Runda kolarstwa górskiego w Colline d’Elancourt jest jedną z najbardziej oddalonych od Paryża aren olimpijskich znajdujących się w aglomeracji stolicy Francji. Dla samej atmosfery warto było obejrzeć wyścig kobiet, a emocji również nie zabrakło.
Kilkanaście tysięcy kibiców udało się w niedzielę do Colline d’Elancourt. Większość fanów miała przy sobie trójkolorowe flagi i francuskie koszulki − było jasne, że wszyscy przyjechali tu dla Pauline Ferrand-Prevot, 18-krotnej mistrzyni świata w różnych dyscyplinach kolarskich, która nigdy nie stanęła na olimpijskim podium. W swoim „ostatnim tańcu” na rowerze górskim francuska mistrzyni miała przełamać klątwę igrzysk i zdobyć upragniony krążek.
Na to czekali też kibice, jednak czuli się też zobligowani, by dać zawodniczce coś od siebie. Na 2 godziny przed rozpoczęciem rywalizacji zaczęli wybierać najlepsze lokalizacje na trasie, by móc wspierać swoją idolkę. Ona sama również nie chciała zawieść fanów − w ostatnim czasie podporządkowała igrzyskom całe swoje przygotowania. Jeden z francuskich dziennikarzy na trybunie prasowej opowiadał, że Pauline Ferrand-Prevot odrzucała wszystkie prośby o wywiad, całkowicie odcinając się od mediów.
− Pracowałam z trenerem mentalnym od kilku miesięcy. Myślałam tylko o sobie, nie o innych
− mówiła.
Chciała mieć święty spokój, jednak na trasie na taki luksus nie mogła sobie pozwolić.
Tłum kibiców przez cały czas trwania wyścigu wyładowywał całą swoją energię wspierając swoją zawodniczkę. Ta natomiast stale dawała im powody do radości, choć po starcie nie zajmowała pierwszego miejsca. Bardzo mocno wystartowała Austriaczka Laura Stigger, ale szybko spadła na dalszą pozycję po tym, jak sprytnie wyprzedziła ją inna z faworytek gospodarzy − Loana Lecomte. Wraz z nią wyselekcjonowaną czołówkę utworzyły Puck Pieterse oraz Pauline Ferrand-Prevot.
Grupa rozpadła się na drugim okrążeniu, gdy mistrzyni świata odjechała rywalkom na jednym z zakrętów. Na przyspieszenie nie zareagowała żadna z rywalek, czego nie można powiedzieć o kibicach, żywiołowo skandujących imię Pauline. Z każdą kolejną przeszkodą, podjazdem, zakrętem Francuzka oddalała się od Lecomte i Pieterse, zbliżając się do upragnionego złotego medalu. Na trybunie prasowej dało słyszeć się opinie, że teraz tylko defekt lub kraksa może pozbawić ją zwycięstwa.
Ferrand-Prevot płynąca po pofalowanej trasie w Colline d’Elancourt była jednak uosobieniem perfekcji. Błędy popełniały inne zawodniczki, które których marzenia o złocie oddalały się wraz ze znikającą sylwetką Francuzki. Na drugiej pozycji umocniła się Puck Pieterse, a trzecia jechała Loana Lecomte. Choć przez rundę wydawało się, że taka sytuacja może utrzymać się do mety, co jeszcze bardziej uszczęśliwiłoby kibiców, walka o medale w drugiej części wyścigu stała się niezwykle zacięta.
Szanse medalowe Loany Lecomte zmniejszyły się, gdy dogoniły ją Jenny Rissveds i Laura Stigger, a spadły do zera po groźnie wyglądającym upadku. Na jednym ze zjazdów Francuzka popełniła błąd i przez chwilę nie podnosiła się z ziemi. Na problemy Francuzki dwoma jękami zareagowała również publiczność, jednak po chwili wróciła do kibicowania jadącej swój wyścig Pauline Ferrand-Prevot.
Drugie miejsce wciąż pewnie zajmowała Puck Pieterse, jednak na dwie rundy do końca jej strata do Francuzki zaczęła drastycznie rosnąć. Nieco ponad kilometrowy odcinek pomiędzy pomiarami czasu Holenderka pokonała 40 sekund wolniej od liderki. Powodem był defekt, po którym spadła na odległą, siódmą pozycję. Zawzięta Pieterse starała się gonić jadące na pozycjach medalowych Jenny Rissveds i Haley Batten jednak brakło jej do tego być może jednego okrążenia.
