fot. Giro d'Italia / Gian Mattia D'Alberto / LaPresse

Za nami 109. edycja Giro d’Italia. Choć po zwycięstwo w całym wyścigu sięgnął murowany faworyt, jakim był Jonas Vingegaard, to nie można powiedzieć, że włoskiej trzytygodniówce brakowało kolorytu. Dzień po dniu pisały się kolejne ciekawe historie, a z rywalizacji zapamiętać będzie można zdecydowanie więcej niż samo nazwisko triumfatora. Jeszcze raz przeżyjmy to, co śledziliśmy z zapartym tchem przez ostatnie 3,5 tygodnia.

Gdybym miał porównać do czegoś 109. edycję Giro d’Italia, to byłby to topowy film z udziałem jednego z superbohaterów. Choć idąc do kina wiemy, że nasz protagonista na koniec pokona wszystkie przeciwności, to jednak z ciekawością śledzimy kolejne minuty dzieła i przeżywamy nie tylko główny wątek, ale i te dotyczące postaci drugoplanowych. Dokładnie takie było tegoroczne La Corsa Rosa – choć Jonas Vingegaard był wyraźnie najmocniejszym zawodnikiem, który wraz z kolegami z Team Visma | Lease a Bike w pełni kontrolował wydarzenia na trasie, to jednak podczas włoskiej trzytygodniówki napisało się wiele pięknych historii, a niejeden kolarz może wracać do domu z podniesionym czołem i poczuciem tego, że był bohaterem prawdziwego kolarskiego widowiska. Nim przejdę do dokładniejszego omówienia tego, co zapamiętałem z 109. edycji Giro d’Italia, jeszcze raz wyróżnijmy tych, którzy sięgali po zwycięstwa w poszczególnych klasyfikacjach:

  • klasyfikacja generalna: Jonas Vingegaard (Team Visma | Lease a Bike)
  • kl. punktowa: Paul Magnier (Soudal Quick-Step)
  • kl. górska: Giulio Ciccone (Lidl-Trek)
  • kl. młodzieżowa: Afonso Eulálio (Bahrain-Victorious)
  • kl. drużynowa: Team Visma | Lease a Bike
  • Red Bull: Igor Arrieta (UAE Team Emirates-XRG)
  • kl. lotnych premii: Manuele Tarozzi (Bardiani CSF 7 Saber)
  • Fuga: Diego Pablo Sevilla (Team Polti VisitMalta)
Cel zrealizowany w 100%

Zacznijmy od zwycięzców, czyli Jonasa Vingegaarda i całego Team Visma | Lease a Bike. Duńczyk i jego holenderska formacja przyjechali na Giro d’Italia z przyklejonymi łatkami – odpowiednio głównego faworyta oraz drużyny, która będzie miała za zadanie kontrolować wydarzenia na trasie przez całą długość wyścigu. To nie do końca mogło odpowiadać podopiecznym Richarda Plugge’a, albowiem nie było tajemnicą, że dla 29-letniego lidera tej formacji start we Włoszech był tylko częścią planu na ten sezon, który obejmuje też walkę w Tour de France. Celem było zatem zwycięstwo, ale możliwie ekonomiczne, a czas pokazał, że ten udało się zrealizować w 100%.

Team Visma | Lease a Bike szybko potrafiła oddać inicjatywę – czy to ekipom sprinterów, czy też później drużynie Bahrain-Victorious, która dzięki ucieczce Afonso Eulálio przez niemal pół wyścigu mogła się cieszyć z różowej koszulki. W ten sposób koledzy Jonasa Vingegaarda osłaniali swojego lidera, ale nie musieli pracować dzień w dzień przez pełne 3,5 tygodnia. Żółto-czarne koszulki oglądaliśmy na czele głównie wtedy, gdy Duńczyk chciał wygrać etap – a to udało mu się aż 5-krotnie, co jest niewątpliwie naprawdę świetnym wynikiem jak na ekonomiczną jazdę, którą oglądaliśmy w wykonaniu 29-latka. Przy okazji ten został 115. kolarzem w historii, któremu udało się wygrać etap każdego z wielkich tourów, a także dopiero 4. w tejże, który w swoim dorobku ma po przynajmniej 4 odcinki w każdej z tych imprez. Jakby tego było mało, dzięki sukcesowi na 19. etapie, Sepp Kuss jako 116. dołączył do grona kolarzy mających „komplet zwycięstwo”, co niewątpliwie było piękną chwilą dla całej ekipy.

