Były sprinterskie pojedynki gwiazd, z domieszką delikatnego polskiego rozczarowania. Był Jonas Vingegaard, który wrócił do Polski jak po swoje. Jednak być może tym, co ciekawiło kolarski świat najbardziej, były wyniki radiowego eksperymentu, przeprowadzonego w środkowej fazie Tour de Pologne. Jakie wnioski można wyciągnąć po tych trzech dniach bezradiowego ścigania?
Zanim odpowiem na postawione w leadzie pytanie, przypomnę genezę tego kontrowersyjnego pomysłu, który wzbudza olbrzymie emocje nawet na najwyższym kolarskim szczeblu. Na początek warto zaznaczyć – to nie jest pomysł Czesława Langa. Gdy jeszcze przed Tour de Pologne zapytaliśmy go o cały eksperyment, powiedział nam:
– To jest inicjatywa wszystkich organizatorów. Moja córka – Agata, jest w dyrektoriacie UCI i powiedziała tam, że jesteśmy gotowi, żeby to w trakcie Tour de Pologne spróbować wprowadzić. Otworzyliśmy się – powiedzieliśmy, że możemy w trakcie Tour de Pologne spróbować przeprowadzić etap bez słuchawek.
Te słowa Langa przytaczam nie bez przyczyny. Biorąc bowiem pod uwagę jego liczne wypowiedzi, w których narzeka na obecność radia w peletonie, można byłoby dojść do wniosku, że jest to od początku do końca jego pomysł. Nie – to nie jest prawda. Po prostu Czesław Lang zalicza się do większej grupy “radiosceptyków”, w której jest również szef UCI – David Lappartient.
Ich argumentów przeciwko dostępowi kolarzy do radia słuchaliśmy na przestrzeni lat bardzo często. Ja sam wielokrotnie rozmawiałem z byłymi kolarzami, którzy podczas lub poza nagrywaniem kolejnych wywiadów narzekali na skutki wprowadzenia radia. Mówili m.in. że niegdyś wyścigi były ciekawsze – że dalej są, gdy tylko organizatorzy odbiorą kolarzom radio, przytaczając choćby przykład zwycięstwa Anny Kiesenhofer w Tokio.
Zdecydowanie nie jest to argument pozbawiony sensu. Choćby czytając relacje z dawnych edycji Tour de Pologne, zwanego wtedy częściej Wyścigiem Dookoła Polski, wielokrotnie zauważam, jak bardzo różniło się tamto kolarstwo od dzisiejszego. Choć trasy nieraz były zdecydowanie łatwiejsze niż dziś – różnice między zawodnikami w “generalce” zazwyczaj były zdecydowanie większe. Także dlatego, że dało się je stworzyć nawet na płaskich etapach.
Tyle tylko że niemal wszyscy, nawet większość wspomnianych “radiosceptyków” zauważa, że kolarstwo się zmienia. Mało który z nich obiecuje: “Zabierzcie kolarzom radia, a dostaniecie ściganie takie, jak w latach 80.”. Nie, to po prostu nie jest możliwe. Ściganie bez radia ma nauczyć zawodników myślenia i spowodować, że ich inteligencja taktyczna będzie miała większe niż dotychczas znaczenie dla wyników poszczególnych wyścigów. Te natomiast – choć nie wyglądające tak, jak w poprzednich dekadach, miałyby być bardziej atrakcyjne dla postronnego kibica. Tylko czy tak rzeczywiście było? W tym miejscu warto powiedzieć „sprawdzam”!
Skok w przeszłość
Dla przypomnienia – spośród 7 etapów tegorocznego Tour de Pologne, częścią eksperymentu UCI stały się trzy. W jaki sposób dokonano wyboru? Nie, wcale nie rzucono sześciościenną kostką (po wyłączeniu etapu jazdy na czas tyle właśnie etapów miał wyścig), czekając na decyzję losu – wyboru dokonali organizatorzy wyścigu, którym jak już wyżej pisaliśmy, zależało na tym, by eksperyment się powiódł. Wyboru dokonali wprawdzie kierując się przede wszystkim kryterium bezpieczeństwa, jednak z całą pewnością musieli brać pod uwagę również to, które z etapów mogą najbardziej uwydatnić różnice, jeśli chodzi o ściganie się z i bez radia.
