fot. Human Powered Health

Stanisław Aniołkowski od kilku lat jest jednym z najlepszych polskich kolarzy – jednym z niewielu, którzy w swojej ekipie regularnie ścigają się w roli lidera. Niestety początek sezonu nie jest dla niego zbyt udany.

Choć mamy dopiero środek marca, to Polak ma już w nogach 10 dni wyścigowych. Rozpoczął sezon w styczniu od Mallorca Challenge, gdzie wziął udział w dwóch klasykach –  Trofeo Alcudia oraz Trofeo Palma. Następny był start w Volta a Valenciana – jak na razie jedynej etapówki, z jego udziałem i belgijskie klasyki – Kuurne-Bruksela-Kuurne, Le Samyn oraz GP Criquielion. 

Niestety, jak na razie jego jedynym wartościowym wynikiem jest 6. miejsce w drugim z wymienionych wyścigów. W pozostałych przypadkach walka o wysokie miejsce kończyła się dla naszego najlepszego sprintera na długo przed finiszem. Właśnie o przyczynach tych niepowodzeń, ale także o zakończonym niedawno wyjeździe treningowym i planach na kolejne miesiące porozmawialiśmy z mistrzem Polski z 2020 roku.

Śledząc twoje relacje na Facebooku widzę, że od jakiegoś czasu trenujesz w Calpe. Długo tam jesteś?

Już jakiś czas, bo od 5 marca. Poleciałem do Hiszpanii od razu po Grand Prix Criquielion. Widziałem prognozy pogody – zarówno w Belgii, jak i w Polsce miały być śnieżyce, które mogłyby uniemożliwić mi przeprowadzenie normalnych treningów. W tej sytuacji wyjazd do Hiszpanii wydawał mi się jedyną sensowną opcją. 

Zrobiłem sobie tam takie dwa trzydniowe bloki treningowe, przedzielone jednodniową przerwą. To była ciężka praca – wyszło mi 28 godzin treningowych, najwięcej jednego dnia przejechałem 180 km, ale było to konieczne, żeby jak najlepiej przygotować się do klasyków, które znajdują się w moim planie startowym.

Widziałem, że nie jesteś tam sam.

Tak, przyleciałem z Kamilem Małeckim. Razem spędzamy tutaj czas i trenujemy. Długo się zbieraliśmy, żeby w końcu się zgrać na wspólny obóz treningowy – zajęło nam to jakieś trzy/cztery lata, ale cieszę się, że w końcu się udało. Wiadomo, to zawsze pomaga mentalnie, dzięki sparingpartnerowi łatwiej jest wykonać trochę cięższe treningi, a że z Kamilem się znam od dawna – jeździliśmy nawet kiedyś razem w drużynie [w 2019 roku obaj byli kolarzami CCC Development Team – przyp. red], to ta praca jest zdecydowanie przyjemniejsza.

Ty i Kamil jesteście kolarzami o różnej charakterystyce – ty jesteś sprinterem, Kamil woli nieco trudniejsze wyścigi. Trudno było wam zorganizować treningi tak, by odpowiadały wam obu?

Na pewno musieliśmy uwzględnić to, że nasze plany treningowe trochę się od siebie różnią – on podesłał mi swój, ja jemu swój, skonsultowałem wszystko ze swoim trenerem i udało nam się to ułożyć tak, żeby potrenować razem. Oczywiście trening to nie wyścig, więc podczas poszczególnych ćwiczeń czy podjazdów każdy wykonywał swoją pracę i ostatecznie udało nam się to ze sobą pogodzić.

Korzystasz z usług swojego osobistego trenera – Jakuba Pieniążka, ale jednocześnie twój zespół – Human Powered Health też ma swojego szkoleniowca. Do którego z nich należy ostateczna decyzja, co do pracy, jaką powinieneś wykonać w danym okresie?