Jonas Vingegaard został tym samym 8. w historii kolarzem, który wygrał klasyfikację generalną każdego z wielkich tourów. To wielki sukces dla 29-letniego Duńczyka, który kolejny raz pokazał, że w całym kolarskim świecie jest tylko 1 zawodnik, który potrafi go pokonać w wyścigach wieloetapowych, a gdy Tadeja Pogačara nie ma na starcie, to zwycięstwa przychodzą mu z pozornie wielką łatwością. Nie można rzecz jasna zapominać o tych, którzy poprowadzili swojego lidera do tego triumfu – Davide Piganzoli, Sepp Kuss, Victor Campenaerts, Tim Rex, Bart Lemmen i Timo Kielich wykonali wielką pracę, by Jonas Vingegaard mógł komfortowo dotrzeć do mety w Rzymie, a za plecami tych zawodników stał wielki sztab ludzi, którzy dzień po dniu dbali o to, by ten jeden zawodnik mógł napisać historię.

Niespodziewany bohater i ulubieniec fanów

Nie wiem czy poza najbardziej fanatycznymi portugalskimi kibicami istniała choć jedna osoba, która przewidziałaby, że zawodnikiem, o którym będzie najgłośniej podczas 109. edycji Giro d’Italia będzie Afonso Eulálio. 24-latek z Bahrain-Victorious znalazł się na ustach całego kolarskiego świata, choć nie wygrał nawet jednego etapu włoskiej trzytygodniówki. Czasem jednak zwycięstwa nie są niezbędne, gdy ma się styl i charyzmę, która skrada serca. Portugalczyk tymczasem po szalenie pasjonującym 5. etapie założył różową koszulkę, a następnie potrafił ją utrzymywać dużo dłużej niż spodziewali się zarówno eksperci, jak i on sam. Heroiczna obrona prowadzenia, a później wysokiej lokaty w klasyfikacji generalnej oraz prowadzenie w zestawieniu młodzieżowym sprawiły, że Afonso Eulálio został prawdziwym bohaterem. Defensywa ta była bowiem nie tylko bardzo skuteczna, ale i efektowna – 24-latek nie bał się atakować, zgarniać bonifikat czy rzucać wyzwania rywalom nawet wtedy, gdy teoretycznie ci traktowali go już w 100% poważnie. Portugalczyk pojechał tak, jakby doskonale wiedział, co kochają fani kolarstwa, a jego postawa budowała piękno tegorocznego Giro d’Italia.

fot. Giro d’Italia
Przerwana dominacja

Przed startem 109. edycji Giro d’Italia wielokrotnie przytaczałem fakt, iż Jonathan Milan (Lidl-Trek) wygrał klasyfikację punktową w każdym z wielkich tourów, w których wziął udział. Wydawało się zatem, że 25-letni Włoch nie będzie miał większego problemu z kontynuowaniem swojej świetnej passy, a jednak stało się zupełnie inaczej. Wyraźnie najlepszym sprinterem wyścigu był Paul Magnier (Soudal Quick-Step), który już w Bułgarii zdołał odnieść 2 zwycięstwa, a następnie w końcówce zmagań dołożył jeszcze jedno. Rosły Milan musiał się tymczasem zadowolić wygraną na ulicach Rzymu, która niejako była sukcesem na otarcie łez – niewiele brakowało, a sprinter Lidl-Trek wróciłby do domu z pustymi rękoma.

