fot. Bahrain Victorious Devo Team

Za nami niezwykle emocjonująca edycja Tour de l’Avenir. Jako polscy kibice mogliśmy bowiem nie tylko przeżywać walkę najlepszych orlików na świecie, ale i ekscytować się walką biało-czerwonych. W 1. części zmagań pięknie pokazywał się Dawid Lewandowski, w drugiej zaś do głosu doszedł Jan Jackowiak. Z kolarzem Bahrain Victorious Development Team miałem okazję porozmawiać nie tylko o francuskiej etapówce.

W środę zakończyła się 62. edycja Tour de l’Avenir – najważniejszego wyścigu wieloetapowego dla kolarzy do lat 23 na świecie, który przez wielu bywa nazywany „małym Tour de France”. Tegoroczne zmagania przyniosły nam masę polskich emocji, a ich autorami byli przede wszystkim dwaj wspomniani we wstępie zawodnicy. Z Janem Jackowiakiem miałem okazję porozmawiać na spokojnie po wyścigu i na początek omówić jego przebieg.

W tym roku mieliśmy dość specyficzny Tour de l’Avenir, z 4 dniami po płaskim na początek, które wcale nie były proste, jak mogłoby się niektórym wydawać, a wynikało to z liczby kraks, otwartej sytuacji w generalce i sporej ilości bocznego wiatru, który mieszał w peletonie. Efekt był taki, że choć niektórzy mówili, że wjechaliśmy w góry na świeżo, to ja w góry na świeżo nie wjechałem, nie wiem jak reszta. Tam rzecz jasna nie było lżej. Dla mnie to był taki bardzo wymagający test – 3 dni z rzędu w górach, w zasadzie bez chwili wytchnienia, konieczność walczenia o każdą sekundę, bez rozdzielających tego łatwiejszych dni. To dawało w kość

— zaczął Jan Jackowiak.

18-latek był najmłodszym kolarzem w całej stawce, a ten wyścig był dla niego pod wieloma względami czymś nowym. Przeszło 230-kilometrowy etap nr 3, następnie około 5 tysięcy metrów w pionie podczas królewskiego odcinka z metą na słynnym Col de l’Iseran – to wszystko były rzeczy, jakich dotychczas zawodnik Bahrain Victorious Development Team nie miał okazji przeżyć w tempie wyścigowym. Jak wyglądało pokonywanie takich trudności z perspektywy peletonu?

W sumie śmialiśmy w drużynie, że ten rok Tour de l’Avenir to organizatorzy zrobili typowo pod pobicie rekordów. Dostaliśmy etap ponad 230-kilometrowy, żeby był najdłuższy, zrobili też etap mający 5 tysięcy metrów w pionie, żeby było najwięcej. Nawet jak się spojrzy na Tour de France, to rzadko znajdziemy aż takie dni. Wiadomo, że nie, nie chodzi tutaj o, o wyolbrzymianie i powiedzenie, że Avenir było nagle trudniejsze od Touru. Absolutnie nie, to jest tygodniowy wyścig, ale pamiętajmy, że ścigali się tu orlicy. Do tego któryś etap był bardzo szybki – może nie rekordowo, ale to też tworzyło ogólny efekt bardzo ciężkiego wyścigu. Na pewno intencje organizatora były takie, żeby nie było miejsca na przypadek, żeby nikt nie chował się. Tu nie dało się wygrać jadąc po cichu, w kołach, oszczędzając się na „dniach wolnych”. To było 7 dni mocnego ścigania

— kontynuował wychowanek UKS Copernicus Toruń CCC – Akademii Michała Kwiatkowskiego, który całe zmagania zakończył na 8. miejscu w klasyfikacji generalnej. Czy ten wynik i ogólnie kształt czołówki był dla niego jakąś niespodzianką?