Generalnie, oni ze sobą współpracują, ale osobą odpowiedzialną w największym stopniu za moje treningi jest Jakub Pieniążek. To od niego dostaję wszystkie polecenia i plany treningowe. Natomiast trener drużyny czasem, gdy widzi taką potrzebę, konsultuje się z nim i przedstawia swój punkt widzenia na to, jaką pracę powinienem wykonywać. 

Wyjątek stanowią zgrupowania – wtedy trener drużyny tworzy plan ogólny dla całej ekipy i wtedy ja też się do niego dopasowuję. Jeśli jest taki dzień, w którym mogę wykonywać swoje, osobiste ćwiczenia, to je wykonuję podczas jazdy z kolegami, a jeśli mamy jakiś specjalistyczny trening typu jazda drużynowa na czas czy jakieś sprinty, to wtedy robię to samo, co cała reszta.

Z trenerem Pieniążkiem pracujesz już od dawna – czy to oznacza, że zmiana zespołu wcale nie przyniosła wielu zmian jeśli chodzi o twoje treningi?

Generalnie nie zmieniło się dużo, choć myślę, że akurat ten okres przygotowawczy przepracowałem naprawdę ciężko – chyba ciężej niż zwykle. W styczniu i grudniu miałem możliwość trenowania z Michałem Kwiatkowskim, więc te przygotowania były naprawdę mocne i byłem z nich bardzo zadowolony, aż do momentu choroby, która mocno je zakłóciła. Teraz staram się wrócić do tej dyspozycji sprzed kłopotów zdrowotnych.

A kiedy one się zaczęły?

Podczas Volta a la Comunitat Valenciana. Na ostatni etap wyjeżdżałem lekko przeziębiony, odczuwałem duszności, ale myślałem że jest to spowodowane raczej trudnością tego wyścigu, który kompletnie nie pasował do mojej charakterystyki. Na jego trasie jest dużo gór, intensywność jest bardzo wysoka – myślałem że w tej sytuacji takie problemy to coś normalnego. To było takie typowe “przepalenie płuca”.

Niestety, po badaniach okazało się, że mam koronawirusa – przebadany został też mój partner z pokoju – on też miał wynik pozytywny. To oznaczało, że musiałem sobie zrobić tydzień całkowitej przerwy. Pierwszą część spędziłem za granicą, na kwarantannie, później, gdy już byłem “negatywny”, wróciłem do Polski, odpoczywałem. Ciężki był też dla mnie ten okres powrotu do jazdy na rowerze – tak naprawdę czułem się tak, jakbym nie trenował miesiąc.

Do ścigania wróciłem po 20 dniach, ale wciąż czułem, że to nie jest to, co przed chorobą, więc po prostu starałem się przejechać te wyścigi w taki sposób, by nabrać odpowiedniego rytmu. Nie ukrywam, że jest to dla mnie duży zawód, bo naprawdę liczyłem, że uda mi się rozpocząć ten sezon zdecydowanie lepiej. Bardzo chciałem zaznaczyć swoją obecność w Kuurne-Bruksela-Kuurne czy Le Samyn – niestety nie było to możliwe.

Właściwie to akurat w Le Samyn trochę tę obecność zaznaczyłeś – w końcu wziąłeś udział w ucieczce dnia. Skąd wziął się ten pomysł, żeby wtedy zaatakować? 

Drużyna miała taki plan na wyścig – chciała, żeby każdy z nas atakował, ponieważ ta runda, na której rozgrywa się wyścig jest naprawdę kręta i niebezpieczna, a w dodatku prowadzi po brukach. W związku z tym peleton zazwyczaj bardzo szybko się tam dzieli. Przewidywałem, że dojedzie do nas jakaś mniejsza grupka – 30-40 kolarzy, ja odpocznę, a potem spróbuję osiągnąć jakiś dobry wynik. Tymczasem wyszło tak, że peleton nie dał nam odjechać na zbyt dużą odległość, a jak już zostaliśmy doścignięci, z przodu była tak naprawdę cała grupa, w której trudno było się utrzymać.

Nie był to jednak duży problem. W związku z tym, co wydarzyło się wcześniej, traktowałem ten wyścig trochę treningowo, chciałem sprawdzić też, w jakiej dyspozycji jest mój organizm po chorobie. Myślę, że wyszło to dobrze – rzeczywiście wyszedł z tego taki fajny, bardzo ciężki trening. W ucieczce naprawdę mocno pracowaliśmy i myślę, że podczas swojej jazdy musiałem wykorzystać więcej mocy niż zawodnicy walczący o czołowe miejsca czy nawet zwycięzca wyścigu. Wiadomo przecież, że w peletonie kolarze jadą w takim “futerale” i dzięki temu mogą zaoszczędzić więcej energii na końcówkę. 

Ciekawie było się sprawdzić w takim wyścigu w nowej roli – byłem w ucieczce po raz pierwszy od kilku lat. Oczywiście zdarzało mi się już jeździć w niewielkich czołowych grupach, które powstawały w wyniku selekcji np. na rantach, ale zawsze liczyły sobie one jednak tych 20-30 kolarzy, więc praca, jaką trzeba było włożyć w jazdę, była nieporównywalnie mniejsza. Liczyłem, że to wszystko zaowocuje już w kolejnym wyścigu – GP Criquielion.

Lista startowa była nieco słabsza, znalazło się na niej trochę mniej zespołów worldtourowych, dlatego liczyliśmy, że uda nam się osiągnąć dobry wynik, ze mną jako liderem. Tym bardziej, że dobrze znałem trasę tego wyścigu – wcześniej wielokrotnie ją przejeżdżałem przy okazji różnych treningów. Niestety, w ostatniej chwili, na dzień przed startem, złapałem zatrucie pokarmowe. Dziwna sytuacja, bo w naszej drużynie przytrafiło się to tylko mi, choć przez cały czas jedliśmy wszyscy w zasadzie to samo. Wyłączyło mnie to całkowicie z walki w tym wyścigu. Nie byłem w stanie generować swoich treningowych watów i generalnie czułem się taki strasznie pusty.

Naprawdę żałuję tej pierwszej części sezonu.Wszystko wskazywało na to, że będzie dobrze. Na Majorce wszystko wyglądało świetnie. Potem pojechałem do Walencji właściwie tylko po to, by mocniej potrenować, zbudować wytrzymałość siłową na tych podjazdach. Takie wyścigi zwykle naprawdę dużo dają, no ale w połączeniu z tą chorobą, wyszło to zupełnie inaczej i wyszło, jak wyszło – teraz mogę być tylko rozczarowany tą pierwszą częścią sezonu.

Pamiętam, że jak rozmawialiśmy podczas twojego pierwszego roku w Bingoal, mówiłeś mi, że nie chcesz być typowym sprinterem, tylko takim bardziej wytrzymałym. Myślisz, że to wciąż aktualne?

Wydaje mi się, że tak – w zeszłym roku kilka razy udawało mi się to pokazać, nawet jeśli nie byłem w wystarczającej dyspozycji, by walczyć o zwycięstwa. Zwłaszcza w tych worldtourowych wyścigach poziom robi się bowiem coraz wyższy – jeżdzimy coraz szybciej i mocniej, więc trzeba naprawdę ciężko przepracować okres przygotowawczy, by być w stanie rywalizować nawet o top 10. 

Omloop Het Nieuwsblad czy Kuurne-Bruksela-Kuurne pokazały, że te najlepsze ekipy – głównie Jumbo-Visma, już teraz są świetnie przygotowane i rozgrywają wszystkich jak chcą. Mimo wszystko, ja na takich wyścigach też bym chciał kiedyś walczyć. W zeszłym roku było trochę problemów technicznych, ale te nogi były takie, że byłem w stanie powalczyć – teraz też mam nadzieję, że w końcu zła karta się odwróci i jeszcze podczas tej wiosny będę mógł dołożyć kilka dobrych miejsc do dorobku naszego zespołu.

Twoim kolejnym celem jest GP de Denain – myślisz że już tam będziesz w stanie osiągnąć jakiś satysfakcjonujący wynik?

Mam nadzieję. Miałem przyjemność startować tam w zeszłym roku – niestety kłopoty techniczne zabrały mi szansę na równą walkę z rywalami. Pierwsza część wyścigu to dojazd na brukowane rundy – Tam jeszcze byłem z przodu, na 10-15 pozycji. To wskazywało, że jestem w dobrej dyspozycji, ale później zaczęły się bruki i straciłem hamulce.

W pierwszym rowerze zarówno przedni, jak i tylni hamulec zupełnie nie spełniał swojej funkcji, co było spowodowane tym, że przewody były słabo odpowietrzone. Natomiast gdy dostałem drugi rower – po dwóch sektorach stało się dokładnie to samo, więc nie byłem w stanie kontynuować rywalizacji. Jakimś cudem dojechałem do mety – auto innej drużyny pomagało mi dohamowywać przed zakrętami, ale tylko na tyle było mnie stać. 

Teraz liczę na to, że pójdzie mi lepiej. Myślę że kłopoty zdrowotne zostawiłem już za sobą, w Calpe wszystko idzie fajnie – i nogi, i forma wyglądają bardzo dobrze, dlatego jestem dobrej myśli. Denain będzie dla mnie takim sprawdzianem, czy moja dyspozycja rzeczywiście jest tak dobra, jak mi się wydaje.

Wyścig jest w czwartek. Udasz się na niego prosto z Calpe?

Nie do końca. Zostanę jeszcze w poniedziałek [rozmawialiśmy w niedzielę – przyp. red.], a później pojadę do Alicante. Tam się prześpię i we wtorek polecę już do Francji. Będę mógł tam sobie zrobić przejażdżkę po trasie, a dzień później tak zwane wprowadzenie do wyścigu.

Jak wygląda takie wprowadzenie?

Trwa około godziny-dwóch i polega na przeprowadzeniu kilku ćwiczeń na wysokiej intensywności, po to, przy przystosować organizm do wyścigu. Chodzi o to, żeby te nogi nie były zbyt świeże na taki klasyk, który jest następnego dnia. U mnie to wprowadzenie na ogół składa się z dwóch-trzech pięciominutowych tempówek, do tego kilka sprintów – po takim czymś wiem, że jestem gotowy na ściganie.

A jakie będą twoje kolejne cele?

Po Denain czeka mnie jeszcze jeden występ. W niedzielę wystartuję w Cholet – Pays de la Loire. Później w końcu wrócę do domu po czterech tygodniach ciągłych wyjazdów.

Czyli w Bredene Koksijde nie startujesz? Bo w sieci można znaleźć taką informację.

Rzeczywiście, też ją widziałem, ale jestem tam tylko na liście rezerwowej. To może się jeszcze zmienić w zależności od tego, jak potoczy się sytuacja, ale jeśli, odpukać, nie będzie żadnych kontuzji, to pojadą tam inni kolarze.

A jak wyglądają twoje szanse na start w Gandawa-Wevelgem?

Nasza ekipa dostała dziką kartę, ale ja jeszcze nie wiem, czy uda mi się wystartować, ponieważ dyrektorzy wciąż czekają z podaniem składu. Najprawdopodobniej wszystko będzie zależeć od tego, jak poszczególni zawodnicy będą prezentować się na imprezach poprzedzających ten klasyk. 

Mogę jednak powiedzieć, że sam bardzo chciałbym w nim wystąpić. W zeszłym roku jechałem całkiem dobry wyścig, ale niestety na ostatnim podjeździe zostałem z tyłu po przyspieszeniu Wouta Van Aerta. Z 30-osobowej grupy odpadło wtedy dwóch kolarzy, w tym ja. Byłem zawiedziony, ale niestety trochę zabrakło mi sił, straciłem kontakt z czołówką, a potem jeszcze dogoniła mnie inna grupka, w której ostatecznie dojechałem do mety.

A jak wyglądają twoje szanse na starty w innych worldtourowych wyścigach?

Na razie trudno mi powiedzieć. Jako ekipa prokontynentalna musimy liczyć na dzikie karty, więc czekamy na decyzje poszczególnych organizatorów. Wiem jednak, że gdy tylko uda nam się dostać od nich zaproszenie na jakiś wyścig, to ekipa będzie poważnie rozważać mój start w nim.

Czy ta niepewność utrudnia ci przygotowania? Zakładam, że w Bingoalu było ci pod tym względem trochę łatwiej. To też była ekipa prokontynentalna, ale dzięki belgijskiej fladze przy nazwie miała względną pewność choćby co do swoich startów w belgijskich klasykach.

Naprawdę nie jest źle. Nasz kalendarz jest już przygotowany w jakichś 80 procentach. Już od dawna mniej więcej wiem, co będę robił przez cały rok. W kwietniu wystąpię na przykład jeszcze w Scheldeprijs, po którym będę miał krótką przerwę. Stanę też na starcie Belgrade-Banjaluka, w maju będzie sporo ścigania… Natomiast co do tych wyścigów, na które dostajemy zaproszenia, to nie dzieje się to z dnia na dzień, a kilka tygodni przed. Mamy więc czas, żeby się przygotować. W tym roku dowiaduję się o tym, które wyścigi będę jechał, nawet wcześniej niż w poprzednich latach, gdy byłem zawodnikiem Bingoalu.

Z drugiej strony, rzeczywiście jest tak jak mówisz. Belgijskiej ekipie, ze względu na jej narodowość łatwiej jest otrzymać zaproszenie na poszczególne klasyki – jest ich w zasadzie pewna, a my musimy się o nie starać. Dlatego tak ważne jest dla nas to, by dobrze prezentować się na każdym kolejnym wyścigu. Tylko w ten sposób możemy sobie zasłużyć na kolejne dzikie karty.

A na razie jak oceniacie sezon w swoim wykonaniu? Niestety wciąż czekacie na pierwsze zwycięstwo…

Tak, wciąż czekamy, ale mamy nadzieję, że ono za chwilę przyjdzie i będziemy mogli z całym zespołem się z niego cieszyć. Na pewno liczyliśmy na więcej, ale niestety ten początek sezonu był dla nas ciężki. Wielu kolarzy, tak jak ja, miało kłopoty zdrowotne, więc musieliśmy się z tym uporać, ale teraz wszystko idzie ku lepszemu. Dziś Adam De Vos z naszej ekipy zajął trzecie miejsce w Ronde van Drenthe [jeszcze raz przypominamy, że rozmawialiśmy w niedzielę ;)]. Niech to będzie taki sygnał, że wracamy i że wraz z upływem kolejnych dni i tygodni te nasze wyniki będą coraz lepsze.

Program startów Stanisława Aniołkowskiego na pierwszą połowę roku:

16.03 GP de Denain

19.03 Cholet – Pays de la Loire

31.03 La Route Adélie de Vitré

5.04 Scheldeprijs

19-22.04 Belgrade Banjaluka

16-21.05 4 Jours de Dunkerque / Grand Prix des Hauts de France

25-28.05 Boucles de la Mayenne – Crédit Mutuel

4.06 Brussels Cycling Classic

14-18.06 Tour of Slovenia

25.06 Mistrzostwa Polski

Poprzedni artykułAntonio Tiberi wyleci z Trek-Segafredo?
Następny artykułMediolan – San Remo 2023: Tadej Pogačar na czele składu UAE Team Emirates
Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością.
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Julian
Julian

Słabiutki ten kalendarz