fot. Tour de France

Po długiej, bardzo irytującej zwłoce, Astana Qazaqstan Team w końcu ogłosił ruch, o którym wszyscy już w zasadzie wiedzieli – transfer Marka Cavendisha. I choć, z powodu licznych przecieków, docierających do nas od kilku dobrych tygodni, nie jest to żadne zaskoczenie, to trzeba przyznać, że kilka lat temu na zdanie „Cavendish powalczy o pobicie rekordu Merckxa w 2023 roku w koszulce Astany” można się było tylko uśmiechnąć z politowaniem. Teraz stało się to rzeczywistością i – paradoksalnie – jest to rzeczywistość, w której wygrywają wszystkie zainteresowane strony. Klasyczna sytuacja „win-win-win”.

Win Marka Cavendisha

Nie po raz pierwszy Mark Cavendish borykał się ze znalezieniem drużyny, w której mógłby kontynuować obfitującą w sukcesy kariery i walczyć o kolejny etapowy triumf na trasie lipcowego Tour de France. Poszukiwanie ekipy przez brytyjskiego sprintera ukazuje brutalność i niepewność panującą na kolarskim rynku transferowym, gdzie nawet zawodnicy wysokiej klasy, będący gwarantami zwycięstw, mogą mieć problemy ze znalezieniem miejsca w ekipie WorldTeams.

Trzeba jednak zaznaczyć, że nie byłoby tej historii, gdyby pod ścianą Cavendisha nie postawił Jérôme Pineau, który naobiecywał kolarkom i kolarzom gruszki na wierzbie, by następnie zwinąć manatki ekipy B&B Hotels i zniknąć z kolarskiej mapy świata. To właśnie przez długie oczekiwanie, Brytyjczyk – wraz z Ceesem Bolem i innymi – musiał rozpocząć desperackie poszukiwania drużyny.

Na szczęście, wśród ekip WorldTeams również znalazł się jeden desperat, któremu po zerwaniu umowy z Miguelem Ángelem Lópezem zwolniło się miejsce w składzie i pewnie niemała część budżetu. Co prawda Cavendish charakterystyką jest podobny do Kolumbijczyka tak, jak Scheldeprijs do alpejskiego etapu Touru, ale włodarze kazachskiego zespołu słusznie zdecydowali się nie wybrzydzać i rozpoczęli negocjacje z kolarzem, który całkowicie odmieni oblicze Astany.

Dzięki temu Cavendish nie musi się martwić o dziką kartę na Tour de France, konkurencję – w hierarchii będzie o kilka pięter wyżej od utalentowanego Gleba Syritsy czy Martina Laasa – a także o pociąg, bo ten wbrew pozorom wcale nie musi odstawać od najlepszych, za sprawą wspomnianej dwójki czy kolarzy, jak: Cees Bol (który na dniach powinien zostać ogłoszony jako nowy zawodnik Astany), Gianni Moscon w dobrej formie, Yevgeniy Fedorov czy nawet Luis León Sánchez, który może przydać się na kilka kilometrów do mety. Wszystko jest kwestią zgrania – jeśli „Manxman” „dotrze” się ze swoim pociągiem i wszystkie trybiki będą funkcjonowały bez zarzutu, Astana będzie mogła włączyć się w walkę o zwycięstwa w najważniejszych płaskich wyścigach i etapach.

Brytyjczyk powinien być zadowolony również z tego, że większość składu Astany na Tour de France będzie zapewne podporządkowana tylko jemu – wielu sprinterów ze światowego topu nie ma takiego komfortu, musząc dzielić się pomocnikami z innymi liderami drużyny.

Win Astany

„Choćby z mrozem było średnio. Choćby śniegu było mało. Jak się spojrzy odpowiednio – będzie biało” – śpiewa Halina Mlynkova. Jeśli chodzi natomiast o skład Astany bez Cavendisha, nawet odpowiednie spojrzenie by nic nie dało – nie przypomina on ekipy najwyższej dywizji z żadnej strony.

Gwiazdy, kolarza, który będzie wygrywał i gromadził cenne punkty UCI, ekipa z Kazachstanu łaknęła jak kania dżdżu. Nic więc dziwnego, że gdy tylko wysypał się projekt B&B Hotels, drużyna stanęła na głowie, by ściągnąć do siebie brytyjskiego sprintera.

Nie chciałbym teraz sam ze sobą prowadzić licytacji, kto kogo bardziej potrzebował, ale pewne jest, że razem uzupełnili swoje potrzeby – Cavendish chciał zapewne startu w Tour de France, a Astana, boleśnie cierpiąca na deficyt dobrych kolarzy na worldtourowym poziomie, pewnie przyjęłaby kogokolwiek, a jak akurat wolny był 34-krotny zwycięzca etapów Tour de France, to nawet lepiej. W zestawie z Cavendishem było też wzmożone zainteresowanie mediów, które będzie utrzymywało się do Tour de France. Tego również nie można bagatelizować – szczególnie w przypadku Astany, nie mogącej pochwalić się dobrym PR-em.

Dodatkowo, należy zaznaczyć, że dla kazachskiego zespołu jest to zagospodarowanie sprinterskiej niszy, której w poprzednich sezonach jakby starali się nie zauważyć. Zmieniło się to wraz z wystrzałem wzmiankowanego Gleba Syritsy i pozyskaniem Martina Laasa, a teraz transferem Marka Cavendisha i najprawdopodobniej Ceesa Bola. W taki sposób w ciągu niespełna roku, Astana, z drużyny zupełnie niekojarzonej ze sprintem, stała się ekipą, która właśnie w tej części kolarskiego rzemiosła ma potencjał na największe sukcesy.

Win Stanisława Aniołkowskiego

Ale Was teraz zaskoczyłem – co jak co, ale Stanisława Aniołkowskiego w analizie transferu Marka Cavendisha do Astany nikt się nie spodziewał. Bynajmniej nie znalazł się on tu przez przypadek.

Transferowa saga zaczęła bezpośrednio dotyczyć polskiego sprintera, gdy Brytyjczykiem zaczęła interesować się ekipa Human Powered Health. Nie były to tylko medialne plotki, o czym mówił sam menedżer drużyny w wywiadzie dla VeloNews. Ostatecznie jednak ściągnięcie Cavendisha do amerykańskiej formacji spaliło na panewce, a Stanisław Aniołkowski – jeśli w ogóle o tym myślał – mógł odetchnąć z ulgą. W wywiadzie dla Naszosie.pl przed kilkoma miesiącami przyznał bowiem, że zdecydował się na dołączenie do Human Powered Health, ponieważ ekipa zaoferowała mu rolę lidera, a – nie oszukujmy się – ewentualny transfer Cavendisha skomplikowałby sytuację Polaka.

Koniec końców wszystko potoczyło się po myśli Stanisława Aniołkowskiego, Astany i Marka Cavendisha. Tylko niedoszłych kolarzy i kolarek B&B Hotels szkoda.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments