Po piątkowym madisonie Daria Pikulik miała nadzieję, że w omnium „szczęście będzie po jej stronie”. Nie wszystko układało się jednak po jej myśli. Drobne błędy w scratchu i sędziowski skandal w wyścigu eliminacyjnym kosztowały ją sporo punktów i do finałowej konkurencji nie przystąpiła na najlepszej pozycji. Żadnego szczęścia jednak tam nie potrzebowała. Sama wzięła sprawy w swoje nogi i pokazała, że była dziś zdecydowanie jedną z najlepszych zawodniczek na torze. Powiedzmy to głośno − DARIA PIKULIK SREBRNĄ MEDALISTKĄ IGRZYSK OLIMPIJSKICH W PARYŻU!
Paryskie igrzyska od początku były dla Polski symboliczne. Równo 100 lat temu w mieście światła Biało-Czerwoni zadebiutowali w tej imprezie, zdobywając zarazem pierwszy medal − srebrny. Wywalczyła go wtedy torowa drużyna. Teraz klamrą tę piękną historię i powrót do Paryża zamknęła Daria Pikulik, która wywalczyła tu ostatni medal dla Polski w tegorocznych igrzyskach. Również srebrny.
Medal Polki jest cenny jak każdy inny olimpijski krążek, ale dla kolarstwa torowego ma wyjątkowe znaczenie. Ostatni raz na podium stanęła tandemowa dwójka w Monachium w 1972 roku. Teraz tego samego dokonała Daria Pikulik. Od lat wiadomo, że reprezentantka Polski jest walczakiem, a dziś po raz kolejny tego dowiodła, nie poddając się po niepowodzeniach w scratchu i wyścigu eliminacyjnym. Była dziś najsilniejsza, ale ze srebrnego medalu cieszyła się jak ze złota, a łzy cieknące jej po policzkach nie były oznaką rozczarowania, a ogromnej radości.
Nie wszystko układało się jednak po jej myśli. Przed startem mówiła nam, że chce tylko, by tym razem szczęście było po jej stronie. Tak się nie stało − w scratchu została zablokowana i zajęła 14. miejsce, a w wyścigu eliminacyjnym przedwcześnie ogłoszono jej odpadnięcie, co całkowicie wybiło ją z rytmu. Do finałowej konkurencji − wyścigu punktowego − przystąpiła z takim nastawieniem, jakby jutra miało nie być. Napędzana sportową złością Polka pożerała kolejne okrążenia i punktowała na większości sprintów. Miała niespożyte zasoby energii, której przybywało z każdym kolejnym małym sukcesem.
− Trochę mnie to wybiło z rytmu. Jak to jest możliwe, że ze wszystkich zawodników akurat pomylono mnie. Powiedziałam sobie przed wyścigiem punktowym, że jak zawsze to szczęście nie jest po mojej stronie, ale to nie zmienia faktu, że dalej mam silne nogi i muszę odpalić na punktowym od startu. Sylwester Szmyd powiedział mi „jedziesz tak, jakby jutra miało nie być” i nie mam sobie nic do zarzucenia. Tak też chciałam pojechać
− mówiła po odebraniu srebrnego medalu Daria Pikulik. Polka do ostatniej chwili nie wiedziała jednak, że nadrobiła stratę z wcześniejszych konkurencji i jest w grze o drugie miejsce.
− Dopiero na 9 rund do końca spojrzałam na tablicę, bo wcześniej nie byłam świadoma. Ten medal jest spełnieniem marzeń, ale marzenia się spełnia − one same się nie spełniają. Jeszcze wszystko to, co przeszliśmy w tym roku. Ten medal wszystko wynagradza i tylko my, najbliżsi wiemy, jak ciężko było dojść do tego miejsca. Oczywiście medal dzielę na pół, też dla mojej siostry, bo ona na to zasługuje. Szkoda, że w madisonie nam nie wyszło, ale jestem bardzo dumna, że znowu razem udało nam się tu przyjechać znowu i moje trzecie igrzyska kończą się medalem
− dodała.
Wytrwałość i silne nogi przełamały fatum
Wcześniej prześladował ją pech. Zarówno w Rio de Janeiro, jak i w Tokio, gdzie kraksa w scratchu wyeliminowała ją z dalszej rywalizacji. Tam również była jedną z faworytek, ponieważ w 2020 roku wywalczyła brąz mistrzostw świata. Od tego czasu należała do światowej czołówki i tylko czekała na kolejny ogromny sukces. By go osiągnąć, potrzebna była nie tylko anielska cierpliwość, ale i ogromnego nakładu sił. Ciężkiej pracy i długich, wymagających przygotowań.
Nie obyło się bez przeszkód, w postaci problemów z finansowaniem polskiego kolarstwa, sprzętem − rowerami czy kombinezonami. Te drugie do naszych zawodniczek dotarły dopiero w przeddzień rywalizacji w madisonie. Przygotowań nie ułatwiła też kraksa w RideLondon Classique.
− Byłam po niej w ogromnym dołku, bo myślałam, że połamałam obojczyk, ale moje kości są twarde. Później badania, tydzień musiałam spuścić z tonu, żeby wszystko się zagoiło, bo był to bardzo duży ból i bałam się bardzo, jak w tym madisonie to będzie wyglądało, ale na szczęście wszystko było w porządku. Na tym nie skończyła się moja wiara, że mogę przyjechać tu w najlepszej dyspozycji i ten wyścig punktowy pokazał, że byłam tu najmocniejszą zawodniczką. Szkoda, że te wcześniejsze wyścigi nie ułożyły się tak, jak powinny, ale to też pokazuje, jak zmieniła się moja głowa i podejście, jaki zachowałam spokój przed wyścigiem punktowym. Mental też jest bardzo ważny i myślę, że mocno dojrzałam
− dodała Daria Pikulik, która po madisonie krytycznie odniosła się do sytuacji w polskim kolarstwie.
− Powiedziałam czystą prawdę i wszyscy kolarze stoją za mną. Powiedziałam trenerom, że teraz jedziemy sztafetą. Ja swoje powiedziałam, Mateusz zaczął, ja byłam druga, wy zrobicie coś z tym dalej i mam nadzieję, że coś się z tym zmieni
− mówiła medalistka igrzysk olimpijskich.
Impulsem do zmiany może być sukces Darii Pikulik. Medal zapewnił jej rewelacyjny wyścig punktowy, który reprezentantka Polski pojechała zdecydowanie najlepiej ze wszystkich zawodniczek. Imponowała aktywną jazdą od samego początku. Ktoś mógłby pomyśleć, że nie bierze pod uwagę długiego dystansu 80 okrążeń, jednak doskonale wiedziała, na co ją stać. Polka w pięknym stylu odwróciła losy omnium i uległa jedynie Amerykance Jennifer Valente.
− To był najpiękniejszy wyścig. Aż nie dowierzam, jak dzisiaj jechałam i co miałam w nogach. To oczywiście zasługa naszych trenerów, Sylwestra Szmyda i Grzegorza Ratajczyka. Dałam z siebie wszystko w przygotowaniach, były najcięższe w moim życiu, ale jak widać warto ciężko pracować. Mam nadzieję, że ten medal zmieni coś dla polskiego kolarstwa i niech to będzie apel do wszystkich. Polscy kolarze mogą robić medale olimpijskie, tylko po prostu potrzebują odpowiedniego wsparcia. To też zasługa mojej ekipy Human Powered Health, bo bez niej byłoby bardzo ciężko
− powiedziała Polka.
− Trener Artur Szarycz wczoraj do mnie zadzwonił i powiedział „pilnuj Valente, bo dla Stanów igrzyska to świętość”. Miał rację, co świadczy o tym, jaką głowę mają trenerzy. To też jest zasługa Darłowa i dziękuję im za to, jaką robią robotę. Mam nadzieję, że ktoś da im pieniądze na szkolenie młodzieży, bo to są wielcy ludzie z ogromną wiedzą
− mówiła Daria Pikulik, która dodała, że w Darłowie zebrali się jej bliscy i inni kibice, którzy wirtualnie wspierali ją w rywalizacji na welodromie. Na miejscu reprezentantkę Polski dopingowali natomiast rodzice.
− U mnie zawsze coś było na tej drodze, ale nie poddajemy się z siostrą. Zawsze wracamy, zawsze walczymy. Teraz czuję ogromną satysfakcję. To też zasługa naszych rodziców, którzy wychowali nas na waleczne dziewczyny i dziękuję im, że tu przyjechali i byli dzisiaj ze mną
− opisywała szczęśliwa Polka, która podczas wywiadów dziękowała trenerom, kibicom, najbliższym, siostrze, a także ekipie Human Powered Health, mającej spory wkład w jej sukces. Jutro w barwach amerykańskiej drużyny wystartuje w Tour de France Femmes, gdzie liczy na miejsce w czołowej piątce na sprinterskich etapach.
Bez względu na wynik, Polka ten sezon ma rozliczony. Dzisiejszym występem udowodniła, że jest jedną z najlepszych kolarek świata, ale także pokazała potencjał tej dyscypliny w Polsce. Jej sukces wlał w serca bijące kolarskim rytmem wiele radości, wzruszenia, ale też nadziei na lepsze jutro!
Z biało-czerwonego welodromu w Saint-Quentin-en-Yvelines dla Naszosie.pl, Kacper Krawczyk










Brawo! Na przekór malkontentom, którzy spisali kolarstwo w Polsce na straty. I niech Mini Ster pomyśli, że nie tylko piłka jest w świecie sportu.
Nitras ma „pomyśleć”? Chyba wymagasz od niego za wiele, lata „białego szaleństwa” zrobiły swoje.