Tour de France 1974 nie wystartowali jednak: Joop Zoetemelk, Luis Ocana i Felice Gimondi. Pogačar wygrał najlepiej obsadzony Tour de France od lat.**
  • Ani Roche, ani Eddy Merckx nie wygrali Mistrzostw Świata po tak spektakularnej szarży. Roche wygrał po ataku w końcówce – Merckx po finiszu z Raymondem Poulidorem. Historii wygranej Pogačara nie muszę Wam chyba przypominać, prawda?
*Dane PCS, zawierają wszystkie najważniejsze wyniki, jednak są niekompletne. Przy niektórych wyścigach brakuje kolarzy, którzy zajęli dalsze miejsca. Strona pomija także część mało istotnych wyścigów. Możliwe zatem, że uMerckxa brakuje kilku mniej istotnych zwycięstw i niższych miejsc w wyścigach o średnim znaczeniu (wyniki części wygranych przez Merckxa imprez zawierają np. wyłącznie pierwszą “10”). Wiemy na pewno, że brakuje pełnych wyników kilku pojedynczych etapów niektórych wyścigów, które Merckx ukończył, ale na dalszym miejscu  – oczywiście uwzględniłem je w wyliczeniach. Dodatkowo, warto zaznaczyć, że “starty” to nie to samo, co “dni startowe” – nie za czasów Merckxa, gdy niekiedy jednego dnia odbywało się kilka podetapów.
**Tour de France też miało więcej etapów niż dziś. W 1974 roku kolarze mieli tam aż 27 okazji na odniesienie etapowego zwycięstwa.
Namaszczony przez “Kanibala”

Wiele mówi także wypowiedź samego Eddy’ego Merckxa – On już jest lepszy ode mnie. To oczywiste. Zacząłem tak trochę myśleć, gdy zobaczyłem, co robił podczas ostatniego Tour de France. Teraz nie mam już żadnych wątpliwości – przyznał po zobaczeniu występu Pogačara z Zurychu w rozmowie z L’Equipe. 

Takie słowa z ust kolarza, który do niedawna mógł być uważany za niemożliwego do pobicia mistrza muszą robić wrażenie, tym bardziej, że nie brzmią jak standardowa, kurtuazyjna formułka. Być może Pogačar od Merckxa jest lepszy w taki sposób, jak według niektórych Ronaldinho od Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo – gdy spojrzy się na najlepszy moment w karierze. 

Przy tym wszystkim warto jednak pamiętać, że Merckx na kosmicznym poziomie, osiągniętym przez Pogačara dopiero niedawno, przejechał kilka sezonów. Patrząc na całokształt kariery, Pogačarowi wciąż brakuje do niego jeszcze bardzo dużo. Ma jednak dopiero 26 lat i przed sobą jeszcze wiele wyścigów. A ten sezon sprawił, że jego pogoń za “Kanibalem”, o której pisałem już rok temu, trwa w najlepsze i nie jest bynajmniej skazana na porażkę. To jest już jednak materiał na osobny tekst, który najpewniej pojawi się tuż po zakończeniu Il Lombardia – jego ostatniego wielkiego celu w tym sezonie.

Poprzedni artykułTrzech kandydatów na Prezesa Polskiego Związku Kolarskiego
Następny artykułMistrz świata do lat 23 kolarzem Team Visma | Lease a Bike
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
12 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Miko
Miko

Nie da się czytać? To po co czytacie? Mi się tekst podobał!

reko
reko

z palcem w d… mógł jeszcze po drodze vuelte ogolić…to bylby dopiero sezon.

Arder
Arder

Trzeba tez zwrocic uwage o ile teraz sport jest bardziej profesjonalny i zawodnicy sa na duzo wyzszym poziomie niz te 40-50 lat temu. W tej erze sportu o dominacje jest o wiele ciezej.

Adam
Adam

Super tekst. Szkoda, że nie ma już podcastów.

Alek
Alek

Ja bym bardziej patrzył na Nibalego, niż frooma i contadora, oni jeździli typowo etapy a nibalj potrafił dorzucić coś ekstra, chociaż na GT był od nich słabszy.
Patrząc na to wszystko tym bardziej trzeba docenić osiągnięcie jakim było dwukrotnie pokonanie Pogacara w tdf przez Jonasa, w tym. W. 22 pogi miał pełne przygotowania bez upadku.
Zobaczymy ile utrzyma taki top, sezon ciężki do powtórzenia a i inni mieli przygody. Odpuszczenie vuelty oznacza, że wiedział że może przegiąć i organizm mógłby nje wytrzymać, nawet jakby wygrał to mogłoby to dać znać o sobie w. Kolejnym sezonie
Zobaczymy

Piotrek
Piotrek

Jeszcze mógłby na księżyc lecieć na rowerze

Edi był kanibalem mamy nowego lepszego
Edi był kanibalem mamy nowego lepszego

Sama nazwa pogacar = car jest tylko jeden pogaczar

Wojciech
Wojciech

Na Armstronga też się spuszczali…

Wojciech
Wojciech

Armstronga też wynosili na ołtarze…

Hubert
Hubert

Merckx wygrywał koszulkę górala i sprintera. Pogacar z sprinterami nie ma szans.

DonaldT
DonaldT

Ktoś napisał, że obecnie sport jest na wyższym poziomie…owszem i zgadza się ale pokaz mi dziedzinę która jest na niższym poziomie niż czasy Merxa??
Obecnie sportowcy to głównie medycyna i liczby, komputery, sztuczna inteligencja…

I następny temat to dla miszcza pióra, który krytykuje haos w tekście…człowieku nie podoba się nie czytaj zapisz się do kółka poetyckiego …

Piotr
Piotr

Dobry tekst. Jak film sensacyjny, bez przestojów, są zwroty, akcja.
Ale też przez to nie łatwy dla nie obytych w czytaniu książek.
Yaro: to jak w sporcie – trzeba ćwiczyć 🙂