Nie ma co się jednak pastwić nad tym, który swojego planu nie zrealizował, a trzeba pogratulować temu, który sięgnął po życiowy sukces. Wspominany już Paul Magnier na Giro d’Italia przyjeżdżał mają w dorobku 26 zawodowych zwycięstw, w tym 6 na poziomie UCI World Tour – było to 5 etapów Tour of Guangxi, a także jeden odcinek Tour de Pologne. Od dawna wiadomo było, że młody Francuz z czasem zacznie wygrywać w ważniejszych imprezach, ale mimo wszystko aż 3 sukcesy etapowe musiały zrobić spore wrażenie. Gigantyczną robotę na rzecz 22-latka wykonywał jego pociąg, w tym będący ostatnim rozprowadzającym Jasper Stuyven – Belg niewątpliwie zasłużył na ogromne brawa za swoje poświęcenie na rzecz lidera. Trzeba też napomknąć, że mimo tak świetnej postawy, Paul Magnier nieomal nie przegrał klasyfikacji punktowej, albowiem przed 18. etapem blisko zdobycia cyklamenowego trykotu był zbierający oczka w nieco innym terenie Jhonatan Narváez (UAE Team Emirates – XRG). Mistrz Ekwadoru nie wykorzystał jednak swojej życiowej szansy, a dzień później, na skutek obrażeń z kraksy, musiał wycofać się z wyścigu.

Zwycięstwo, ale bez powodów do dumy

Giulio Ciccone po raz drugi w karierze został najlepszym góralem Giro d’Italia. 31-letni Włoch z Lidl-Trek był głównym faworytem tej klasyfikacji, zatem jego sukces nie powinien nikogo dziwić, nietypowe były za to okoliczności jego wywalczenia. Otóż znany z aktywnej jazdy przedstawiciel gospodarzy w 1. części wyścigu nie wystawiał koła z peletonu nawet wtedy, gdy do zdobycia były „darmowe” punkty jak np. na 4. etapie, a zamiast tego aż do 8. odcinka Giulio Ciccone skupiał się na minimalizowaniu strat w klasyfikacji generalnej. Dalej zawodnik z Italii nareszcie zdał sobie sprawę, że dopóki nie posiada straty, peleton nie będzie chciał go wypuszczać w odjazdy, więc ten celowo nazbierał minut, ale i w dalszej części jego jazda była, łagodnie mówiąc, dziwna. Po 13. etapie kolarz Lidl-Trek miał w klasyfikacji górskiej… 3 punkty i zajmował w niej 36. miejsce, a jego strata do Jonasa Vingegaarda przekraczała 100 oczek. Prawdę mówiąc, gdyby tylko kolarz Team Visma | Lease a Bike nie zlitował się nad Włochem, podobnie jak wielu późniejszych towarzyszy z ucieczek Giulio Ciccone, to ten nie miałby najmniejszych szans na zdobycie niebieskiego trykotu. Finalnie cała stawka pojechała jednak tak, by reprezentant gospodarzy mógł wyjść na podium w Rzymie, choć w mojej opinii jest to triumf, który nie będzie chwalebnym punktem w karierze zawodnika z Italii. Z drugiej jednak strony – zwycięzców się przecież nie sądzi.