Wyniki oddały to, czego można było się spodziewać i faktycznie w czołówce byli wyłącznie najlepsi. Myślę, że jedynym zawodnikiem, który mógł zaskoczyć, był Kasper Haugland, który waży chyba z 75 kilogramów, a skończył jedną pozycję przede mną. Nie wiem, jak on to zrobił, ale chyba Norwegom wyrasta drugi Jonas Abrahamsen. Oczywiście to nie przypadek pod kątem tego, że był w czołówce, a bardziej chcę powiedzieć, że naprawdę zaskoczył

— odpowiedział chwaląc jednego z rywali Jan Jackowiak.

18-latek znalazł się na ustach całej kolarskiej Polski przede wszystkim za sprawą występu na królewskim etapie. We wtorek kolarze pokonywali co prawda „tylko” 149 kilometrów, ale za to czekało na nich wspominane już 5 tysięcy metrów w pionie, a w nogach uczestnicy 62. Tour de l’Avenir mieli już 5 dni rywalizacji. Młody Polak, brązowy medalista zeszłorocznych Mistrzostw Świata w kategorii juniorów, bardzo wcześnie ruszył w odjazd. Z racji na to, że relacja telewizyjna włączała się dopiero podczas zbliżania się do finałowej wspinaczki na Col de l’Iseran, zapytałem Jana Jackowiaka o to jak ten etap przebiegał z jego perspektywy i co sprawiło, że ten zdecydował się na pójście w ucieczkę, a także dopytałem, czy to był jego najcięższy dzień na rowerze w dotychczasowej karierze.

Myślę, że najcięższy dzień był dla mnie jeszcze cięższy ze względu na to, że bardzo szybko musiałem iść w odjazd. Jeśli chodzi o przebieg tego etapu, to w peletonie była taka sytuacja, że Lorenzo został szybko bez pomocników, tempo było bardzo szarpane, a mi zależało, żeby ten etap z 5 tysiącami metrów przewyższenia przejechać możliwie jak najrówniejszym tempem. Także wykorzystałem chwilę nieuwagi i zabrałem się w odjazd. Spędziłem w sumie z 30 kilometrów samemu w pierwszej godzinie ścigania, ale udało mi się dojechać do odjazdu, który zawiązał się jakiś czas wcześniej. Ta grupa liczyła pewnie koło piętnastu osób na początku, potem następowały jeszcze różne przetasowania, dzieliła się i tak dalej, ale załóżmy, że ten ostatni podjazd na Col de l’Iseran zaczęliśmy w kilka osób. Mieliśmy niezłą przewagę, także mogliśmy rozgrywać to z Kasperem Borremansem na swoich warunkach, co było mega, mega doświadczeniem i na pewno niejedna drużyna chciałaby być w naszej pozycji tego dnia. Mimo że nieco mi zabrakło tuż przed samą kreską, to udało się nam wygrać jako zespołowi i myślę że ciężko było nam sobie wyobrazić lepiej królewski etap w kontekście rozegrania go drużynowo

— odpowiedział Jan Jackowiak, którego zapytałem, czy po takim nieco gorzkim sezonie za sprawą m.in. przedwczesnego wycofania się na skutek kraksy z Giro d’Italia Next Gen, ta 8. lokata jest swojego rodzaju osłodą.

Chyba nie jestem jednym z tych, który jakoś tak mocno to analizuje. Ósmy to jest ósmy, co nie? Nie jest to 1. miejsce, ale wiem, że to było poza zasięgiem w tym roku, z tą formą. Myślę, że na pewno się bardzo dużo nauczyłem i nie ma tutaj mówienia o słodko-gorzkim smaku czegokolwiek. Mam rok z przygodami, ale wydaje mi się, że w pierwszym roku orlika mało kto ma równy sezon i wydaje mi się, że teraz mniej wiem na temat swojego ciała niż wiedziałem rok temu. Za mną zupełnie inne obciążenia, inne treningi, te wyścigi są tak zupełnie inne, że w zasadzie z każdym dniem startowym pojawia się coś nowego, coś nowego się dowiaduję, ale przy okazji zazwyczaj coś, co myślałem, że jest jakąś prawdą, uniwersalnym rozwiązaniem, które stosowałem do tej pory, już się nie sprawdza

— opowiadał 18-letni Polak.

