fot. Dariusz Krzywański | DkpSport&Life

– Jak Eddy Merckx, jak Tadej Pogačar… Janek Jackowiak najlepszym juniorem mistrzostw Polski – krzyczał na mecie przez mikrofon niezawodny Włodzimierz Rezner. Nie bez przyczyny – Jan Jackowiak rzeczywiście pokonał rywali w stylu, który robił gigantyczne wrażenie.

Kolarz jeżdżący na co dzień w barwach Cannibal B Victorious, który podczas dobczyckiego czempionatu pojawił się w koszulce drużyny UKS Copernicus CCC, już od kilku dni wie, że tegoroczne mistrzostwa będzie musiał uznać za bardzo udane – środę w bardzo dobrym stylu sięgnął po biało-czerwoną koszulkę w jeździe indywidualnej na czas. Na tym jednak nie zamierzał poprzestawać.

Zgodnie z planem

Gdy już po wyścigu ze startu wspólnego siedzieliśmy na ławce obok samochodu technicznego jego zespołu, dało się wyczuć, że sobotni sukces był dla niego wydarzeniem zaplanowanym. Zresztą świadczył o tym nie tylko spokój, z jakim wypowiadał każde kolejne słowo, ale także to, co się pod tymi słowami kryło:

– Dość szybko zauważyłem, że nikt nie jest w stanie wytrzymać mojego przyspieszenia pod górę. Ostatnie wzniesienie bardzo mi odpowiadało, raczej nie miałbym obaw przed finiszem, ale… tak naprawdę nigdy nic nie wiadomo. To jest jednak finisz po trzech godzinach ścigania – trudniej jest zachować kontrolę nad taką końcówką. 

– To dlatego chcieliśmy rozpocząć ten wyścig bardzo szybko. Nasza drużyna od samego początku jechała bardzo aktywnie. Trudno byłoby mi osobiście odskoczyć na samym początku wyścigu – cały czas miałem ogon, więc chcieliśmy, żeby na początku odjechał Mikołaj [Legieć] – ja miałem później do niego doskoczyć.

– opowiadał na mecie.

Część planu faktycznie udało się zrealizować. Legieć bardzo szybko – już po około 20 minutach ścigania, znalazł się w bardzo mocnej ucieczce. Być może zbyt mocnej, ponieważ peleton nie odpuścił jej zbyt daleko – przewaga wynosiła maksymalnie dwie minuty, a jej przygoda na czele zakończyła się jeszcze przed końcem pierwszej rundy. To zaczęło niepokoić Jackowiaka, który do mistrzostw przystępował z pozycji zdecydowanego faworyta…

– Trochę się niecierpliwiłem. Wjechaliśmy na drugą rundę, a dalej było dużo czekania i oglądania się na siebie. To nie jest mój styl ścigania, więc uznałem, że trzeba zaatakować. Kilometrów w nogach było coraz więcej, a podjazdów przed nami coraz mniej i uznałem, że nie warto zostawiać wszystkiego na ostatnią wspinaczkę. 

– powiedział zawodnik, który pierwszy ze swoich dwóch decydujących ataków przeprowadził na krótko przed rozpoczęciem podjazdów pod Górę Św. Jana i Jodłownik. Wtedy podążyli za nim Maksymilian Matyasik – piekielnie zdolny pierwszoroczny junior, oraz Ksawery Gancarz, którego późniejszy zwycięzca chwalił na mecie za aktywną jazdę.

Jednak nawet tak mocne przerzedzenie stawki nie satysfakcjonowało późniejszego mistrza Polski – Tak naprawdę zależało mi na tym, żeby samotnie zacząć podjazd pod ostatni Kobielnik – opowiadał. I akurat ten plan udało mu się zrealizować w stu procentach. Na ostatnim podjeździe przed Kobielnikiem zostawił rywali daleko z tyłu i samotnie popędził w stronę mety. Kreskę przekroczył ponad dwie minuty przed srebrnym medalistą.