Zagraniczna Grande Partenza ponownie obroniła się

Tuż przed startem tegorocznego Giro d’Italia można było obawiać się, czy aby na pewno organizacja startu w Bułgarii jest najlepszym pomysłem. Niepewna jakość dróg, brak kolarzy z tego kraju w zawodowym peletonie, problemy finansowe tamtejszych organizatorów i wiele innych czynników budziły spory niepokój, ale finalnie wszystko zakończyło się naprawdę pozytywnie. Przy trasach w Bułgarii zgromadzone były dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy widzów, drogi były dobre, widoki zapierały dech w piersiach, a atmosfera dopisywała. Choć z punktu widzenia „logiki” takie wyjazdy są gdzieś zaprzeczeniem tego, że mamy do czynienia z włoskim wyścigiem, to jednak jest to koniec końców sytuacja, w której każda strona ponownie wygrała. Organizatorzy Giro d’Italia otrzymali bowiem niemałe środki za to, że ich wyścig zawitał do Bułgarii, a kraj ten otrzymał sporą promocję i okazję do oglądania jednej z najważniejszych imprez kolarskich świata na żywo – wszak wielkie toury są tylko 3 i prawdopodobnie przez następne dekady nie doczekamy się zmiany w tej materii, a zatem wyłącznie tego typu działania mogą dawać szansę osobom spoza Włoch, Hiszpanii czy Francji na „liźnięcie wielkiego kolarstwa”.

fot. Giro d’Italia
Zdziesiątkowani, ale waleczni

Jeśli spojrzymy na listę startową Giro d’Italia zawierającą także informacje o etapie, podczas którego wyścig opuścił dany zawodnik, szybko zauważymy, że 2 zespoły już od 1. tygodnia mogły liczyć na zaledwie piątkę, a finalnie na jedynie czwórkę kolarzy. UAE Team Emirates – XRG i Lotto Intermarché pokazały jednak, że nie zawsze liczy się ilość, a nawet z potencjalnie największego bagna da się wyjść obronną ręką. Ci pierwsi stracili już 2. dnia swojego lidera na klasyfikację generalną, czyli Adama Yatesa, a cały wyścig zakończyli z aż 4 wygranymi etapami – 3 zgarnął Jhonatan Narváez, a 1 dołożył Igor Arrieta. Do tego mistrz Ekwadoru był bardzo blisko zwycięstwa w klasyfikacji punktowej, albowiem jeszcze do 18. etapu przystępował jako jej lider. Umiejętność adaptacji do zupełnie zmienionych celów na wyścig w przypadku zawodników UAE Team Emirates – XRG była zatem naprawdę wybitna i zasługuje na pochwałę. Tą zresztą skierowałbym także w stronę Lotto Intermarché – po utracie Arnaud De Lie i Milana Mentena, a później także Lennerta Van Eetvelta, mogłoby się wydawać, że zespół ten przejedzie całkowicie anonimowe Giro d’Italia. Było tymczasem zupełnie inaczej – Simone Gualdi kilkukrotnie atakował, a Toon Aerts był blisko wielkiej sensacji, kiedy przyprowadził peleton na finiszu w Novi Ligure tuż za plecami samotnie uciekającego Aleca Segaerta. Taka ambitna postawa mimo przeciwności losu, w mojej opinii, zasługuje na ogromny szacunek.

Zasłużone dzikie karty

Ostatnimi laty niejednokrotnie zdarzało się, że ekipy zapraszane do udziału w wielkim tourze nie potrafiły zaprezentować się w nim w sposób, który uzasadniałby dziką kartę. Podczas tegorocznego Giro d’Italia było jednak zupełnie inaczej, a każda z 5 ekip napisała swoją historię podczas tej imprezy. Tudor Pro Cycling Team kończy z 7. i 11. miejscem w klasyfikacji generalnej, Pinarello Q36.5 Pro Cycling Team po bardzo licznych ucieczkach może się pochwalić 14. i 17. lokatą w tym zestawieniu. Unibet Rose Rockets z kolei postawiło na pociąg sprinterski i choć nie wygrało etapu, to niewątpliwie było bardzo widoczne od startu w Nesebarze, aż po metę w Rzymie. Team Polti VisitMalta i Bardiani CSF 7 Saber z kolei zapewniły nam grupę „dzielnych Włochów”, którzy zawiązywali odjazdy w każdym możliwym momencie, dzięki czemu wyścig uniknął przestojów, a i obie formacje kończą z wygraną w jednej z klasyfikacji pobocznych – konkretnie mowa tu o lotnych premiach i Fudze. Brawo, tak to powinno wyglądać za każdym razem.