Areną pierwszego ze sprawdzianów, gdzie łączność radiową jedynie ograniczono – dostęp do wozów dyrektorskich miało wyłącznie dwóch zawodników każdej ekipy, był etap z Wałbrzycha do Duszników-Zdroju. Trasa etapu, choć od ubiegłorocznej różniła się nieco w swojej środkowej fazie, to ostatecznie jej poziom trudności był bardzo podobny do tej sprzed roku – być może nawet odrobinę wyższy (o czym świadczą np. metry przewyższenia).
Jaki był finał etapu? Pomimo radiowego eksperymentu, niemal taki sam, jak przed rokiem. Nie znaleźli się śmiałkowie, którzy mieliby okazję przetestować możliwości pogoni, której właśnie znacząco utrudniono komunikację. Wszyscy i tak czekali na ściankę w Dusznikach-Zdroju, na której o zwycięstwo walczyło, tak jak rok wcześniej, nieco ponad 20 zawodników (tym razem o czterech mniej niż poprzednio, jeśli ma to dla kogoś jakieś znaczenie).
Pozostałe etapy to te sprinterskie – z metą w Prudniku i Katowicach. W przypadku tego drugiego łączności radiowej między kolarzami, a dyrektorami nie było w ogóle. Jak bardzo zmieniło to sytuację na trasie? W zasadzie wcale. Tak jak zwykle uciekinierzy zaatakowali, uzyskali 2-3-, może 4-minutową przewagę i stopniowo ją tracili, na nowo zbliżając się do peletonu. Legendarne wyliczenia dyrektorów sportowych nie były potrzebne – kolarze sami byli w stanie oszacować prędkość, z jaką powinni jechać, by nie dać uciekinierom dojechać do mety.
O tym, jak niewielkie znaczenie dla sportowej strony wyścigu miało pozbawienie kolarzy łączności radiowej, niech świadczą również nazwiska etapowych zwycięzców. Na 3. najlepszy okazał się Thibau Nys – najlepszy również na “radiowych” odcinkach z numerami 1. i 6., zaś w kolejnych dniach Tim Merlier i Olav Kooij – z radiem czy bez, najlepsi sprinterzy w stawce.
Groźba buntu
Prawda jest taka, że decyzja UCI więcej zamieszania niż na trasie, zrobiła w mixed zonie. Dziennikarze regularnie pytali kolarzy, co sądzą o tym pomyśle. Kolarze reprezentacji Polski – przywykli do bezradiowej rzeczywistości, zazwyczaj nie mieli nic przeciwko niemu. Inni, jak Tim Wellens, przyznawali, że eksperymenty, których celem jest zmiana kolarstwa na lepsze, są potrzebne. Większość zwracała jednak uwagę na to, że w oficjalnym uzasadnieniu, ograniczenie komunikacji służyć miało bezpieczeństwu zawodników, a oni sami czują, że zmiana odnosi skutek odwrotny do zamierzonego.
– Czuję, że w grupie panowało się jeszcze większe napięcie, niż zwykle, więc w sumie otrzymaliśmy efekt odwrotny od zamierzonego. Tylko kilku chłopaków wiedziało, co dzieje się na trasie, a reszta nie miała o tym żadnego pojęcia. Do tego absolutnie wszyscy kotłują się z przodu jeszcze bardziej, niż zwykle.
– opowiadała po 3. etapie największa gwiazda wyścigu – Jonas Vingegaard, który sam jednak znalazł na ten problem sposób – jazdę z tyłu. Mocnej wypowiedzi udzielił również ten, na którego występy najmocniej czekali Polacy – Stanisław Aniołkowski.
– Właściwie uczysz się kolarstwa od nowa. Musisz odwracać się, krzyczeć do innych zawodników. To tylko powoduje dodatkowe zagrożenie
– mówił.
Ich wypowiedzi nie były wcale odosobnione. W pewnym momencie pisano nawet o groźbie buntu, co zresztą potwierdził później jeden z opuszczających mixed zonę zawodników. Jeśli wierzyć jego słowom, przed zignorowaniem zaleceń UCI odstraszył ich dopiero taryfikator kar przesłany przez organizację.
(Nie)bezpieczeństwo przede wszystkim?
