Kończąc cykl Misja Kigali będący swoistym pamiętnikiem turystycznym oraz zbiorem mniej lub bardziej kolarskich przemyśleń, które wynikały z osobistej obecności na Mistrzostwach Świata w kolarstwie szosowym – Kigali 2025, chciałbym zerknąć w przyszłość. Jakie wnioski warto wyciągnąć z historycznego, pierwszego czempionatu rozegranego na Czarnym Lądzie?
Czy tego ktoś chciał, czy też nie, na naszych oczach napisała się historia kolarstwa – Mistrzostwa Świata w kolarstwie szosowym – Kigali 2025 pokazały, że w Afryce można rozegrać piękne zarówno pod kątem atmosfery, jak i tras, a także bezpieczne zawody, których standard nijak nie odbiegał od tego co znamy ze zmagań rozgrywanych w Europie, a wręcz śmiało wysunę tezę, że w pewnych względach je przerastał. Pora zatem porozmawiać o wnioskach, jakie wysnuwają się po czempionacie rozegranym na szosach stolicy Rwandy.
Polityczne przyzwolenie
Dyskusja o tym czy Kigali to właściwy gospodarz trwała długo i dotyczyła nie tylko kwestii kosztów, szczepień etc., ale i moralnych aspektów wyboru takiej lokalizacji dla mistrzostw świata. Rwanda nie należy bowiem do, delikatnie rzecz ujmując, najbardziej demokratycznych miejsc na Ziemi, do tego niedawno na powrót rozgorzał konflikt zbrojny na granicy z Demokratyczną Republiką Konga, który w ostatnich kilkunastu miesiącach pochłonął życia około 50 tysięcy osób. Międzynarodowa Unia Kolarska od lat pokazuje, że niespecjalnie przejmuje się takimi tematami, choć w przeszłości za sprawą nacisków udało się zmienić na ostatnią chwilę gospodarza torowego czempionatu właśnie przez kwestie polityczne. Tym razem tak nie było, a zatem jest to teraz otwarta furtka dla kolejnych państw, które mogą zapraszać do siebie wielkie imprezy chcąc ocieplić swój wizerunek – furtka w końcu została otworzona.
Warto wrócić
Jeśli jednak odrzucić tematy polityczne, to trzeba przyznać, że świetnie się stało, że mistrzostwa świata ruszyły do miejsca, które sukcesywnie podczas przeszło 100-letniej historii omijały. Świat bowiem, jak sama nazwa stanowi, to nie tylko Europa, a kontynentów mamy zdecydowanie więcej i na praktycznie każdym uprawia się kolarstwo oraz istnieje zainteresowanie nim.
W tym roku mija 30 lat od kiedy ostatni raz mistrzostwa świata zawitały do Ameryki Południowej – a przecież fanatyczności kibiców w Kolumbii czy Ekwadoru nie trzeba nikomu śledzącemu tamtejsze imprezy przedstawiać. Azja co prawda była (Katar 2016) i będzie (Zjednoczone Emiraty Arabskie 2028) odwiedzana, ale jeśli już poszukać czempionatu w nieco głębszej, z naszej perspektywy, części tego kontynentu, to cofniemy się aż do 1990 roku, kiedy to gospodarzem była japońska Utsunomiya.
Mistrzostwa Świata w Kigali pokazały, że przy odpowiednim wyborze lokalizacji nie trzeba się martwić ani o jakość zawodów, ani o liczbę kibiców i atmosferę. Oczywiście nie oznacza to, że teraz powinniśmy idealnie, sprawiedliwie i od linijki wybierać kolejnych gospodarzy, ale z przyjemnością zobaczyłbym układ, w którym czempionaty nieco częściej gościłyby poza Europą, np. początkowo w takim 4-letnim cyklu:
- Europa
- Azja / Afryka
- Europa / Australia
- Ameryka Północna / Południowa
Przy okazji warto też wspomnieć o temacie, którego nigdy wcześniej nie dostrzegałem, a który podnosili zwłaszcza zawodnicy i obserwatorzy spoza Europy – ściganie poza Starym Kontynentem jest dla zawodników z takowego nie zawsze tak samo proste, a jednocześnie daje handicap kolarzom i kolarkom, którzy pochodzą z innych stron. Czyż nie uczciwe byłoby zatem otwieranie się na to, że jednak tytuł mistrza świata powinno się równie łatwo uzyskiwać niezależnie od pochodzenia? Różny klimat, konieczność aklimatyzacji itd. nie powinny regularnie premiować Europejczyków.
Tylko czy powrót jest realny?
Zamarzyłem sobie podróżowanie mistrzostw świata po różnych kontynentach, tylko czy przy obecnej polityce UCI jest to realne? Niegdyś gospodarza wybierano na 2-3 lata w przód, zatem zgłoszenia można było wysyłać niejako pod wpływem chwili, emocji i czasowego boomu na ten sport w danym kraju. Richard Carapaz zostaje mistrzem olimpijskim i w Ekwadorze ktoś wpada na pomysł złożenia kandydatury? Super, ale obecnie jest to nierealne. Za prezydentury Davida Lappartienta bowiem gospodarzy zaczęto przydzielać z coraz większym wyprzedzeniem i dziś znamy już organizatorów czempionatów aż do 2031 roku włącznie, a wiele mówi się, że także i na 2032 rok takowy został już wybrany, a jedynie jeszcze nie ogłoszony. To całkowicie zabija pewną spontaniczność i reagowanie emocjami, a przecież to niezwykle ważne w sporcie. Nie wszędzie bowiem, tak jak to miało miejsce w Kigali, kibice przyjdą tłumnie na trasy tylko dlatego, że to największa impreza sportowa w historii ich państwa i będą gorąco dopingowali niezależnie od występu miejscowych kolarzy.
Nauczka dla włodarzy Polskiego Związku Kolarskiego
Ktoś kiedyś powiedział, że w Polsce kochamy piękne porażki i jesteśmy z nich niezwykle dumni. Cóż, nasza historia jest pełna heroicznych wydarzeń, które często kończyły się dla naszego narodu niezwykle brutalnie, więc być może z tego wynika fakt, że jako naród z podniesionym czołem wspominamy przelaną krew naszych przodków, nawet w wydarzeniach, które z racjonalnego punktu widzenia nie miały wielkiego sensu.
Chyba na tej samej zasadzie działa obecność polskich sportowców na dużych imprezach. Cóż, nie kryłem ani przez chwilę, że nie przeszkadzał mi brak polskich kolarzy w elicie, ale jednocześnie nie sposób przejść obojętnie obok tego, że jednak dla większości z Państwa (a przynajmniej tak mi się wydaje po liczbie komentarzy, ich wydźwięku itd.) obecność Polaka jest po prostu kwestią dumy i honoru. Wszyscy wiemy, że biało-czerwony najprawdopodobniej nie dotarłby do mety, a jednak jego obecność jest po prostu dla wielu osób ważna i nie można takich osobistych odczuć kwestionować. To coś, co muszą zapamiętać decydenci w Polskim Związku Kolarskim – sport bowiem to nie tylko chłodna kalkulacja, ale i odpowiadanie na potrzeby społeczne. Jeśli Polacy pokazali, że potrzebują swojego przedstawicielstwa, to trzeba im je dać – niezależnie od tego jakie by ono miało nie być.
Ile to kosztowało?
I na koniec coś luźniejszego – już w „zerowym” wydaniu Misji Kigali wskazywałem ile mniej więcej kosztować mnie będzie ten wyjazd, pora zatem na podsumowanie tego po powrocie do domu. Większość z tych kwot jest rzecz jasna nieco zaokrąglana, albowiem nie prowadziłem dokładnej ewidencji, a i będąc na miejscu pozwalałem sobie na więcej niż bym się spodziewał.
- loty: 3200 zł
- szczepienia i leki: 1500 zł
- wizy (w tym dziennikarska): 550 zł
- hotel (10 nocy): 900 zł
- wyżywienie: 500 zł
- taksówka z lotniska (scam od UCI): 40 zł
- taksówki przez pozostałe 9 dni: 100 zł
- wejścia do muzeum, rezerwatu, pamiątki, szmery i inne bajery: pomidor…
Za wspólne przeżywanie ze mną tego wyjazdu, masę komentarzy i pozytywnych słów serdecznie dziękuję! Mam nadzieję, że taki reportaż uda się jeszcze kiedyś stworzyć przy okazji jednego z kolejnych czempionatów!
Szczególne podziękowania dla moich współtowarzyszy podróży: Jerzy, Rafał – bez Was ten wyjazd nie byłby taki sam. Dziękuję też Michałowi, Danielowi, wszystkim zawodniczkom i zawodnikom oraz sztabowi za uczynienie tego pobytu w Rwandzie naprawdę niezapomnianym wydarzeniem.









Dziękuje za wszystkie felietony i sprawozdania z Kigali, dobrze się czytało.
Gratuluję spełniania marzenia, tak trzymać!
Wszyscy pisali, że to była droga impreza, ta za rok w Kanadzie będzie o wiele droższa.
Pozdrawiam.
100% zgody z tekstem, a te 7 tysięcy to nie jest kwota przerażająca.
Dorzuciłbym jedną, może dwie uwagi:
Ludzie tam autentycznie „enjoy” te mistrzostwa (mam wrażenie że angielskie słowo lepiej oddaje) Nie pakowali się tez z telefonami na trasę, wręcz mało kto tam robił zdjęcia po prostu oglądali z zainteresowaniem tą rywalizację. Super.
Tak samo uważam, że niezwykły klimat miał mundial w 2010 w RPA. Chociaż porównania nie mam bo po 2018 zakończyłem przygodę z oglądaniem piłki reprezentacyjnej.
Miło sie czytało.
Good job!
Polskie kolarstwo w wykonaniu działaczy to dno. Czeka nas 10 lat posuchy jak nie więcej. Zamiast puścić młodych po naukę, zastosowano metodę wysokich kosztów. Kanadę też odpuszczamy?
Przecież młodzi byli na MŚ…
A napoje ?