Mamo, czy to sen?

Podczas tegorocznego Giro d’Italia mieliśmy zwycięzców etapowych, których można było przewidzieć przed wyścigiem – swoją trylogię w wielkich tourach dokończyli jako 115. w historii Jonas Vingegaard, a następnie jako 116. Sepp Kuss, triumfatorami zostawali też tak spodziewani zawodnicy jak Filippo Ganna, Jonathan Milan czy Paul Magnier. W obliczu opisanych już okoliczności sensacją nie były też sukcesy Jhonatana Narváeza, ale już reszta triumfatorów była mniejszymi bądź większymi niespodziankami.

Listę nietypowych zwycięzców otworzył Guillermo Thomas Silva (XDS Astana Team), który w ten sposób sprawił, że Urugwaj został 42. państwem w historii mogącym się pochwalić posiadaniem zwycięstwa etapowego podczas wielkiego touru, a także dołączył do grona krajów, które miały swojego lidera trzytygodniowego wyścigu. Kilka dni później życiowy sukces odniósł młody Igor Arrieta (UAE Team Emirates-XRG), by kolejnego dnia z wielkiego pecha rywali skorzystał Davide Ballerini (XDS Astana Team). Patrząc chronologicznie dalej mieliśmy genialnie przemyślaną i świetnie wykonaną akcję w końcówce Aleca Segaerta (Bahrain – Victorious), szaloną ucieczkę po ulicach Mediolanu, którą zwycięsko zwieńczył jadący w kombinezonie Fredrik Dversnes (Uno-X Mobility), by wreszcie swoje 5 minut mieli weterani szos, o których ostatnimi czasy z różnych przyczyn było dużo ciszej – Alberto Bettiol (XDS Astana Team) i Michael Valgren (EF Education – EasyPost). Pod kątem różnych wydarzeń na trasach i historii pisanych przez ich bohaterów, to był naprawdę świetny wyścig.

Najwięksi przegrani

Grono kolarzy, którzy nie będą dobrze wspominali tegorocznego Giro d’Italia, można podzielić na 2 grupy – w pierwszej znajdą się zawodnicy, którzy mimo dobrej formy przed startem, z różnych przyczyn musieli się dość wcześnie wycofać z wyścigu, w drugiej zaś będą ci, którzy po prostu nie zrealizowali swoich celów. W tej 1. znajdziemy takich sprinterów jak Kaden Groves (Alpecin – Premier Tech), Matteo Moschetti (Pinarello Q36.5 Pro Cycling Team) czy Arnaud De Lie (Lotto Intermarché), górali pokroju Adama Yatesa i Jaya Vine’a (UAE Team Emirates-XRG) oraz Santiago Buitrago (Bahrain-Victorious) czy pomocników z wolną ręką na ucieczki pokroju Andrei Vendrame (Team Jayco AlUla), Marca Solera (UAE Team Emirates-XRG) czy Wilco Keldermana (Team Visma | Lease a Bike). Cóż, takie jest kolarstwo – prawdopodobnie nigdy nie zobaczymy wyścigu, w którym całkowicie udałoby się wyeliminować kraksy i choroby, choć trzeba przyznać, że w tegorocznym Giro d’Italia było ich naprawdę niewiele.