Dla zawodnika ścigającego się od tego roku w barwach Bahrain Victorious Development Team to premierowy rok w nowej kategorii wiekowej, kiedy ten ma okazję ścigać się zarówno w wyścigach dla orlików, jak i tych dla elity. Z tą drugą było mu dane przejechać m.in. Giro di Sardegna (2.1), które ukończył na 6. miejscu w klasyfikacji generalnej oraz wygrywając zestawienie młodzieżowe. Jak z perspektywy tego roku swój progres ocenia Jan Jackowiak?

Czuję, że się zdecydowanie poprawiłem w dłuższych etapówkach. Tak jak Sardynia na początku zrobiła duże na mnie wrażenie i dużo mnie kosztowało, żeby się po niej pozbierać, to myślę, że dzisiaj, 2 dni po wyścigu, nawet jeśli jestem równie zmęczony, to sądzę, że dużo szybciej mi zejdzie, żeby się z tego pozbierać i wrócić do solidnych treningów. Ten Tour de l’Avenir dał mi zresztą nie tylko lekcję, ale i dużo pewności siebie, bo choć był bardzo wymagający, to wiem jak go znosiłem, jak się z dnia na dzień czułem. Widziałem jak czuje się reszta i na tym tle wypadałem dobrze, choć w zasadzie tygodniówkę jechałem drugi raz w życiu, a ta pierwsza w Bretanii, którą jechałem w kwietniu, dużo mnie kosztowała. Potem miało być Giro, którego nie przejechałem całego i teraz jest Tour de l’Avenir, który naprawdę czuję, że zniosłem znacząco lepiej. Cieszę się tym progresem, który czuję

— odpowiedział Jan Jackowiak, którego musiałem zatem zapytać, czy skupienie się na wyścigach etapowych nie wpłynie w jakiś sposób na jego występy w jednodniówkach – wszak w tym roku jego łupem padły włoskie Tr. Città di S.Vendemiano – GP Industria & Commercio (1.2U) i GP Capodarco Comunita Di Capodarco (1.2U), a przed nim m.in. Mistrzostwa Świata. Czy klasyki pozostaną w głowie utalentowanego, młodego zawodnika?

Tak, na pewno nie odstawiam klasyków. Myślę, że i w jednym, i w drugim jestem w stanie sobie dobrze radzić. Chciałbym iść w stronę wyścigów etapowych, ale to absolutnie nie wyklucza jednodniówek

— uspokoił mnie 18-latek z Torunia.

Choć Tour de l’Avenir zostawiło bez wątpienia spory ślad w nogach Jana Jackowiaka, to ten ma jeszcze przed sobą kolejne wyzwania na ten rok. Tajemnicą nie jest, że zawodnik Bahrain Victorious Development Team będzie jednym z liderów naszej kadry do lat 23 na Mistrzostwa Świata, które zostaną rozegrane w kanadyjskim Montrealu, ale czy wiadomo co dalej znajdzie się w programie 18-latka?

Dobre pytanie. Myślę, że ten mój plan jest dosyć dynamiczny. Ostatnie na czym stanęło to fakt, że teraz ruszam na zgrupowanie wysokogórskie z kadrą już we wtorek, a stamtąd lecimy prosto do Kanady. Po Kanadzie we wstępnych planach są Mistrzostwa Europy w Słowenii, a potem jest taka szansa, że pojadę Japan Cup i to byłby ostatni start dla mnie w tym roku

— odpowiedział Jan Jackowiak, którego dopytałem o jego przewidywania związane z rywalizacją w ramach światowego czempionatu.