Kolarz kompletny?

Tegoroczne mistrzostwa Polski odbywają się w miejscu, gdzie swoją wielką karierę rozpoczynał Rafał Majka – jeden z najlepszych górali (o ile nie najlepszy) w historii polskiego kolarstwa szosowego. Nic dziwnego, że organizatorzy – wśród nich pierwszy trener Majki, Zbigniew Klęk – przygotowali dla kolarzy najtrudniejszą trasę od lat. Dwie przejechane przez kolarzy rundy dawały łącznie ponad 2700 metrów przewyższenia na 137 kilometrach trasy. To dzięki temu Jackowiak mógł pokazać pełnię swojego talentu.

– Bardzo dobrze czuję się na takich podjazdach. Nie była to jednak dla mnie trasa idealna – wolałbym, żeby podjazdy były jeszcze dłuższe! Tak naprawdę to nie jest profil pod czystych górali – jak ktoś jest dynamiczny, to też sobie poradzi

– przyznawał na mecie.

Na szczęście on sam nie ma problemów z żadną trasą. W tym roku udało mu się już wygrać pagórkowaty Wyścig Pokoju, ale bardzo dobrze radził sobie również na brukowanych Paryż-Roubaix i Ronde van Vlaanderen, gdzie zajął kolejno 5. i 3. miejsce. Właściwie można dojść do wniosku, że Jackowiak nie ma słabych stron, choć w przyszłości chciałby się raczej skupić na najtrudniejszych podjazdach.

– Nie wiem jeszcze, jaki w przyszłości będzie mój profil, ale celuję w to, żeby być góralem. Chciałbym pokazywać się przede wszystkim na większych etapówkach z największymi podjazdami. Jednak klasyków nie wykluczam – widzę ile mi dały: tolerancję na pogodę i zmienne warunki, na trudny teren, na bardzo wysokie średnie…

– wylicza.

A na koniec właśnie wyścig jednodniowy wskazuje jako swój najważniejszy cel na ten sezon. To mistrzostwa świata w Rwandzie, gdzie zamierza powalczyć zarówno na trasie czasówki, jak i wyścigu ze startu wspólnego – trudno wyobrazić sobie większy zaszczyt niż zdobycie koszulki mistrza świata – przyznaje, choć jednocześnie zauważa, że przed sobą ma jeszcze kilka bardzo prestiżowych wyścigów etapowych.

Jego ambicje w nich sięgają bardzo wysoko, choć nie musi za wszelką cenę walczyć o dobry kontrakt po wyjściu z kategorii juniora. Choć wielu naprawdę dobrych kolarzy kończy swoją przygodę ze sportem już po osiągnięciu 19 roku życia, jemu to raczej nie grozi – już dotychczasowe wyniki powodują, że o swoją najbliższą przyszłość w ogóle nie musi się martwić.


Redakcja Naszosie.pl będzie relacjonowała dla Państwa wszystkie wydarzenia z Mistrzostw Polski w kolarstwie szosowym – Dobczyce 2025 prosto z serca wydarzeń. Przygotujemy relacje tekstowe z każdego dnia rywalizacji, a także obszerne zapowiedzi, podsumowania zmagań każdej kategorii oraz liczne wywiady. Śledźcie nasz portal podczas tego wyjątkowego wydarzenia!

Wszystko o Mistrzostwach Polski w kolarstwie szosowym – Dobczyce 2025:

Poprzedni artykułMistrzostwa Polski 2025: Jan Jackowiak bierze wszystko
Następny artykułMistrzostwa Polski 2025: Katarzyna Niewiadoma wygrywa „Gwiezdne Wojny”
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Obserwator
Obserwator

Co oni „jedzą „ bo raczej nie to co ta reszta czyli ponad połowa peletonu 🤔 a i jeszcze przebadać pierwszą 10 i też dużo się wyjaśni 😁