Jeśli zaś chodzi o zawodników, którzy osiągnęli Rzym nie spełniając swoich celów, to w oczy rzuca się przede wszystkim Giulio Pellizzari (Red Bull – BORA – hansgrohe). Włoch przyjeżdżając na wyścig był okrzyknięty mianem nr 2, tymczasem choroba sprawiła, że finalnie ten wypadł całkowicie z walki o klasyfikację generalną czy nawet młodzieżową. 22-latek kończy zatem na dopiero 21. pozycji, bez wygranej etapowej, a to z pewnością dla niego bardzo bolesna lekcja. Jeśli chodzi o zawodników „z generalki”, to poniżej oczekiwań pojechał także Egan Bernal (Netcompany INEOS) – przed wyścigiem pojawiały się nieśmiałe głosy o możliwości walki o podium, finalnie mamy 10. lokatę, która dla kolarza o dorobku Kolumbijczyka nie jest w żaden sposób satysfakcjonującym rezultatem. Na pusto do domu wraca także Dylan Groenewegen (Unibet Rose Rockets) – o ile zespół Holendra wykonywał dla niego naprawdę świetną pracę, o tyle ten dotarł na finisz zaledwie 3-krotnie, w tym raz za plecami ucieczki. Zabrakło zwycięstwa, nie było powodów do satysfakcji, a przecież forma przed wyścigiem była naprawdę świetna. Docierając do końca sekcji „przegranych” na zbiorowe wyróżnienie zasługuje też Movistar Team – nie będę szydził tu z hiszpańskiej ekipy, bowiem ta pojechała szalenie ambitny wyścig, a jej kolarze byli bardzo widoczni. Jest jednak pewne „ale” – zabrakło zwycięstwa. Orluis Aular otarł się o zwycięstwo w Cosenzie po pięknej pracy kolegów, którą powtórzono zresztą na etapie do Novi Ligure. Próbowali też Enric Mas czy Einer Rubio, ale finalnie nawet klasyfikacja Red Bull KM uciekła temu drugiemu. Szkoda, bo odbiór tego wyścigu mógłby być zupełnie inny, gdyby raz udało się postawić kropkę nad „i”.

Dobrze zaprojektowana trasa?

109. edycja Giro d’Italia otrzymała ode mnie sporo pochwał – za emocjonującą walkę kolarzy z drugiego planu, za głównych bohaterów, którzy potrafili konsekwentnie realizować swoje cele czy za atmosferę, która była naprawdę dobra. W mojej opinii spora jest w tym zasługa projektu trasy, która choć na pozór nie była wybitna, to jednak dała zawodnikom pole do popisu. Kilka nieoczywistych odcinków okazało się być prawdziwymi widowiskami, a odpowiednie rozłożenie trudnych akcentów na przestrzeni całych 3 tygodni sprawiło, że nie było czekania na ostatnią górę, jak to już niejednokrotnie w historii wielkich tourów bywało. Przy pisaniu tej pochwały mam jednocześnie świadomość, że to kolarze, a nie trasa tworzą wyścig, zatem na pożegnanie jeszcze raz gratulacje dla całej stawki tegorocznego Giro d’Italia za skuteczne przyciąganie mnie przed ekran telewizora na przestrzeni 3,5 tygodnia. Warto było.


Wszystko o 109. edycji Giro d’Italia:
Poprzedni artykułMistrzostwa Polski 2026: Oficjalne trasy i harmonogram rywalizacji
Następny artykułGiro d’Italia Women 2026: Anna van der Breggen deklasuje rywalki
Jakub Jarosz
Niegdyś zapalony biegacz, dziś sędzia siatkówki z Pomorza, przy okazji aktywnie grający w jednej z trójmiejskich drużyn. Fan kolarskich statystyk i egzotycznych wyścigów. Marzeniem związane z tą dyscypliną był wyjazd na Mistrzostwa Świata do Rwandy w 2025 roku. Po jego spełnieniu póki co szukam kolejnego, ale bez wątpienia chciałbym z kolarstwem zwiedzić świat.
guest
9 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Nienacki
Nienacki