Myślę, że to będzie bardzo ciekawy wyścig do oglądania dla kibiców, szczególnie po tym, jak się rozgrywają tam wyścigi co roku, bo to ta sama trasa co w worldoturowych zmaganiach. Tam się naprawdę dużo dzieje i w zasadzie za każdym grupa się dzieli, a czasem nawet gdy już się wydaje, że ktoś pojechał i wygra, to okazuje się potem, że jeszcze gdzieś stawka się dogania, przegania, wszystko potrafi się zmienić nawet na ostatniej rundzie. Myślę, że w kontekście nieprzewidywalności mistrzostwa mogą być porównywalne do Zurychu. Do tego dochodzi aspekt jazdy po mieście. To przypomina znowu Glasgow. Także wydaje mi się, że może to być takie Glasgow, ale o jeszcze trochę cięższym profilu

— rozwinął Jan Jackowiak, którego zapytałem o cele naszej kadry na ten wyścig.

My celujemy wysoko. Nie chciałbym tego nazywać zbyt buńczucznie, ale myślę, że nie mamy czego się wstydzić z takim składem, jaki mamy

— odpowiedział 18-latek.

W przeszłości Jan Jackowiak był m.in. mistrzem Polski juniorów w jeździe indywidualnej na czas, w Europie zajął wówczas 4. miejsce, a z Mistrzostw Świata wrócił jako 7. zawodnik naszego globu. Ten rok, a dokładniej program Jana Jackowiaka, nie obejmował okazji do samotnej walki z czasem, ale mimo to można się spodziewać, że ten w Kanadzie stanie do rywalizacji także i czasówce. Z czego to wynika?

Na czas za dużo w tym roku się nie pościgałem, więc traktuję to jako intensywne przetarcie, próbę siebie. Na pewno teraz jeszcze skupię się na tym, by przygotować się jak najlepiej, bo dotychczas brakowało na to czasu. Nie było czasówki na np. Tour de l’Avenir, więc nie było potrzeby trenować, ale na pewno będę potrzebował tego aspektu w przyszłym roku i już teraz warto ponownie nad tym mocniej popracować. Dlatego zdecydowałem się wystartować i trochę się zmusić do pracy nad tą jazdą na czas w tej drugiej części sezonu z myślą o przyszłym roku, a także jako takie dobre przepalenie przed startem wspólnym

— zakończył naszą rozmowę Jan Jackowiak.

Z pewnością warto będzie trzymać mocno kciuki za biało-czerwonego podczas każdego z jego startów, jakie mu pozostają w tym sezonie. Jeśli wstępne plany sprawdziłyby się, to czasówka w ramach Mistrzostw Świata dla kolarzy do lat 23 odbywa się 21 września, 4 dni później orlicy stoczą swój bój w wyścigu ze startu wspólnego. Mistrzostwa Europy to z kolei początek października – 2. dnia tego miesiąca odbędzie się start wspólny dla tej kategorii wiekowej, zaś 7. zaplanowana jest walka o medale na czas. Ewentualny wyjazd na Utsunomiya Japan Cup Road Race, który byłby dla 18-latka okazją do debiutu w imprezie rangi UCI ProSeries, to z kolei 18 października.

Poprzedni artykułVuelta a España 2026: Enric Mas triumfuje w koszulce lidera!
Następny artykułTrwają prace serwisowe. Portal powróci do działania po ich zakończeniu
Jakub Jarosz
Niegdyś zapalony biegacz, dziś sędzia siatkówki z Pomorza, przy okazji aktywnie grający w jednej z trójmiejskich drużyn. Fan kolarskich statystyk i egzotycznych wyścigów. Marzeniem związane z tą dyscypliną był wyjazd na Mistrzostwa Świata do Rwandy w 2025 roku. Po jego spełnieniu póki co szukam kolejnego, ale bez wątpienia chciałbym z kolarstwem zwiedzić świat.
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze