Na Placu Trocadero po igrzyskach olimpijskich była zapłakana — podobnie jak na szczycie Alpe d’Huez po zakończeniu Tour de France Femmes. Łzy Katarzyny Niewiadomej nie były jednak takie same — dwa tygodnie po ogromnym francuskim rozczarowaniu, w tej samej Francji osiągnęła swój największy sukces w karierze i spełniła dziecięce marzenia.
Katarzyna Niewiadoma opisuje się jako osobę niecierpliwą, co jest o tyle niefortunne, że ostatnie lata spędziła na czekaniu. Będąc jedną z najlepszych zawodniczek na świecie, przez kilka sezonów nie była w stanie wygrać żadnego wyścigu. Wielokrotnie pokazywała, że jest najmocniejsza w stawce, że wygraną ma w kieszeni. Za każdym razem coś stało jej na przeszkodzie — jak nie pech, to nieco szybsze rywalki czy silniejsze, konkurencyjne drużyny, mające przewagę liczebną w kluczowych momentach wyścigów.
Lata mijały, a Katarzyna Niewiadoma i jej kibice czekali na przełamanie posuchy i upragnione zwycięstwo. Polskiej zawodniczce w oczekiwaniu pomagał między innymi mąż — były kolarz Taylor Phinney. — Jego wsparcie pomaga mi w znalezieniu balansu i zrozumieniem, że pewne rzeczy wydarzają się z jakiegoś powodu. Jest osobą bardzo cierpliwą i wprowadza spokój w moje bardziej zwariowane życie — mówi Katarzyna Niewiadoma, która odnalazła nie tylko balans, ale także przełamała strach przed największą rywalką w ostatnich latach, Demi Vollering.
Holenderka stała się jedną z dominatorek, a jej obecność w najsilniejszej drużynie w stawce sprawiła, że pokonanie jej w wielu wyścigach graniczyło z cudem. Katarzynie Niewiadomej się to jednak udało — co prawda nie na szosie, ale w prestiżowych, gravelowych mistrzostwach świata, gdzie Polka wywalczyła tęczową koszulkę. — To było kluczowe dla mojej pewności siebie — wspomina po kilku miesiącach Katarzyna Niewiadoma.
Dzięki temu triumfowi, Polka ze spokojniejszą głową mogła podejść do kolejnego szosowego sezonu, gdzie wciąż celowała w upragnione zwycięstwo — obojętne, w którym wyścigu. Jej domeną są klasyki, co pokazała także w tym roku: czwarta w Strade Bianche, druga w Ronde van Vlaanderen, dwudziesta w swoim ulubionym Amstel Gold Race. Kolejne wyścigi mijały, a wygranej wciąż nie było. Do końca pozostały jednak Strzała Walońska i Liege-Bastogne-Liege. Dobrze wiadomo, że na Mur de Huy Polka czuje się bardzo dobrze i rok w rok finiszuje tam w ścisłej czołówce.
Nie inaczej było i tym razem — różnicą był jedynie fakt, że wjeżdżając na metę nie widziała przed sobą sylwetki żadnej innej zawodniczki. Wygrała, po raz pierwszy od 2019 roku. Zwycięstwu Katarzyny Niewiadomej towarzyszyły ogromne emocje i nic dziwnego. Ten triumf z pewnością odblokował Polkę, która miała przed sobą jeszcze kilka celów w tym sezonie, a wśród nich igrzyska olimpijskie w Paryżu oraz Tour de France Femmes.
W Paryżu było jej „po prostu smutno”
Do stolicy Francji Katarzyna Niewiadoma przyjechała zmotywowana i w znakomitej formie, przygotowana tak samo, jak do udanej kampanii wiosennych klasyków. Trasa z płaskim dojazdem do mety u stóp Wieży Eiffla nie była może idealnie skrojona pod charakterystykę polskiej zawodniczki, ale oba wyścigi ze startu wspólnego pokazały później, że dało się wygrać je „na solo”.
Po takiej akcji olimpijskie złoto zdobyła Kristen Faulkner, pokonując Katarzynę Niewiadomą o niespełna 3 minuty. Po przekroczeniu linii mety Polka była załamana — wiedziała, że medal był jak najbardziej w jej zasięgu. Z gry o zwycięstwo i lokatę w ścisłej czołówce wyeliminowała ją jednak kraksa, przez którą została zatrzymana i straciła kontakt z urywającą się grupą. — Mam wrażenie, że spędziłam cały wyścig goniąc czołówkę, a tak naprawdę powinnam być z przodu i walczyć na równi z innymi — opisywała w naszej rozmowie na Placu Trocadero Katarzyna Niewiadoma.
W Paryżu reprezentantka Polski nie myślała nawet o przekuciu rozczarowania i porażki w sportową złość. Mówiła tylko, że jest jej po prostu bardzo przykro. Znalazła jednak sposób na poradzenie sobie ze smutkiem i podniesienie się po nieudanym starcie w igrzyskach olimpijskich.