Podczas gdy Szwedka z Amerykanką walczyły o srebro, w Colline d’Ellancourt zapanowała euforia, bowiem w wyścigu z ogromną przewagą triumfowała Pauline Ferrand-Prevot. Kilkanaście tysięcy kibiców krzyczało „Merci Pauline”, co w połączeniu z ogromnym sukcesem wywołało w zwyciężczyni wielkie wzruszenie. Mimo taki wielu medali, ten smakuje wyjątkowo.
Zanim na metę wpadła druga Haley Batten, tłum zdążył już odśpiewać „Marsyliankę”. Dwukrotnie.
− Jechałam swój wyścig. Byłam jak robot, nie słyszałam niczego na trasie poza trenerem. Miałam jedną misję
− wyjaśniała mistrzyni olimpijska.
− Pracowałam na to tak ciężko, chciałam tylko jechać z całych sił. Czułam się dziś znakomicie, nie mogę w to uwierzyć. Myślałam, że to niemożliwe. To jak sen!
Zanim przez metę przy aplauzie tłumu przejechała Pauline Ferrand-Prevot, swój wyścig zakończyła Paula Gorycka. Jedyna reprezentantka została sklasyfikowana na 27. miejscu.
− Pojechałam na dobrym poziomie, swoim, który też dawał fajne wyniki. Nie wiem, co zrobiły dziewczyny, bo tempo było szalone. Mam wrażenie, że pierwsza runda była wyraźnie szybsza niż w ubiegłym roku na test evencie, więc poziom jest mega wysoki. Z ciekawością obejrzę ten wyścig
− mówiła Polka po zakończeniu zmagań w rozmowie z Naszosie.pl. Dla Pauli Goryckiej nie było to pierwsze olimpijskie doświadczenie. Wcześniej startowała w Londynie, gdzie zajęła 22. miejsce.
− W Londynie były inne moce kręcone przez zawodniczki. Nikomu tym nie umniejszam, ale poziom cały czas idzie do góry. Zrobiłam w tym sezonie swoje, to pokazują cyferki. Praca była ogromna, wszystko było ustawione pod ten wyścig. Mój trener Andreas Kurmann był w to całkowicie zaangażowany i szkoda, że nie było go tutaj w boksie, bo większość zawodniczek miała swoich ludzi akredytowanych. Tego mi zabrakło, tym bardziej, że na wszystkich wyścigach jesteśmy razem i wie bez mówienia, czego mi potrzeba. To jest człowiek, z którym pracuję od 8 lat i rozumiemy się bez słów. Jako przykład, w ubiegłym roku na mistrzostwach Polski wjeżdżam na bufet i powiedziałam „tylko klucz”. Nikt by nie wiedział, o jaki klucz mi chodzi, a on od razu zrozumiał. Chodzi tu o taką pewność
− dodała.
Igrzyska olimpijskie jak na razie nie są szczęśliwe dla naszych kolarek. W sobotniej indywidualnej jeździe na czas upadła Agnieszka Skalniak-Sójka, a defekt miała Marta Lach. Paula Gorycka również miała na trasie dwie przygody − po problemie technicznym zaliczyła upadek, a w końcówce wyścigu musiała odwiedzić boks.
− Na drugiej rundzie coś mi zablokowało tylne koło, nie wiem co, bo świadomie nie miałam wtedy ręki na hamulcu i w zakręcie wygrzmociłam. Na tej mega szybkiej trasie zaraz dwie dziewczyny mnie wyprzedziły, trochę do nich straciłam, a kolejne się do mnie zbliżyły. Na ostatniej rundzie miałam problem z łańcuchem i w tym czasie wyprzedziły mnie dwie zawodniczki, ale ostatkiem sił udało mi się z powrotem wrócić na to miejsce.
− relacjonowała Polka, która − podobnie jak wszyscy zgromadzeni w Colline d’Elancourt − była pod wrażeniem panującej tam atmosfery.
− Tutaj było głośno, choć nie jechałam obok Francuzek, ale kibice zrobili naprawdę dobrą atmosferę.
Z Colline d’Elancourt dla Naszosie.pl, Kacper Krawczyk