O potencjalnych niebezpieczeństwach mówili więc dużo (często naprawdę sensownie) zawodnicy, ale zauważałem je nawet ja, jadący w kolumnie wyścigu. Gdy będąc nieco przed kolarzami mijaliśmy w Olkuszu wyjątkowo ostry zakręt, a chwilę później słyszeliśmy we wciąż funkcjonującym radiu wyścigu ostrzegający o nim komunikat, pomyślałem sobie: “Po co oni nam to mówią? Tę informację powinni dostać zawodnicy, a to się nie wydarzy. Nie ma łączności radiowej”. Przez kolejne minuty właściwie odliczałem czas do kraksy, która wydawała mi się nieunikniona i smutno uśmiechnąłem się, gdy podczas tego odliczania przejeżdżaliśmy obok kibica z banerem o treści: “No kraksa, please” – to życzenie wydawało się wyjątkowo trudne do spełnienia.
A jednak – minuty mijały, kolarze w końcu przejechali niebezpieczne miejsce, a kraksy nie było. Owszem, dyrektorzy sportowi nie mogli przekazywać swoim kolarzom informacji, które dostali od organizatorów, ale przecież nie jest to jedyny sposób, by ci dowiedzieli się, w których miejscach powinni zachować szczególną ostrożność. Liczne oznaczenia znajdują się na drogach – do dziś, jadąc na rowerze ulicą Reymonta w Krakowie, przez którą przebiegała trasa wyścigu, widzę, że wszystkie znajdujące się tam dziury, obrysowane są dookoła rzucającym się w oczy kolorem, a jadąc w kolumnie tych poszczególnych oznaczeń widziałem zdecydowanie więcej.
Generalnie, wydaje się, że liczba upadków, do których doszło podczas tegorocznego Tour de Pologne nie była większa, niż podczas innych wyścigów – tych, gdzie z radia dało się korzystać normalnie (choć niestety przeliczenie tego okazało się ponad moje siły – jeśli któryś z czytelników chciałby się podjąć tego zadania, by potwierdzić lub obalić moją hipotezę – zapraszam w sekcję komentarzy). Skutkiem eksperymentu UCI nie była także (a przynajmniej w tym momencie nic na to nie wskazuje) poważna kontuzja Nicolasa Debeaumarche, ponieważ służby medyczne zareagowały na jego upadek wystarczająco szybko.
Czy testy trzeba kontynuować?
Wszystko wskazuje więc na to, że zabranie kolarzom radia nie jest pomysłem, którego pełnię wad i zalet da się poznać podczas 3 dni wyścigowych. Prawdopodobnie część z nich ukazałyby się w pełni dopiero wtedy, gdyby wdrożono go w zdecydowanie dłuższym wymiarze.
Jednak czy UCI się na taki zabieg zdecyduje? Mam spore wątpliwości. Taki krok mógłby jedynie jeszcze bardziej nadszarpnąć wizerunek tej organizacji. W końcu to kolarze są tymi osobami z kolarskiego środowiska, które wzbudzają największą sympatię ze strony kibiców. To oni są też głównymi aktorami widowiska, które bez nich po prostu nie mogłoby się odbyć. Toczenie z nimi wojny i straszenie sankcjami w razie nieposłuszeństwa, długofalowo może przynieść same złe skutki.
Dodatkowo, teraz wiemy już na pewno, że jeśli nieobecność radia może spowodować widoczny dla kibica efekt sportowy, to tylko na pojedynczych etapach, w ściśle określonych okolicznościach, więc być może po prostu nie ma o co kruszyć kopii. A jeśli działaczom UCI naprawdę zależy na tym, by sprawdzać ten sposób na uatrakcyjnianie kolarstwa, powinni znaleźć jakiś kompromis z zawodnikami, zamiast toczyć z nimi kolejną bezsensowną batalię.









Próba zabrania kolarzom radia ma takie same szanse powodzenia, jak próba zabrania dzieciakom smartfonów. Zresztą nie tylko o samo radio chodzi, super inteligentne liczniki rowerowe, pomiary mocy, tętna, wydolności itd. itd. a wszystko jeszcze spięte z internetem. Nawet przerzutki dzisiaj „muszą” być elektroniczne. Niestety żyjemy w „elektronicznych czasach” i młodych się już od tego nie odklei. Niestety ☹️
Jak drugi komentar – bardziej mnie śmieszy jak na itt ktoś mówi że mu moc nje działała i musiał jechać na czuja 😀 może to da lepszy efekt?
A radio można ograniczyć tylko do kwestii bezpieczeństwa i komunikacji między kolarza mi bez strategi czemu by tego nie spróbować?