— Okres poolimpijski był bardzo ciężki. Czasami jest to mega dołujące, kiedy po miesiącach ciężkiej pracy i poświęcenia wkładanego w jeden start, przez kraksę czy pech wszystko znika. Ciężko było mi się po tym podnieść, natomiast z pomocą mojego męża Taylora było mi dużo łatwiej. Fakt, że zaczęłyśmy Tour de France tylko tydzień później i mogłam szybko zmienić otoczenie, być z moją drużyną, na pewno dało mi taką motywację, by ruszyć dalej
— komentowała Katarzyna Niewiadoma dla Naszosie.pl i innych mediów.
Od frustracji do euforii
Ledwie kilka dni po rozczarowujących igrzyskach olimpijskich Katarzyna Niewiadoma stanęła na starcie Tour de France Femmes i była jedną z faworytek tego wyścigu. Za Polką przemawiał udany sezon, a także znakomite występy w dwóch poprzednich edycjach, które kończyła na najniższym stopniu podium, a w ubiegłym roku również z koszulką w czerwone grochy na swoich ramionach.
Teraz celem było zwycięstwo. Aktywną i waleczną jazdą, Polka nadrabiała straty poniesione na etapie indywidualnej jazdy na czas i po czwartym etapie zajmowała miejsce na podium klasyfikacji generalnej. W żółtą koszulkę wskoczyła niespodziewanie dzień później, gdy pechowy upadek zaliczyła Demi Vollering, a Katarzyna Niewiadoma zafiniszowała na znakomitej, drugiej pozycji. Etap wygrała drużynowa koleżanka poobijanej Holenderki, jednak w momencie, gdy zawodniczki Team SD Worx — Protime skupiały się na pojedynczych bitwach, Polka myślała tylko o wygraniu wojny.
Z dnia na dzień Katarzyna Niewiadoma przybliżała się do triumfu w klasyfikacji generalnej, ale do końca pozostała jeszcze jedna trudna przeprawa i zarazem ostatnia szansa na zmianę na prowadzeniu, etap z metą na Alpe d’Huez. Największa rywalka Polki, Demi Vollering, zaatakowała jeszcze przed decydującym podjazdem, na stokach Col du Glandon, ponad 50 kilometrów przed kreską!
Demi Vollering i Pauliena Rooijakkers zdołały dość szybko zgubić Polkę, co nie napawało optymizmem polskich kibiców. Nie pierwszy raz Katarzyna Niewiadoma pokazała jednak wolę walki i utrzymywała stratę do prowadzących zawodniczek na poziomie minuty. W niektórych momentach wirtualnie dawało jej to zwycięstwo, w innych przegrywała je o zaledwie kilka sekund. Na najtrudniejszych fragmentach morderczej wspinaczki Polka toczyła walkę z własnym organizmem i czasem. Gdy Demi Vollering wjechała na metę, stało się jasne, że Katarzyna Niewiadoma nie może stracić więcej niż minutę i 5 sekund.
Zegar tykał, a Polka zbliżała się do mety. Mimo że kilkadziesiąt kilometrów wcześniej niektórzy odebrali jej szansę na utrzymanie koszulki, wciąż pozostawała w grze o zwycięstwo. Gdy na wyświetlaczu pojawiła się minuta straty do triumfatorki, Katarzyna Niewiadoma widziała już kreskę. Przecinając ją 61 sekund po Demi Vollering przeszła do historii jako pierwsza polska zwyciężczyni Tour de France Femmes!
— Tak naprawdę w ogóle nie pamiętam chwil po przekroczeniu linii mety. Przechodziłam przez wiele różnych emocji i odczuć. Na początku myślałam, że straciłam koszulkę liderki Tour de France, a nagle się okazuje, że wygrałyśmy cały wyścig. Z ogromnego zmęczenia, przez frustrację, do ekscytacji i euforii
— mówiła Katarzyna Niewiadoma.
Za metą po jej twarzy ponownie ciekły łzy smutku, które szybko zamieniły się w łzy radości. W obozie Canyon//SRAM Racing zapanowała ogromna euforia, czemu ciężko było się dziwić. Każdy zakręt wijącej się w górę szosy Alpe d’Huez pamięta kolarskie dramaty, momenty słabości, które złamały wielu kolarzy, ale nie Katarzynę Niewiadomą — polską bohaterkę. Gdy zaczynała się ścigać, marzyła o tym, by wygrać Tour de France, mimo że nie wiedziała, czy taki wyścig kiedykolwiek się odbędzie. Chciała być Justyną Kowalczyk dla innych dziewczyn — inspiracją, wzorem do naśladowania. Na przestrzeni lat, stała się tym wszystkim, a żółta koszulka jest ukoronowaniem jej kariery. Dziękujemy, Katarzyno Wielka!










elegancki artykuł, thx!
Podzielam zdanie papsiego. Bardzo fajny i rzeczowo napisany artykol. Tylko tak dalej. I oczywicie pozdrowienia i podziekowania dla Katarzyny.