Zeszłoroczny zwycięzca klasyfikacji punktowej Biniam Girmay (Intermarché-Wanty) przyjeżdża na Tour de France głodny sukcesów. Erytrejczyk nie wygrał od zeszłorocznej edycji „Wielkiej Pętli” żadnego wyścigu, jednak wciąż jest jednym z faworytów sprinterskich finiszów. Lider Intermarché-Wanty marzy o założeniu choć na jeden dzień żółtej koszulki lidera.
Tegoroczna kampania sympatycznego „Biniego” nie należy do najbardziej udanych, albowiem od prawie roku nie udało mu się wygrać wyścigu. Zdarzały się miejsca na podium, jednak to nie za to rozliczany jest sprinter. Niemniej jednak, Erytrejczyk nie przejmuje się wynikami, a sam jest przekonany o swojej dobrej formie:
Nie jadę perfekcyjnego sezonu, to prawda. Nie wygrywałem, ale czuję, że jestem w dobrej formie, może nawet podobnej do zeszłego roku. Mogłem się dobrze przygotować w Erytrei, a pomimo tego, że moje rezultaty nie są jeszcze najlepsze, to mam nadzieję, że ciężka praca się odpłaci. Oczywiście, zwycięstwa podnoszą na duchu, ale cóż poradzić? Trzeba pokazywać pozytywną energię oraz pewność siebie, zarówno sobie, jak i kolegom z drużyny
– powiedział na konferencji prasowej Biniam Girmay.
Choć przywdzianie żółtej koszulki to ogromne marzenie, tak Girmay stara się być zachowawczy w swoich zapowiedziach. Oprócz tego, widzi pewne ryzyko związane z pierwszym etapem, a swoich szans stara się upatrywać w nieco innych okolicznościach:
Pierwszy etap od razu daje wspaniałą szansę zdobycia żółtej koszulki, ale to też trochę niebezpieczne. Nieprzewidziana kraksa i ryzyko z nią związane, a potem tracisz wszystkie trzy tygodnie. To niełatwe w kontekście walki na pierwszym etapie. Chciałbym wygrać etap i ciężko na to pracuję. Oczywiście, żółta koszulka to moje marzenie, ale głównie chciałbym dać z siebie wszystko i wygrać któryś z odcinków Touru. Dobrze tu sobie radzę z uwagi na pogodę, to moja największa przewaga, albowiem lubię gdy jest cieplej. Widzę dla siebie większą szansę chociażby w niedzielę
– kontynuuje Erytrejczyk.
Słowa lidera Intermarché-Wanty mają sens, albowiem niedzielny etap z metą na Boulogne-sur-Mer nie jest standardowym sprinterskim etapem. Ostatnie 10 kilometrów rywalizacji jest pełne drobnych stromych podjazdów, które mogą namieszać w peletonie. Choć nie jest to kalka, tak jednak widać pewne podobieństwa do zeszłorocznego 8. etapu, na którym swój drugi etapowy skalp zdobył bohater tego tekstu.
Co by nie mówić, trzy etapowe zwycięstwa oraz triumf w klasyfikacji punktowej w wykonaniu Biniama Girmaya był niespodzianką, żeby nie powiedzieć sensacją. W tym roku oczekiwania w takim razie wzrosły, jednak sprinter pochodzący z Asmary zdaje się tym nie martwić i wspomniał co go najbardziej motywuje:
Nie czuję presji, jeśli już to spowodowana własną ambicją. Wygranie jednego etapu jest wystarczająco trudne, a ja wygrałem trzy. To daje mi pewność siebie również na przyszłość, bo dzięki temu wiem, że jestem silniejszym ze sprinterów
– kwituje 25-letni kolarz.