Świetny artykuł

Tajfun
Tajfun

Super Giro, na prawdę super. Zawsze jak się zbliżał wielki tour to zacierałem ręce na górskie etapy, ale w tym Giro było inaczej. Bałem się już po listach startowych, że wyścig będzie nudny, bo na starcie dawałem Jonasowi generalkę i uważałem, że nikt nie będzie miał podjazdu w górach do chłopa.
Zdecydowanie nie spodziewałem się aż tylu emocji na większości innych etapów. Sprinterów obstawiałem do punktowej trzech: Milan, De Lie i Magnier ze wskazaniem na Milana. Magnier go zezłomował, ale fajnie, że i Milan wygrał ostatni etap. De Lie wiadomo wyeliminowany przez milkę.
UAE upadkami swoich liderów na góry tak na prawdę wygrało więcej niż jakby oni nudno jechali w czubie. Wyrwali 4 etapy pomocnikami na pełen etat, niesamowite, szkoda, że Narvaez nie ukończył, bo mógł zagrozić realnie w punktowej.
Szkoda mi Leknessunda, że nie ugrał etapu, ale takie jest życie. Ciccone kozak. Wielu innych zawodników super się zaprezentowało, których nikt za bardzo nie wymieniał przed startem, że odegrają większe role. Eulalio nie robił na mnie aż takiego wrażenia jak na komentatorach, dla mnie bardziej był maskotką, ale co pojechał to jego, może w przyszłości pójdzie w górala i życzę mu sukcesów jak każdemu. Kuss brawa, należał mu się ten hat-trick, maszyna.

Pozostaje czekać na TdF i pojedynek Tadeusza z Januszem. Sercem za Tadejem, bo Jonas zawsze sprawia na mnie wrażenie pragmatycznego i nudnego zawodnika. Niech wygra lepszy, bez wymówek. TdF jest jak Mistrzostwa Świata w piłkę, kto wygrywa ten w danym momencie najlepszy. Oby obaj uniknęli kraks i kontuzji i sprawiedliwie między sobą rozegrali to i oby na innych etapach inni bohaterowie dali emocje.

Mikołaj
Mikołaj

Świetne giro za nami. Mimo tego że generalka i jej zwycięzcą były znane od początku były emocje były niespodzianki było ciekawie. Test dobrze podsumował cały wyścig dzięki któremu stałem się fanem pewnego Portugalczyka. Czekamy na tour oby były podobne emocje z dodatkowa przyprawa o nazwie ,, walka w generalce nie zakończy się po 1 górze” . Tego nam wszystkich życzę.

Ricky
Ricky

Pan redaktor chyba nie przepada za bardzo za Ciccone, choć przyznam, ze swoją jazdą, machaniem łapami – i może przede wszystkim tym jak z Gee wykiwali Rubio – też nie wzbudził u mnie za dużej sympatii.

Ricky
Ricky

A tak z innej beczki – jest szansa, żeby w końcu dodać wyświetlanie daty publikacji przy komentarzach :)?

Ricky
Ricky

Mikołaj coś mi mówi, że dla przynajmniej jednego z zawodników (którego zresztą lubię) walka o generalkę naprawdę zakończy się na 1 górze ;).

Piotr
Piotr

Nie no, umówmy się, jazda Ciccone była zupełnie bez sensu. OK o koszulce górala, mało kto za dekadę będzie pamiętał: że z łaski. Chłop robił setki km i nic z tego nie wynikało. Już po pierwszym razie gdy nie miał podejścia nawet do Leknessunda (a przecież ten był wiecznie drugi), powinien wybrać jakiś jeden etap który będzie miał szansę wygrać. Albo jechać na dziesiątkę w generalce. Kto mu ustalał taktykę?

Piotr
Piotr

Istotnie sztuczna ćwierć inteligencja podpowiada, że JV jest czwartym w historii kolarze, który w każdej z trzytygodniówek wygrał przynajmniej 4 etapy. Ale to nieprawda. Jest takich sportowców więcej. List of riders with stage wins at all three cycling Grand Tours – Wikipedia https://share.google/l8NToniqlQzVjU6uy