fot. UAE Team Emirates - XRG

W sobotnie popołudnie Słoweniec bił kolejne rekordy, zachowując przy tym zimną krew. Tak jak w poprzednich latach, po zakończonym wyścigu z szerokim uśmiechem podsumował swój sezon kolarski. Jego konkluzja była prosta: ten rok był jak dotąd jego najlepszym sezonem.

Słoweniec stał się pierwszym kolarzem w historii, który pięć razy z rzędu triumfował w Lombardii, jednak nie uważa się za wyjątkowego.

Nie, każdy jest wyjątkowy i ma prawo tak się czuć

– mówi filozoficznie i z charakterystyczną dla siebie skromnością.

Mimo to, takie osiągnięcie z pewnością ma ogromne znaczenie dla mistrza świata, mistrza Europy, zwycięzcy Tour de France i wielu innych wyścigów.

Pięć zwycięstw z rzędu to coś niesamowitego. Za każdym razem, gdy tu startuję, mam wrażenie, że ta trasa jest dla mnie idealna. A do tego mam wokół siebie tak silny zespół… Naprawdę muszę im za to podziękować

– przyznaje Słoweniec.

Zdaniem Słoweńca, Domen Novak i Pavel Sivakov odegrali kluczową rolę, przejmując inicjatywę przez większość wyścigu. Szczególnie chwali swoich kolegów za prowadzenie na Passo di Ganda.

Wszyscy spisali się dziś na najwyższym poziomie

– podsumowuje.

Wielokrotny zwycięzca nie powiedział jednak jeszcze ostatniego słowa. Gdy inni kolarze, jeden po drugim, pojawiali się na mecie po wyczerpującym wyścigu, Pogačar w rozmowie z dziennikarzami wciąż analizował swoje tegoroczne osiągnięcia.

Od siedmiu lat powtarzam, że to mój najlepszy sezon i w tym roku znów tak jest

– stwierdził na koniec.

Poprzedni artykułIl Lombardia 2025: Tadej Pogačar znów bezkonkurencyjny
Następny artykułShirin van Anrooij: „To była szansa na tytuł mistrzyni świata i została mi ona odebrana”
Dawid Jodłowski
Pasjonat kolarstwa i wielu innych sportów takich jak koszykówka czy piłka nożna. W wolnym czasie uwielbia podróżować. Na co dzień student Uniwersytetu Jagiellońskiego.
guest
5 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Ricky
Ricky

Proponowałbym nieco więcej odporności na PRowe bon moty a nie pisanie o „filozofowaniu i skromności” ;).

Alek
Alek

Mam pytanie do redakcji, może tutaj napisze, kiedyś był artykuł o jakimś wyzwaniu w jednym z azjatyckich krajów, gdzie jest podjazd ok 85 km z poziomu morza na ponad 4000, kojarzycie może jak się ten wyścig nazywał? Albo odeślecie do artykułu? Bodaj pisaliście że brał tam kiedyś udział nibali

Out
Out

„Gdy inni kolarze, jeden po drugim, pojawiali się na mecie po wyczerpującym wyścigu, Pogačar w rozmowie z dziennikarzami wciąż analizował swoje tegoroczne osiągnięcia.”

No właśnie, inni wyczerpani, a on? Zawsze świeży jak stokrotka. Najbardziej WTF momentem było dla mnie, jak w zeszłym roku na ostatnim etapie TdF każdy przyjeżdżał ujechany całym wyścigu, a on wstał z roweru i poszedł skakać z resztą teamu. Zero oznak zmęczenia po przejechaniu nie jednego, a DWÓCH wielkich tourów. I tak, wiem, że przy tamtej obsadzie Giro, według niektórych był to dla niego tylko trening, ale ja nie mogę się z tym zgodzić – to nadal 21 dni wyścigowych, które wchodzą w nogi, a nie obóz wysokościowy, gdzie buduje się formę.

W prawdziwość tego po prostu trudno jest uwierzyć. Cudowne dziecko sportu, które w ciągu dwóch ostatnich lat zmęczyło się może 2, 3 razy. Czy nadejdzie taki moment, kiedy dziennikarze, zamiast poklepywać się z nim i słodzić mu w każdym tekście, zaczną zadawać pytania? Czy przycisną UCI, żeby ktoś tam poważniej zaczął traktować kwestię badań antydopingowych, zwłaszcza w kontekście dopingu motorycznego?

Jak inaczej wytłumaczyć to, że wszyscy inni w peletonie się męczą, a on jeden jedyny nie? Nawet jego koledzy z drużyny, a przecież śniadanka przed startem dostają raczej takie same. Gość był chory przez cały ostatni tydzień tegorocznego Tour de France i było to widać jedynie podczas wywiadów, kiedy siedział w czapce, z bladą twarzą i trząsł się z zimna. Po wejściu na rower wszystko to magicznie znikało, żaden rywal z generalki nie był w stanie nic zrobić.

Eddy X
Eddy X

Tadek the Best i tyle w temacie