Na igrzyskach olimpijskich w Tokio był „bieg, repasaż i pokrowiec”. Teraz Mateusz Rudyk do końca walczył o najlepsze pozycje w sprincie indywidualnym i ostatecznie uplasował się na 5. pozycji. To świetny wynik, który − osadzony w kontekście zamieszania na finałowej prostej przygotowań − jeszcze bardziej zyskuje na znaczeniu.
Mateusz Rudyk zakończył rywalizację w sprincie indywidualnym z uśmiechem na twarzy, który zapewne kilkanaście minut po naszej rozmowie był jeszcze szerszy − początkowo polski sprinter myślał, że po decyzjach sędziów zostanie sklasyfikowany na 6. bądź 7. pozycji. Ostatecznie zajął jednak znakomite 5. miejsce.
Biało-Czerwony już w kwalifikacjach pokazał bardzo dobrą dyspozycję, bijąc rekord kraju na 200 metrów ze startu lotnego. Dało to jednak „dopiero” 11. miejsce i tym samym trudne rozstawienie. W głównych i repasażowych biegach Mateusz Rudyk demonstrował jednak swoją szybkość, która pozwoliła mu na awans do ćwierćfinału. Po drodze wyeliminował między innymi Mikhaila Yakovleva − trzeciego kolarza kwalifikacji − Mohda Azizulhasniego Awanga czy Jaira Tjon En Fa.
W walce o strefę medalową czekał na niego wielokrotny mistrz świata i dominator konkurencji sprinterskich Harrie Lavreyesen. Polak uległ Holendrowi w dwóch biegach i walczył o 5. pozycję. Bazując na miejscu, na którym przeciął linię mety w nietypowym, czteroosobowym biegu, Mateusz Rudyk powinien zostać sklasyfikowany na 7. lokacie.
W końcówce wytracił jednak prędkość ze względu na faul Japończyka Kaiyi Oty, który w konsekwencji został relegowany. Taki sam los spotkał Hamisha Turnbulla, przez co reprezentant Polski wysunął się na 5. pozycję, na której zakończył rywalizację w sprincie − jednej z dwóch indywidualnych konkurencji sprinterskich na igrzyskach olimpijskich.
Mówiąc o sukcesie Mateusza Rudyka na podparyskim torze w Saint-Quentin-en-Yvelines nie można zapomnieć o problemach na finiszu przygotowań do igrzysk olimpijskich. Jeszcze niedawno nazwisko Polaka widniało na liście tymczasowo zawieszonych zawodników za złamanie przepisów antydopingowych. Powodem było wykrycie w jego organizmie substancji zakazanej, insuliny. Polski sprinter od dziecka choruje na cukrzycę i zażywa wspomniane lekarstwo.
Jak przyznał lekarz kadry Robert Pietruszyński, był to problem proceduralny, a nie dopingowy − Biało-Czerwony nie miał bowiem ważnego certyfikatu TUE, upoważniającego sportowców do przyjmowania zakazanych przepisami antydopingowymi leków.
− 3 lata temu również Mateusz wystąpił o certyfikat TUE, który także przyznano mu przed igrzyskami. Generalnie takie certyfikaty w przypadku choroby na dzień dzisiejszy nieuleczalnej uzyskuje się na dłuższy okres albo przewlekle. Mateusz, można powiedzieć, nie spojrzał na ten dokument, a on, co dziwne, był przyznany tylko na rok. W związku z tym wystąpiliśmy o tak zwane TUE retroaktywne, które po dwóch dniach uzyskał i od 24 lipca bieżącego roku uzyskał już trzeci certyfikat TUE w swoim życiu na chorobę przewlekłą na 10 lat. Jest to jednak procedura skomplikowana administracyjnie
− mówił doktor Robert Pietruszyński.
Na szczęście wszystko udało się rozwiązać, a Mateusz Rudyk wystartował w igrzyskach olimpijskich.
Za Tobą dwa biegi, w tym jeden z dominującym Lavreysenem. Jak opiszesz swoje dzisiejszy starty?
Z Lavreysenem od początku nie byłem faworytem, nie ukrywajmy, ale myślę, że dobrze się zaprezentowałem. Nie miał ze mną lekko, musiał podejść do tego na poważnie. Był lepszy, ale na pewno podjąłem rękawicę. Chciałem spróbować − to są igrzyska olimpijskie i nie mogłem powiedzieć „nie mam szans i sobie odpuszczę, bo po co walczyć”. Nie − przyjechałem tu walczyć i nawet jeśli na papierze byłem gorszy, to chciałem spróbować, dałem z siebie wszystko. Nie udało się, ale i tak jestem zadowolony z tych biegów.
Później był bieg czteroosobowy, w specyficznej formule, z którą nie macie do czynienia na co dzień.
Takich biegów, jak ten o miejsca 5-8, nie ma chyba już nigdzie poza igrzyskami. Trzeba rozdać te miejsca do końca. Ciekawy bieg, jestem z siebie zadowolony, mimo że na razie jestem sklasyfikowany na 7. pozycji. Byliśmy zgłosić protest, bo na ostatnich 50 metrach byłem pierwszym zawodnikiem i Japończyk mijając mnie zjechał mi w dół, wybijając mnie całkowicie z rytmu. Brytyjczyk to też wykorzystał, prześcignęło mnie dwóch zawodników i wjechałem 7. na metę. Sędziowie powiedzieli, że był kontakt i prawdopodobnie go relegują, ale dopiero jak wrócę do boksu, to będę miał potwierdzenie.
Teraz przed tobą keirin. Jak podejdziesz do tej konkurencji, bo też wiadomo, że jest ona bardziej losowa od sprintu?
Tak, keirin jest na pewno trochę bardziej losowy i nieraz można wykorzystać tych mocniejszych zawodników i wywieść się na przysłowiowym kole. Rozmawiałem z trenerem, że się nastawiam na ten keirin i powiedziałem, że jeśli moje małe doświadczenie w takich biegach pozwoli mi się nie zagubić, to też może być ciekawy wynik. Nogi są dobre, tylko po prostu może nie aż tak dobre, jak by się chciało. Jednak są szybsi zawodnicy. Chciałbym dać z siebie więcej, ale nie jestem w stanie. Daję z siebie wszystko, co mogę i na dzisiaj kończę zawody w sprincie, mam nadzieję, na tej szóstej pozycji. Jestem z siebie zadowolony i dumny, bo po nieudanych igrzyskach w Tokio przyjechałem tu, żeby walczyć i mam nadzieję, że dałem kibicom, dziennikarzom jakieś emocje i jesteście ze mnie zadowoleni.
Jesteśmy! Keirin różni się od sprintu nie tylko pod kątem wysiłku, ale też taktycznie. Jak się do niego przygotować?
Muszę poczekać na rozstawienie biegów, bo tak, jak wspomniałem − też czasem można wykorzystać na papierze silniejszych zawodników, bo keirin jest taki, że nie tylko zwycięzca awansuje dalej. Mam jutrzejszy dzień na regenerację i myślenie nad jakąś wstępną taktyką do biegów keirinu, które się zaczynają w sobotę.
Jesteś już po swojej pierwszej konkurencji, z której − jak mówisz − jesteś zadowolony. Czy mógłbyś na chłodno skomentować zamieszanie z certyfikatem TUE w końcówce przygotowań do igrzysk?
Cały ten rok nie wygląda tak, jak powinien. To nie był dobry rok. Mimo że zdobyłem trzy medale na mistrzostwach Europy, to po nich jest już tylko równia pochyła w dół. Cały czas tylko i wyłącznie problemy z różnych stron. Nie będę mówił tylko, że Polski Związek Kolarski jest zły, bo każdy wie, z jakimi problemami w kolarstwie w Polsce musimy walczyć. Było, jak było, ale wielkie ukłony dla tych, którzy się nie odwrócili i mi pomagali, czyli cały sztab, trener, mechanik, fizjoterapeuci, mój klub. Ciężko wymienić tu wszystkich z nazwy, ale wielkie ukłony w nich stronę, bo to dzięki nim tu jestem. Ostatnie dwa tygodnie przed igrzyskami spędziłem na to, żeby udowadniać UCI, ITA, WADA, tym wszystkim organizacjom, że naprawdę jestem chory. Z jednej strony mówili, że dokumenty są zbyt stare, że nie wierzą w pismo od diabetologa, że muszą być jak najświeższe. Zaczęły się dziać troszkę cyrki i ostatnie 2 tygodnie to nie były treningi fizyczne, tylko mojej głowy i psychiki, żeby dać sobie z tym radę. Miało mnie tu nie być, dużo ludzi chyba mi tego życzyło, ale ja się nie poddałem, znalazłem się na tych igrzyskach, walczyłem ile mogłem i dałem z siebie wszystko. Jestem zadowolony i szkoda, że nie stoję tu przed wami z medalem, ale nie było mi dane.
W jaki sposób mentalnie poradzić sobie z taką sytuacją tuż przed tak ważną imprezą?
Wiele rozmów z psychologiem, trenerem, narzeczoną, rodzicami. Cały czas zamiast zająć się treningami i łapaniem formy szczytowej, to musiałem sobie z tym radzić. Codziennie były łzy i niepewność, czy w ogóle wystartuję, bo potem gdy już wszystko się wyjaśniło, to UCI powiedziało, że jestem pierwszym zawodnikiem, któremu tak szybko udało się załatwić te formalności. Dla mnie to była sprawa na przysłowiowe spotkanie przy kawie, ale tu zajmowało to więcej czasu. Cieszę się, że tu jestem. Czy się pozbierałem, to nie wiem. Na pewno gdzieś z tyłu głowy jest, że gdyby nie to wszystko, to może byłbym tu lepiej przygotowany. To są też moje błędy, których nie dopilnowałem. Źle to brzmi, wiem − zawodnik takiego poziomu popełnia błędy, ale też jestem człowiekiem, zapominam o pewnych rzeczach. Nieraz ufam zbyt wielu ludziom i to jest moja wada, że powierzam wiele rzeczy innym. To są jednak moje błędy, za które odpowiadam.
Wczoraj twój trener mówił o kwestii treningu mentalnego i jego istocie w sporcie. Jak wygląda to z twojej perspektywy i jaką rolę odgrywa?
Przed Tokio w ogóle to zaniedbałem i skupiłem się głównie na trenowaniu fizycznym, zapominając o tej głowie. W Tokio, gdzie też czułem się bardzo dobrze i mogłem powalczyć tam o coś większego, głowa zawiodła po całości i poodpadałem w pierwszych biegach. „Bieg, repasaż i pokrowiec” − takie nasze powiedzenie w Polsce. Po Tokio dostałem nauczkę i miesiąc, dwa po tym, jak pozbierałem się po tym wszystkim, to skontaktowałem się z psychologiem i zacząłem pracować nad głową, żeby stres mnie nie paraliżował. Tutaj jestem już całkiem innym zawodnikiem. Wcześniej na innych zawodach pokazywałem, że sobie z tym wszystkim radzę i nie stresuję się tak bardzo, a ten stres przeobrażam w motywację, która dodaje mi dodatkowego kopa. Tutaj też dobrze się czułem, bardzo dobrze mi się jeździło, tylko po prostu moja forma pozwoliła na tyle. Trudno, ale z drugiej się cieszę, że jestem − jak mówię − szóstym bądź siódmym zawodnikiem igrzysk olimpijskich.
A nawet piątym! Z welodromu w Saint-Quentin-en-Yvelines dla Naszosie.pl, Kacper Krawczyk









